Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Dziesięć lat minęło – sprawdźmy, co się zmieniło

11 lat temu miałem okazję zamieścić na gościnnych łamach „Buduj z Głową” (wówczas jeszcze bez nazwy własnej, wydawanego jako Abonament) krótki felietonik pod dość intrygującym tytułem

 

ZDOBYŁEM PROGRAM – BĘDĘ KOSZTORYSANTEM !

 

omawiający radosną twórczość części naszych kolegów (a może trzeba napisać tylko „osób”?, bo kolega powinien być „po fachu”, a tu z tą fachowością jest nie najlepiej) zajmujących się sporządzaniem kosztorysów budowlanych (specjalnie piszę sporządzaniem, bo ich poziom nie bardzo pozwala uznać tej działalności za rzeczywiste kosztorysowanie).

Dzisiaj kwartalnik „BzG” obchodzi okrągły jubileusz 10-lecia, a jubileusze zawsze są dobrą okazją do reminiscencji, nierzadko filozoficznych, na temat upływającego nieubłaganie czasu i zmian jakie on przynosi. Bo rzeczywiście zmiany te następują w obecnym świecie bardzo szybko, a stałych elementów jest niewiele. No, może niektóre twarze w polityce i w ławach sejmowych wydają się być z nami już po wsze czasy, może jeszcze poziom naszego piłkarstwa nożnego jest na zawsze ustabilizowany, jako że wyniki z Korei 2002, które wówczas wydawały się klęską, zostały dumnie powtórzone w ubiegłym roku, tym razem na mistrzostwach kontynentu w naszym kraju. Ale już odśpiewanie hymnu na rozpoczęcie imprezy wyszło znacznie lepiej niż 10 lat temu.

Pierwsze frazy felietonu z roku 2002 brzmiały następująco, nawiązując do ówczesnego tytułu „Zdobyłem program – będę kosztorysantem”

Zresztą, co to znaczy będę? Już jestem. Kilkugodzinne szkolenie, jakie dostałem gratis od firmy wraz z zakupionym programem pozwoliło mi się jako tako zorientować w zasadach jego obsługi. Nie jest to wcale trudne, wszystko chodzi pod Windowsami, katalogi otwierają się w zasadzie same, przy moim Pentium III dzieje się to błyskawicznie. Czysta przyjemność, niczym wypoczynkowa turystyka konna.

 

Czy coś w tym zdaniu straciło aktualność? Poza nazwą procesora, wersją systemu Windows (już nie jakieś tam anachroniczne 3.11) i nawiązaniem do wyświetlanej wtedy w telewizji reklamy, właściwie reszta jest dalej aktualna. Nadal po kilkudniowym lub wręcz kilkugodzinnym szkoleniu można próbować brać się za robienie kosztorysu. I nie ma żadnych szans, aby przy deregulacyjnych zapędach obecnego rządu, realne było wprowadzenie jakichkolwiek ograniczeń przy dostępie do tego rodzaju działalności zawodowej. Może zresztą słusznie, bo ograniczeń, zezwoleń, koncesji trochę się w ostatnich latach namnożyło.

 

W pełni aktualny może być też kolejny fragment starego felietonu …

Kosztorysant budowlany, tak, to brzmi dumnie. Zwłaszcza teraz, kiedy zawód ten pojawił się na oficjalnej liście zawodów Głównego Urzędu Statystycznego. W sumie to właściwie mam szczęście. Jak pomyślę o tych dawnych czasach, z okresu swojej pracy na budowie (brrr..., co za koszmar, brud, gumiaki, zimno i ciągle ktoś czegoś chciał), widzę to wyraźnie. Pamiętam tych nieszczęsnych wykonawców, w koło kartkowali swoje równie nieszczęsne, przetłuszczone, podarte KNK i KCK. Ściubili te płachty, zliczane na kalkulatorze i wypełniane przez 3 kopiowe kalki, biadolili, narzekali, ciągle się mylili.
Szkoda mi ich właściwie, ale cóż, my ludzie początku XXI wieku, jesteśmy już znacznie wyżej, rozwój komputeryzacji ma swoje plusy.
Siedzę sobie teraz wygodnie w biurze, cieplutko, milutko, kawka, herbatka, gazetka, w sumie za te lata poniewierki coś mi się chyba należy. Czasem tylko, pod koniec dnia jest już tak nudno, że tylko kilka pasjansów na komputerze pozwala dotrwać do czwartej. No i ta pensyjka. Nawet na pierwszego nie ma czym porządzić.

