Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Telemann na gitarze elektrycznej

Informuję Szanownych Czytelników, że uwielbiam operę i jak twierdzą znajomi trochę się na śpiewie znam, zwłaszcza iż wiedzą, że przerwałem brutalnie naukę śpiewu solowego stwierdziwszy ze smutkiem, że nie mając talentu Szaliapina, nie pragnę kontynuować żywota przeciętnego śpiewaka. Za bezpieczniejsze uznałem kosztorysowanie robót budowlanych. Dokonałem mam nadzieję dobrego wyboru. Na szczęście odebrałem w genach sporą dawkę zdrowego rozsądku, co niestety utrudniało mi realizacje szeregu przedsięwzięć, zwłaszcza w kontaktach z pięknymi panienkami. Pozostało jednak uwielbienie dla tej ogromnie trudnej sztuki, które do chwili obecnej trwa i trwać będzie do końca moich dni.

Ta inwokacja, czy jak kto woli – ekspiacja, jest moim zdaniem konieczna do zrozumienia, że to, o czym będzie dalej, nie jest broń Boże powodowane niechęcią do tej dziedziny sztuki. Wprost przeciwnie, wyrażam opinię, ba głoszę, że opera, ten genialny, renesansowy i włoski wynalazek trwa i trwać będzie do końca świata.

Ale wracajmy do budownictwa.

Białostocka Gazeta Wyborcza poinformowała o oddanym do użytku teatrze operowym w blisko trzystutysięcznym Białymstoku, a noszącym piękną nazwę Opera i Filharmonia Podlaska. Jest to gmach o kubaturze ok. 120.000 m³ z salą widowiskową liczącą 771 miejsc, wybudowany jak informuje prasa za 220 mln zł! Ze zdjęć wynika, że wspaniały!
W rzeczonym artykule znalazłem słuszną konstatację: „sztuka kosztuje, więc opera musi na siebie zarabiać”! Trudno nie przyznać racji takiemu spostrzeżeniu, tyle że na całym świecie nie istnieje ani jeden teatr operowy, zwłaszcza o takiej wielkości, zdolny utrzymywać się ze swojej działalności. Konieczni są sponsorzy. Sponsorami są zwykle bardzo bogaci, zakochani w operze mieszkańcy, budżety samorządów miast, nawet rządy, a najczęściej wszyscy razem.
Z artykułu dowiadujemy się, że na tym gmachu nie kończą się zamiary budowlane ludzi kultury i władz tego miasta, bowiem przewidują też przebudowę „Starej Elektrowni” na muzeum za marne 20 mln zł, a także „Muzeum Pamięci Sybiru” za, jak podano, kilkadziesiąt milionów. Domyślam się, że kilkadziesiąt to co najmniej pięćdziesiąt, a może dziewięćdziesiąt. No bo czterdzieści kończy się na „eści”, a sto, to na „o”! Krótko mówiąc, trzeba będzie nie tylko tę szacowną instytucję utrzymywać.
Rzeczony artykuł ujawnia wysokość potrzeb finansowych opery – na razie 25 mln zł na rok. Informacja o zabezpieczonych środkach to: 6 mln zł przez trzy lata z Ministerstwa Kultury, 13 mln zł z budżetu województwa podlaskiego (bliskie miastu źródło utrzymania). Dwa miliony opera chce uzyskać z działalności merytorycznej. O resztę, to znaczy 3 mln zł, są czynione starania w bogatej i szczodrej Unii Europejskiej! Na tę szczodrość raczej bym nie liczył, zważywszy na ostatnie poczynania „ostrożnościowe” tego sponsora, tym bardziej, że taka pomoc przydałaby się przez kolejne dziesięciolecia.

Przejrzałem repertuar wrześniowy teatru a w nim: „Straszny dwór”, „Traviata” i „Pimpinone”. Rzecz ciekawa, że popularna i łatwa w odbiorze, bo rzewna, „Traviata” (która przed wielu laty budowała operową Łódź) zaplanowana na 10 spektakli, została niestety totalnie odwołana. Dlaczego? Kłopoty obsadowe, czy brak zainteresowania publiczności?
Nie wspominam o kłopotliwym, jedynym spektaklu „Pimpinone” Telemanna także odwołanym?! Czyżby ta staroć nie znalazła amatorów? Teatr ratują musicale, bajki dla dzieci, nie wspominając o działalności filharmonicznej. Natomiast w listopadzie wspomogą teatr „Czerwone Gitary”!

Powyższy tekst, proszę łaskawie zrozumieć, napisałem nie przeciwko operze białostockiej, tylko przeciwko łatwym decyzjom inwestycyjnym z zakresu kultury podejmowanym przez wszystkie (zwłaszcza duże) miasta w Polsce, do których zalicza się również Białystok!

Proszę uprzejmie zajrzeć do Internetu!

