Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Przeskoczmy Mojżesza

W bardzo ciekawym artykule Kol. H. J. Orłowski[1], znający kosztorysowanie posiadacz uprawnień budowlanych i co w omawianym przedmiocie istotne – doświadczony prawnik, bierze w obronę ustawę Pzp i usiłuje przenieść jej niedostatki na zasadniczych użytkowników czyli inwestorów, których nazywa „amatorami”! Ten tytuł jest chyba dla wielu inwestorów krzywdzący, ponieważ wielokrotnie są to znakomici fachowcy. Ich obrony dokonał w jednym z wywiadów prof. Belka, który na pytanie dziennikarza czy inwestorzy zasadnie praktykują „kryterium najniższej ceny” odpowiedział krótko, a jednak bardzo precyzyjnie wyjaśniając istotę sprawy: „czy pan redaktorze będąc na miejscu inwestorów, zdobyłby się na takie bohaterstwo, dobrze wiedząc, że nazajutrz po podjęciu innej decyzji, usłyszałby o szóstej rano walenie do drzwi”? Prof. Belka dodał, co opisuję własnymi słowami, bo tak jego wypowiedź zrozumiałem: „na przestrzeni ponad 20 lat III Niepodległej ogarnęła nas jakaś obsesja traktowania każdego z nas zatrudnionego na każdym szczeblu jako potencjalnego złodzieja”. I brnę dalej oczywiście już wyłącznie własnymi słowami: ponieważ każdy, a zwłaszcza tak zwany decydent, jest bardzo często protegowanym jakiejś partii politycznej, więc co cztery lata ma jak w banku przetrzepanie swego życiorysu na każdym szczeblu kariery i w dowolnie wybranej sprawie!

Przyznaję rację Kol. Orłowskiemu, że kolejne próby nowelizacji tego ważnego aktu normatywnego nie tylko nie usprawniły realizacji budownictwa publicznego, jak doświadczają nas ostatnie przypadki bankructw budowniczych (np. dróg) przekonanych o nadzwyczajnych korzyściach jakie im te budowy miały przynieść! W konsekwencji straciliśmy na tym my wszyscy – przyszli użytkownicy, bo wielu dróg po prostu nie wybudowano! Natomiast twierdzę, że kolejne nowelizacje sytuację raczej skomplikują i w konsekwencji pogorszą.
Dowody znajdujemy chociażby w projekcie zapowiadanej kolejnej nowelizacji i związane z nią larum w mediach, nie wspominając okrzyków rozpaczy w szeregach budowlanych! Bo nowelizując kolejne elementy ustawy nie uwzględniono szczególnych potrzeb ważnego zamówienia, jakimi są roboty budowlane!

W moich tekstach wielokrotnie postulowałem, że w ustawie Pzp brakuje pewnego istotnego wyróżnika, dotyczącego szczególnej specyfiki zamówień publicznych w zakresie projektowania i wykonawstwa.
Bo skatalogowane w ustawie inne kryteria, nie mają (bo nie mieć mogą) wiele wspólnego z budownictwem.
Przecież zamówienie na roboty budowlane oczekuje rezultatu, który nabierze kształtów możliwych do oceny podanymi w ustawie kryteriami, dopiero po osiągnięciu tego rezultatu!

Można było i to już dawno, tę szczególną specyfikę projektowania i budowania w pierwszych nowelach do ustawy uwzględnić, np. dopisując artykuł kolejny (np. za art.2 ust.5) uprawniający inwestora zamawiającego dzieło budowlane do zastosowania kryterium uwzględniającego specyfikę „indywidualnego charakteru procesu budowlanego”!! W swoim referacie wygłoszonym na jednej z konferencji ciechocińskich, zaproponowałem wytworzenie jeśli nie katalogu kryteriów odpowiednich dla tego procesu, to przynajmniej zdecydowanie i jednoznacznie brzmiącego uprawnienia dla inwestora publicznego do ustalenia (wytworzenia) własnych, indywidualnych kryteriów wiążących się ściśle z zamówionym przedmiotem budowlanym.
Bo przecież zakupienie projektowania i wybudowania dzieła od nowa, różni się zasadniczo od zakupu gotowego wyrobu. Znany architekt wygłosił kiedyś ważne spostrzeżenie:

 

KAŻDA BUDOWA TO PRZECIEŻ I WYŁĄCZNIE PROTOTYP!

 

A to chyba solidnie uzasadnia zgłoszone wyżej postulaty!