Może tylko pensje są dziś w administracji nieco lepsze niż 10 lat temu, wszak 1 maja 2004 roku weszliśmy do Unii Europejskiej, co spowodowało pewne zbliżenie naszych wynagrodzeń sfery budżetowej do poziomu zachodniego (choć nie wszędzie, jak wynika z ostatnich protestów środowiska pielęgniarskiego).

W dalszym ciągu w cenie pozostaje przedsiębiorczość, czyli dokładnie tak, jak było to ponad 10 lat temu, o czym mówił kolejny fragment archiwalnego felietonu:

Ponieważ jestem jednak człowiekiem czynu, stąd pomysł z kosztorysowaniem. Na spółkę kupiliśmy z Wackiem na chodniku pod Stodołą (dla zamiejscowych – to taki klub studencki, w niedziele zamieniany w ogromną giełdę komputerową) od jakiegoś młodego cwaniaczka (tak śmiesznie szeptał „użytki na sidi, użytki na sidi”, że też nie ma kary na tych piratów) parę dyskietek i kostkę, za całe 70 zł. Drogo, ale na następną niedzielę obiecał nam drugą kostkę za 25, bo Wacek też oczywiście chce zgarniać szmal na kosztorysowaniu. Nie wydaje mi się, żeby mentalnie był w stanie to opanować. Ale przecież nie mogę mu tego powiedzieć.

 

Czego dotyczą zmiany, jakie zaszły w ciągu dekady? Zmieniła się lokalizacja giełdy komputerowej, większość pirackich programów ściągana jest wprost z sieci. Wyższe są też kary za obrót i posiadanie nielegalnego oprogramowania (nawet w ostatnich tygodniach straszą tym w radiu, odgrywając sugestywne scenki rozmowy prezesa firmy i adwokata), tym samym jego cena nieco wzrosła, a z użycia stopniowo wyszły płyty CD, zastąpione przez DVD. I tyle, reszta bz.

Zmniejszyła się natomiast szansa na ukrycie swojej dodatkowej działalności i wykonywanie jej w godzinach pracy w miejscu zatrudnienia. Tak więc kolejne zdanie felietonu sprzed lat 10 nie jest chyba już prawdziwe; tak gapowatych szefów, o jakim mówiła jego następna fraza już chyba nie ma.

Za to koszty działalności będą niewielkie. Komputer jest służbowy, tusz i papier do drukarki też, a nasz szef jest tak gapowaty, że nic nie zauważy jeśli dwie -trzy godzinki dziennie zajmę się swoimi sprawami.

 

Za to informacja cenowa dotycząca budownictwa jest w dalszym ciągu (i to na szczęście) dostępna; kilka firm nadal się tym para, a i punkt sprzedaży wydawnictw na ul. Hożej ostał się do dziś.

Kupiłem na Hożej taki zeszycik, Błyskawica się nazywa, ceny wszystkich materiałów i pracy maszyn podaje, jest też stawka robocizny, czyli wszystko co potrzebne do wyliczenia ceny kosztorysu.

Na razie ćwiczę na sucho, ale Jadzia z parteru, z sali obsługi interesantów, która ma bezpośredni kontakt z kłębiącymi się przed jej okienkiem prywatnymi przedsiębiorcami, już obiecała mi, że rozpuści wśród nich wici – tanie szybkie i profesjonalne usługi kosztorysowe. Stanęło, że ma dostawać po 5% od każdego „nagonionego” klienta. Łebska dziewczyna. Jak zrobiłem w Corelu i dałem jej plik eleganckich anonsików swojego biura kosztorysowego (na imię mam Jacek, więc firmę nazwałem „JACK-KOSZT”) poradziła mi, żeby jednak nie podawać na nich swojego służbowego telefonu, a tylko komórkę. Zwłaszcza, że wszystkie numery są u nas łączone przez centralę. Zadzwoni taki z miasta, będzie pytał o biuro kosztorysowe, odbierze jakiś donosiciel i zaraz poleci z tym do dyrekcji. Dzisiaj nikomu nie można wierzyć, jeden drugiego by utopił w łyżce wody, Jadźka ma racje. Nie ma już dziś wśród ludzi elementarnej przyzwoitości.

Zjawisko naganiania klientów, o którym mowa wyżej, też kwitnie w najlepsze, może trochę zmniejszył się jedynie stopień nachalności. Obawa przed donosem do szefa ze strony kolegi z pracy również nie zniknie chyba nigdy, a powszechny w wielu korporacjach swoisty „wyścig szczurów” właściwie nawet się nasilił. I nie zmienią tego żadne imprezy integracyjne, nawet tak udane, jak przedstawiona w jednym z ostatnich polskich filmów komediowych.

 

Zauważyłem w dziale technicznym naszego Inspektoratu taką samą książeczkę Błyskawicy z cenami materiałów budowlanych. Ta moja kosztowała 12 zł, niby nie majątek, ale po co wydawać. Waldek z DT, z którym kiedyś na zakładowym grzybobraniu nieźle zaszumieliśmy, powiedział, że co miesiąc dostają nową i że zawsze mogę sobie skserować.

I słusznie, mamy czasy kryzysu, po co wydawać niepotrzebnie nawet kilkanaście złotych.

Pierwsze zlecenie to zawsze, i 10 lat temu i dziś, dla osoby rozpoczynającej działalność gospodarczą, spore wydarzenie. Więc i następny fragment nic nie stracił na aktualności, bo i dziś, jeśli prowadzi się biuro w mieszkaniu, trzeba jakoś kontrahentowi oczy zamydlić, aby nie zauważył od razu, że ma do czynienia z „firmą - krzakiem”. Bo to może zostać źle odebrane, przecież już nawet w USA prezydentem nie jest George Bush.

Mam pierwsze zlecenie! Wczoraj wieczorem zadzwonił jakiś facet. Mówił, że prowadzi firmę budowlaną, robią głównie remonty. Powiedział, że ma do roboty sporo kosztorysów, bo czasy są trudne, ofert trzeba składać stosy. W każdej musi być kosztorys ofertowy, sam już nad nimi, nocami, jak się wyraził, „nie wyrabia”. Umówiliśmy się na dziś na 16-tą, po pracy. Wmówiłem mu, że akurat przenoszę siedzibę biura i dlatego spotkamy się w kawiarni. Pytał ile biorę, pojęcia nie miałem. Wacek miał się dowiedzieć jakie są stawki na rynku, ale to gamoń, nawet nie zadzwonił. Pewnie nic się nie dowiedział. Ledwie mi się udało faceta zbyć, obiecałem mu że średnio tyle co na mieście, a jak się do siebie przekonamy, to już przy trzecim zamówieniu dostanie Kartę stałego klienta i będzie miał w naszym biurze 10% zniżki. Załapał.

A karta stałego klienta zrobiła w ostatnim 10-leciu wprost furorę. Sam mam ich co najmniej kilkanaście, z księgarni i od fryzjera, z myjni samochodowej, z 3 aptek i od fotografa, aby je dostać wystarczy praktycznie wejść raz (a nie trzy, jak kiedyś) i wydać z 10 złotych.