Kol. Orłowski ubolewa, że kontakt projektanta ze swoim dziełem urywa się z chwilą przekazania dokumentacji inwestorowi, po czym procesem inwestycyjnym zajmuje się wyłącznie rzeczony „inwestor-amator”. Oczywiście byłoby bardzo dobrze, gdyby inwestorzy publiczni mogli uzyskać takie wspomaganie!
Zastanówmy się, czy w obecnych warunkach prawnych, a zwłaszcza ekonomicznych, projektant czy doświadczony kosztorysant mają możliwość udzielania takiej pomocy? Przede wszystkim uczestnictwo projektanta w procesie przygotowania SIWZ, czy uczestnictwo w przyszłym przetargu, to przecież współodpowiedzialność za te wszystkie czynności.
No tak, ale jaki jest sens brania sobie na głowę dodatkowej odpowiedzialności kiedy dokumentacja jest opracowywana podobnie jak jej przyszła realizacja na budowie – też za najniższą cenę! Najczęściej za cenę, dającą często i wyłącznie mizerną możliwość utrzymania pracowni projektowej przy życiu? Natomiast wskaźniki umożliwiające obliczenie wartości pracy projektowej zamieszczone w załączniku do rozporządzenia Ministra Infrastruktury z 18 maja 2004 r. przecież nie przewidują, a więc i nie opłacają odrębnie, takiej nadzwyczajnej dodatkowej bardzo czasochłonnej usługi.
Więc niewątpliwie Kol. Orłowski ma rację, ale należy pamiętać, że projektant (przekazawszy inwestorowi swoje dzieło) ma na deskach czy w komputerach siedem kolejnych projektów, realizowanych podobnie jak ten przekazany inwestorowi, też za najniższą cenę! Bo chociażby, o czym nie wolno zapominać, po złożeniu faktury musi zapłacić podatki i to w tak zwanym trybie memoriałowym, nie wspominając o ZUS-ie! Natomiast wielu inwestorów, „z ostrożności” przesuwa uregulowanie płatności w nieskończoność. Dlaczego? Dlatego, że projektant w odróżnieniu od inwestora publicznego to przecież „paskudny prywaciarz”, a obstrukcja w płatności takiemu przecież dobrze świadczy o inwestorze, jako rozważnym zawiadowcy groszem publicznym!
O tym też wielokrotnie pisałem!

Najpewniej dlatego, po otrzymaniu dokumentacji inwestor jest zmuszony do samodzielnego opracowania w SIWZ kryteriów wyboru oferenta, i najczęściej wybierając rozwiązanie dla siebie bezpieczne, przyjmuje jako kryterium najniższą cenę! A skutki takiego stanu rzeczy są jakie są!

Ma rację Kol. Orłowski, że ceny jednostkowe (wspomagające kosztorysantów w ustalaniu wartości inwestorskich) pobierane z publikacji, wielokrotnie nie mają wiele wspólnego z lokalnymi, rynkowymi cenami robót. O tym też pisałem i jak do tej pory bezskutecznie apelowałem o publikację cen ofertowych proponowanych przez wykonawców ubiegających się o kontrakty! I co? I nic, bo te ceny to podobno tajemnice handlowe firm budowlanych.

A gdyby tak się okazało po publikacji, że firma „Cwaniak-Bud” Sp. z nieograniczonym brakiem odpowiedzialności, chce wybudować konstrukcję ramową, żelbetową za 250 zł/m3, to chyba już drugi raz żaden z inwestorów, nawet „amator” nie brałby poważnie pod uwagę takiego partnera! I taka „cena” byłaby najpewniej poważnym argumentem, broniącym go przed posądzeniami o nieuczciwość!
Ale wyłącznie pod warunkiem, wreszcie poważnego traktowania posiadanych przez inwestorów publicznych kosztorysów inwestorskich! Bo obecnie zgodnie z prawem inwestor powinien posiadać kosztorys inwestorski, a więc posiada takowy. I co z tego? Ano nic! To po co posiada?

 

 

W tej sytuacji, mam chyba prawo stwierdzić, że w warunkach polskich zamówień publicznych

cena roboty dodatkowej, tak często występującej na naszych inwestycjach, jest po prostu różnicą pomiędzy zlekceważoną przez inwestora wartością kosztorysową, a najniższą ceną zaoferowaną przez zwycięskiego oferenta.

Jak Szanowni Czytelnicy zechcą, to można powyższe zdanie nazywać drugim prawem Paradowskiego!
Przy okazji powtarzam moje pierwsze sformułowane przed laty prawo, które brzmiało:

ilość komplikacji na inwestycji jest odwrotnie proporcjonalna do stopnia staranności przygotowania tej inwestycji,

co najuprzejmiej przypominam.
Proponuję rozpowszechnianie tych praw, może coś tam poprawią?!