 

Nawet sympatyczny facet, ten pan Stasio, tylko trochę szary na gębie ze zmęczenia. Czasem dziwnie się zamyśla. Chyba faktycznie robi już bokami. Przyniósł mi otrzymane od inwestora jakieś szpargały, zatytułowane dziwnie jako specyfikacja istotnych warunków zamówienia, czy coś w tym rodzaju, pełno w nich różnych tabelek, załączników, oświadczeń. Podobno kilka lat temu zaczęła obowiązywać jakaś ustawa, że jak się chce w budownictwie dostać robotę, to się trzeba zgłosić do przetargu i „toto” wszystko powypełniać. A i to bez gwarancji, że się zlecenie dostanie, bo kto inny może być już na wykonawcę tej roboty upatrzony. Albo też, tu pan Stasio smutno się uśmiechnął, jeszcze inny będzie miał lepszą, tańszą ofertę. Powiedział mi, że te wszystkie potrzebne papierki ze skarbówki, ZUS, nawet zaświadczenie o niekaralności już zgromadził. Trzeba jeszcze tylko machnąć kosztorys ofertowy. Robota ma dotyczyć rozbiórki sporej prefabrykowanej, żelbetowej hali przemysłowej. A on ma 15 ludzi, dwie wywrotki, stary, ale ciągle sprawny żuraw Lech, dwa młoty pneumatyczne, robota w sam raz dla niego. Byle ją dostać.

Co z tego fragmentu byłoby dziś nieaktualne? No może tylko żuraw „Lech” nie dałby rady dotrwać do obecnych czasów. Reszta jest jak najbardziej adekwatna.
Ilość obciążeń spadających na osobę prowadzącą działalność gospodarczą w zakresie budowlanego wykonawstwa jeszcze się w ciągu ostatniej dekady zwiększyła. W 2002 roku mieliśmy np. do czynienia z ustawą o zamówieniach publicznych z 10 czerwca 1994 roku, liczyła ona wtedy niecałe 100 artykułów. Dziś, po 10 latach szumnie zapowiadanych, przy okazji każdej nowelizacji, uproszczeniach i ułatwieniach, mamy Prawo zamówień publicznych, z ilością artykułów zbliżającą się do 250.

Dalej też, może jeszcze nawet bardziej niż w 2002 roku decydującym, a w większości przypadków jedynym, jeśli chodzi o roboty budowlane, kryterium pozostaje cena. I mimo szeregu ewidentnych porażek, głównie w sektorze budownictwa drogowego, związanych z wyborem najtańszych firm, dalej przepisy dotyczące zamówień publicznych praktycznie nie dają do wyboru innych kryteriów (termin, np. konieczność zdążenia na rozpoczęcie EURO 2012, jest bowiem najczęściej warunkiem a nie kryterium).

Do czego to prowadzi, niech ilustracją będzie przykład z ostatnich dni. Niewielki przetarg nieograniczony na zamówienie obejmujące łącznie remont (w tym wymianę nawierzchni podłogowej) i wyposażenie w meble dwóch dużych reprezentacyjnych sal w instytucji budżetowej, formalnie instytucji bardzo wysokiego szczebla. Jest to już trzecie w ciągu ostatnich kilku lat tego typu postępowanie zamówieniowe. Dwa poprzednie, też przeprowadzone w trybie zamówienia publicznego, nie cieszyły się znacznym zainteresowaniem, pozwoliły jednak na zweryfikowanie, przez mechanizm rynkowy, czyli najbardziej obiektywny, ceny. Na poziomie ok. 240 tys. zł za salę.

W bieżącym postępowaniu dostajemy 3 oferty.

Pierwszą składa wykonawca poprzedniego remontu. Zna dobrze wszelkie uwarunkowania, m.in. konieczność wykonywania wszystkich głośniejszych robót po godz. 16-tej i w dniach wolnych od pracy, konieczność niezwłocznego usuwania elementów z rozbiórki, praktycznie brak zaplecza, skomplikowanie kształtów mebli wymagających nowych oklein czy tapicerowania. Jego propozycja jest rozsądna – po 235 tys. zł za salę, czyli 470 tys. za całość.

Drugi potencjalny wykonawca – zadał parę pytań, przyjechał na proponowaną w SIWZ wizję lokalną i, w efekcie, wycenił wyżej, 495 tys. za obie sale.

Problem powstał z wykonawcą trzecim, takim z dość głębokiej prowincji. Jego cena, podana bez obejrzenia miejsca robót, to 265 tys. za całość. Załączona jest, zgodnie z wymogiem zamawiającego, kalkulacja szczegółowa w rozbiciu na poszczególne elementy zamówienia. Największe wątpliwości budzi w niej wymiana nawierzchni podłogowej. Po 90 zł za metr kwadratowy. Przy cenie tej roboty w pozostałych dwóch ofertach wynoszącej 550 zł i 700 zł za 1 m². I przy orientacji zamawiającego, że metr kwadratowy przewidzianych do ułożenia, konkretnie określonych, paneli podłogowych kosztuje ok. 130 zł. A gdzie rozbiórka obecnej nawierzchni, gdzie wymiana podkładu, szlifowanie i lakierowanie, cokoły przyścienne, wywóz odpadów, gdzie wreszcie koszty pośrednie i zysk wykonawcy?
Odrzucić od razu takiej oferty, ze względu na ewidentny dumping cenowy, obecnie nie można. Trzeba pytać o wyjaśnienia, co oczywiście, zgodnie z art. 90, ust. 1 Pzp, następuje. Udzielona odpowiedź budzi pewne rozbawienie. Najciekawszy jej fragment mówi, iż te podane ceny w ofercie to tylko tak, pro forma, orientacyjne, a ile to będzie musiało kosztować, to się dopiero okaże w trakcie roboty.
Tej klasy wyjaśnienie musi skutkować odrzuceniem oferty, stosowna informacja na ten temat wędruje więc do wykonawcy nr 3. Odpowiedzią jest przyniesione przez niego osobiście do zamawiającego pismo ostrzegawcze – jeśli nie zmienicie swojej decyzji o odrzuceniu jego oferty, złoży odwołanie do KIO (Krajowa Izba Odwoławcza). Na sugestię szefa służb technicznych zamawiającego – „a może chciałby Pan (szanowny wykonawco) choćby teraz zobaczyć te sale, może to spowoduje u Pana otrzeźwienie”, młody człowiek, prawdopodobnie właściciel firmy, wyraża zdziwienie – „a po co mam oglądać?”.

 

Właściwie przetarg można byłoby już rozstrzygnąć, ale z przyczyn czysto humanitarnych, biorąc pod uwagę, że stan butów przedstawiciela wykonawcy nr 3 wyraźnie wskazuje, że 7.500 zł wpisu do KIO to dla niego jest zapewne znaczna suma, odczekujemy jeszcze kilka dni. Aby tego młodego wykonawcę pozbawić prawa do odwołania, ale, proszę mi wierzyć, nie ze złośliwości, tylko naprawdę, aby bronić go przed samym sobą.
Niewiele to daje, po rozstrzygnięciu przetargu wnosi on jednak odwołanie do KIO. Nieważne, że po terminie, znalazł bowiem kancelarię prawną usiłującą uzasadnić, że nasze odrzucenie było nieskuteczne, nieważne, że wpis wynosi 7.500 zł, wpłacił bowiem całe 10.000 (a co się będzie rozdrabniał, może te znoszone buty to był tylko kamuflaż?).
Jak to się skończyło? Otóż nie wiadomo, rozprawa w KIO dopiero za cztery dni.

Ale wybaczcie drodzy Czytelnicy tę powyższą wtrąconą opowieść, która miała tylko pokazać, że poziom sporządzania kosztorysów ofertowych nie wszędzie uległ w ciągu 10-ciu lat istotnej poprawie. Bo w przytaczanym felietonie sprawa potoczyła się tak …

Niby w tej specyfikacji jest przedmiar rozbiórki, ale, jak mówi, kiedy porównał jego ilości z ze szkicami inwentaryzacji (które również włożono do specyfikacji) to nic się nie zgadzało. Inwestor napisał, że oferenci mają obowiązek sprawdzić przedmiar i ewentualnie go poprawić. Na końcu zaś podpisać, że ze wszystkim się zapoznali i nie wnoszą żadnych uwag. A w umowie, też wsadzonej do specyfikacji, jest ryczałt. Podobno to znaczy, że jak nawet okaże się w czasie budowy, że trzeba zrobić znacznie więcej niż było w przedmiarze, to wykonawca ma to zrobić za darmo. Niesamowite, ale dobrze im tak. Pamiętam jeszcze jak kiedyś, przed laty, skakaliśmy koło wykonawców na naszej budowie.