 

Do budownictwa wkroczyło mnóstwo elementów wytworzonych w warunkach fabrycznych i bardzo dobrze, bo są to wyroby znakomitej jakości. Jaka jest wiedza kosztorysantów o cenach tych wyrobów? Utarła się praktyka, że architekci projektując np. modne ściany osłonowe przesyłają ich schematy do firm wytwórczych, a te kalkulują przyszłe ceny, które dopiero „he, he zaproponuje nieznany jeszcze oferent”. Te kalkulowane przez wytwórców ceny są najczęściej i to bezkrytycznie wnoszone do kosztorysów inwestorskich!
W tej sytuacji ustalenie ceny następuje nie w przetargu o wykonanie robót, ale w fazie projektowania.
Bo istotnym składnikiem ustawy jest hipokryzja, a szczególnie zawarty w niej art. 29! Kiedyś, również na konferencji ciechocińskiej poruszyłem ten problem. I uzyskałem odpowiedź od znanego wtedy luminarza:

„nie można uściślać szczegółowo źródeł pozyskiwania materiałów. Przecież (poinformował mnie luminarz) np. ceny płytek podłogowych o podobnej jakości są różne, co pan chyba dobrze wie”!

Nie umożliwiono mi repliki:

„że budynek nie składa się wyłącznie z płytek podłogowych! No i projektant dokonując wyboru chociażby materiału, chcąc nie chcąc, dokonuje wyboru firmy i jest to jego święte prawo jako autora, który dobrze wie, że dopiero materiał czy wyrób wskazanego w projekcie wytwórcy, może spełnić jego oczekiwania konieczne do osiągnięcia zamierzonego rezultatu”.

Doświadczyłem takiej sytuacji kosztorysując pewną budowlę, dla której architekt przewidział granity pod nazwą „labrador blue” czy „labrador green”. A są to przecież także nazwy kamieniołomów, czyli producentów. Architekt nie wyraził zgody na napisanie w przedmiarze: granit niebieski, czy zielony i miał do tego jako autor, moim zdaniem, pełne prawo!

Projektant może oczywiście wziąć łapówkę od wybranej firmy, ale tak rozumując wracamy do opisanej wyżej obsesji – „każdy Polak jest złodziejem”. A nie jest to prawda, a jedynie przeniesiony do III-ciej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej wynalazek bolszewicki skutecznie pielęgnowany! Taka nasza, że tak powiem, bolszewicka mentalność.

Ja jestem chyba tylko podejrzany, zwrócił się do radzieckiego prokuratora pewien obywatel. Chodźcie obywatelu do okna i popatrzcie, odrzekł prokurator – podejrzani to sobie grzecznie chodzą jak widzicie po ulicy, a wasza sytuacja, skoro już u mnie jesteście jest zupełnie inna!

 

No nagadałem się! Kol. H. J. Orłowskiemu przesyłam serdeczne pozdrowienia i gratulacje za ciekawy, inspirujący do dyskusji artykuł, natomiast inwestorom publicznym, oczekującym kolejnej nowelizacji ustawy Pzp, przesyłam wyrazy najserdeczniejszego współczucia. Bo chyba żaden z nich nie jest „amatorem” porannych wizyt! Natomiast firmom szkolącym inwestorów w zakresie skutków wynikających z kolejnej nowelizacji rzeczonej ustawy, moim zdaniem absolutnie nie likwidującej opisanych wyżej problemów, przesyłam gratulacje z uwagi na rynek, nieustająco oczekujący takiego „dokształtu”!
Szczerze wam o moi Drodzy Nauczyciele tego przedmiotu zazdroszczę, a mianowicie permanentnych obstalunków, nawet za najniższe, ale i co kilka miesięcy murowane wynagrodzenie !

Natomiast Najwyższemu Parlamentowi proponuję zastanowienie się: dlaczego Amerykanie zlecają opracowywanie najbardziej skomplikowanych konstrukcji, chociażby z zakresu obrony kraju (tajnych psia kość) swoim paskudnym prywaciarzom, jaki to ma wpływ na zamożność społeczeństwa i oczywiście bezrobocie oraz jak to się dzieje, że amerykańscy prywaciarze z tego powodu nie bankrutują. Ponadto zastanowienie się: co było przyczyną klęski wielu firm budowlanych na obiektach „mundzialowo-drogowych”.
Dla ułatwienia informuję, że przyczyną tej klęski były problemy nie techniczne, ekonomiczne czy prawne ale wyłącznie MENTALNE! Tymczasem kuracja mentalności to długotrwały i kłopotliwy proces. Na przykład taki nieborak Mojżesz, był zmuszony przez czterdzieści lat włóczyć swój naród po pustyni w nadziei na uleczenie jego mentalności. Podobno z mizernym skutkiem.
To może rozwiązanie kryje się w próbie przeskoczenia mordęgi Mojżesza?

 

 

 

 

[1] inż. Heliodor Jerzy Orłowski – „Przyczyny różnicy cen w kosztorysach ofertowych na roboty budowlane” (BzG 3,4/2012)