Faktycznie, spojrzeliśmy na parę przykładowych pozycji przedmiaru i rysunki, jakiś straszny patałach musiał to zestawiać. Ponarzekaliśmy razem na upadek etosu pracy, dzisiaj mało kto co umie, a bierze się taki za wszystko. Nie wiem czy żartował, ale mówił, że za te papiery musiał jeszcze sporo zapłacić!

Zaskoczył mnie strasznie na koniec rozmowy mówiąc, że kosztorys ma być na pojutrze rano, gdyż o 9 –tej jest otwarcie ofert. Wilcze prawa kapitalizmu, ale sam jednak chciałem prywatnego biznesu, to go mam. Pomyślałem, że skoro jest przedmiar, a w nim pozycje wyceny (też strasznie przemieszane, i KNR-y i KSNR-y i jakieś KNNR) to sobie poradzę. Trzeba będzie sprawdzić wielkości przedmiaru i je poprawić, zrobię to wieczorem. A jutro w ciągu dnia wklepię te wielkości do komputera i się zdąży.

Umówiliśmy się po 5 zł od pozycji. Za nic nie chciał dać więcej, w ostatniej chwili zgodził się dodatkową złotówkę od pozycji za ekspres. Niech będzie. Zwróci się za program, Błyskawicę, będzie też dla Jadźki, niech się dalej stara, no i jeszcze zostanie. A Wacka aż skręci z zazdrości.

Coś niesamowitego, życie jest jednak złośliwe. Zaraz po porannej herbatce cały nasz dział pognali na jakieś bezsensowne szkolenie. Owszem, było ono już dawno zaplanowane, ale całkiem mi to wyleciało z pamięci. Wściekły dotarłem z powrotem do biura dopiero o 15.30, wszyscy po szkoleniu zerwali się do domu, a ja do roboty. Obgadałem z portierem, że mam tyle pracy i muszę zostać po godzinach. Patrzył dziwnie, bo chyba nikomu się to w naszym Inspektoracie w ostatnich latach nie zdarzyło.

Na 19-tą było gotowe. Elegancko wyszło. Kupili nam niedawno kolorowe drukarki, więc tytuł kosztorysu machnąłem na czerwono a nazwę Inwestora na granatowo. Niech wiedzą, że robota profesjonalisty, a nie pokątnego fuszera. Jeszcze tylko telefon do p. Stasia. Niestety miał wyłączoną komórkę, trzeba będzie zadzwonić później, z własnej, podobno przed 21-szą nie wraca. Mały, ale znowu wydatek.

Umówiliśmy się przed moją pracą na 8 rano. Sam to zaproponował, bo widać pamiętał, że biuro mam w przeprowadzce. Wypłacił należność, miło, że te 6 zł za pozycję okazało się być netto, sam dobrowolnie doliczył VAT. Spytał też o fakturę (zwekslowałem to na później, całe biuro jest spakowane do przeprowadzki) i pognał dalej, bo składanie ofert do 8.30. Przy pierwszej, rozruchowej kawie pomyślałem, że kiedyś przyjdzie zarejestrować działalność, płacić podatki, VAT, ubezpieczenie, kasę chorych. No tak, ale to może kiedyś, w perspektywie...

 

Czy tu dziś coś by nie pasowało? Nadal ulubiona przez zamawiających formuła wynagrodzenia wykonawcy robót budowlanych to ryczałt, przedmiary robione w ramach zamówieniowej dokumentacji projektowej (tej, wg rozporządzenia Ministra Infrastruktury z 2 września 2004 roku) powstają w licznych przypadkach na kolanie, ostatniej nocy przed umownym terminem oddania inwestorowi całej dokumentacji projektowej, nadal rzadko kto siedzi po godzinach w pracy w instytucji budżetowej, kolorowe drukarki są już standardem, szara strefa nadal istnieje. Nihil novi sub sole.
Jak dalej potoczyły się losy bohaterów felietonu sprzed 10 lat?

Jeszcze mi się ręce trzęsą, właśnie dzwonił Stasio. Nawtykał mi od palantów. Ponoć go ośmieszyłem na otwarciu ofert, wszyscy konkurenci się śmieli, jak przeczytano jego cenę. Mówił, że da znać do jakiegoś stowarzyszenia kosztorysantów, do jakiegoś zrzeszenia biur kosztorysowych (ciekawe co to takiego, może warto się kiedyś zapisać, na razie oni to mi mogą ...), że powinienem mu oddać pieniądze i zwrócić to co zapłacił za specyfikację, to co uiścił w znaczkach skarbowych przy odbiorze zaświadczeń, w jakimś rejestrze karnym, itd. Jak pytałem co się w ogóle stało, najpierw rzucił żebym popatrzył na pozycję 27, a potem słuchawkę.

Faktycznie, obciach jak diabli. Do tej rozbieranej hali wchodził kawałek toru kolejowego. W przedmiarze było 60 m, ze skali szkicu pasowało, to tyle też przyjąłem. Rozbiórkę potraktowałem, tak jak w przedmiarze ze specyfikacji, z KNR 2-37, 0607-02. Skoro taką pozycję wybrali, to widocznie są to podkłady betonowe i szyna S49, ze szkicu tego nie widać. Przypominam sobie, akurat przy tej pozycji dzwoniła żona i pytała co się tak zasiedziałem w pracy i groziła, że obiad to będę sobie odgrzewał sam. Przez tę sekutnicę nawet nie spojrzałem ile wyszło.
A wyszło, oj wyszło. Samych roboczogodzin 151.200, do tego 3.960 m-g pracy lokomotywy. Pamiętam też, jak się zastanawiałem po ile ta lokomotywa. Nie było jej w Błyskawicy, w końcu uznałem, że przecież i tak nie będzie przy rozbiórce żadnej lokomotywy i wziąłem ją jak samochód, po 55 zł za m-g.
Co za idiotyzm?! Jednostka przedmiarowa w programie była w kilometrach, a ja wstawiłem swoje 60 metrów. To i wyszło w samej robociźnie o 0,999 × 151.200 r-g × 9,5 zł/r-g = 1.435.000 zł za dużo, w nieistniejącej lokomotywie aż o 218.000 zł za dużo. Do tego platforma wagonowa dwuosiowa, no i narzuty. Nic dziwnego, że biednego Stasia wyśmiali.

 

Co dziś, z tego co powyżej, nie mogłoby się już zdarzyć? Czy czasem tylko nie taka stawka robocizny i maszynogodziny pracy samochodu oraz żądanie zwrotu za znaczki skarbowe, bo te w międzyczasie znieśli?
A do jakich wniosków po tak koszmarnym starcie swojej działalności kosztorysowej doszedł nasz bohater sprzed ponad lat 10? Że musi się jeszcze sporo nauczyć? Nic podobnego …

Ale nie popuszczę. Sprawdziłem już, co to jest za firma, która miała czelność wypuścić taki program na rynek. Jakaś ATENASOFT z Kłopotowskiego na Pradze. Czy oni tam nie wiedzą o obowiązującym układzie SI, że się bierze w technice metry a nie kilometry. Dobrze, że nie przyjmują długości w sążniach czy w łokciach. Jutro ich odwiedzę, Wacek obiecał również wybrać się ze mną, awantura będzie na 24 fajerki. Jak się będą stawiać, to do sądu pójdę, do federacji konsumentów trafię. Jak będzie potrzeba w gazecie dyletantów obsmaruję, a swojego nie daruję. No po prostu aż mnie dusi ze złości, chyba tej nocy nie zasnę.

 

I tu również tylko jedna rzecz nie byłaby już obecnie aktualna, jako że kilka lat temu „Athenasoft” zmieniła swoją siedzibę, przenosząc się z ulicy Kłopotowskiego na ulicę Leszczynową.