W Łodzi mamy z wielkim trudem i kosztami utrzymywaną halę widowiskowo-sportową „Arena”, a nadto - przebudowaną za ogromne pieniądze też na muzeum (nomen omen) „starą elektrownię EC-1”, nad której kosztownym zagospodarowaniem i wyposażeniem, jak informuje łódzka prasa, dopiero teraz zastanawiamy się!
Co ciekawe – łódzka odradzająca się koszykówka nie ma gdzie funkcjonować, bo „Arena” jest dla niej za droga?! Nie wspominam o pięciu ogromniastych stadionach „mundzialowych”, rujnujących pięć wielkich miast, od których utrzymywania Najwyższy ustrzegł nasz Białystok i moją Łódź!

Ponieważ do dopłat unijnych są konieczne środki własne gmin, więc gminy zadłużają się ogromnie, budując kolejne obiekty, które dodatkowo, co oczywiste, wymagają bardzo poważnych środków na ich utrzymanie.

Tymczasem we wszystkich polskich miastach mamy setki budynków komunalnych wybudowanych na początku XX wieku i wcześniej, stare sieci magistralne wszystkich niezbędnych do życia mediów, nie wspominając o ulicach, placach i chodnikach. Potrzebne są parkingi, linie kolejowe zdolne nieść pędzące coraz szybciej pociągi, także lokalne! Ponadto drogi kołowe w dalszym ciągu wymagają inwestycji, zwłaszcza na ścianie wschodniej, tam gdzie leży właśnie nasz Białystok! No a linie przesyłowe energetyczne wielkich napięć są w porządku i nie wymagają modernizacji?

Cisną się czarne myśli – przecież Unia w końcu przestanie nas dotować. Czy te wskazane wyżej struktury i infrastruktury przeżyją następne lata? Czy konieczne do poniesienia wydatki na utrzymanie takich ilości nowych obiektów kulturalnych, wynagrodzenia pracowników tychże, nie będą przeszkodą w gromadzeniu środków na niezbędne remonty, przebudowy czy modernizacje już posiadanych a niszczejących obiektów komunalnych?

Co jest przyczyną takiego stanu rzeczy?

Moim zdaniem polityka, a ściślej – brutalne politykierstwo! O bohaterach tej dyscypliny pisałem w poprzednim numerze „BzG”!
Na pytanie zadane dziecku (jak w referendum) - co wolisz: cukierka, czy umyć szyję - jaką uzyskamy odpowiedź?
Takimi słodkimi cukierkami są obietnice polityków, powodujące zabudowywanie naszych miast i miasteczek obiektami kultury w sytuacji, kiedy są ważniejsze potrzeby! Podobnych dylematów doznawałem w młodości, w trudnych czasach minionego okresu, ja zbieracz płyt z muzyką operową. Co kupić - koszulę, nowe spodnie, czy może znakomite nagranie „Borysa Godunowa” z Pietrowem, Nellepem czy Michajłowem w rolach zasadniczych. A kto wystąpił w roli Maryny? Psia kość zapomniałem, bo stare winyle w domu się nie mieszczą. Ale w końcu, po długich oszczędnościach owo dzieło kupiłem!

Obietnice polityków w sprawach budowy obiektów kultury są łatwe i efektowne. A co najgorsze trudne do zakwestionowania. Wystarczy w internecie napisać tekst przeciwko takim poczynaniom, a natychmiast gromada oponentów wymyśla od prostaków, chamów i to w języku w telewizji „wypikowywanym”. No cóż, kulturalny naród pragnie kultury, lubi świecidełka, zapominając że koszule i spodnie są też potrzebne. To wcale nie znaczy, że w obronie koszul i spodni nie demonstruje, przy okazji paląc nie swoje, tylko służbowe opony.

Wracając do Opery i Filharmonii Podlaskiej, wypada przepisać, ze wspomnianej na początku prasy, kilka ważnych oświadczeń bardzo ważnych lokalnych osobistości:
 

1.Powstała instytucja - dzieło, które służyć będzie mieszkańcom przez pokolenia. Wiąże się to z olbrzymią odpowiedzialnością, także finansową. Nie możemy grać bez wpływów.

2. Opera i filharmonia wprowadziły płatne zaproszenia dla części urzędników i np. posłów. Część dostawała bezpłatne zaproszenia - m.in. prezydent i marszałek. Teraz i to się zmieni.

3. Za udział w uroczystej inauguracji za zaproszenia zapłacą: wszyscy samorządowcy i przedstawiciele władz województwa (marszałek, cały zarząd województwa, prezydent, wojewoda, dyrektorzy departamentów urzędu marszałkowskiego), wójtowie, burmistrzowie, starostowie gmin, miast i powiatów z terenów woj. podlaskiego, dyrektorzy instytucji podległych marszałkowi.

4. Marszałek województwa nie ma nic przeciwko wprowadzeniu płatnych zaproszeń, dlatego kupi podwójne zaproszenia, każde po 100 zł, na oba inauguracyjne spektakle: "Korczaka" i "Straszny dwór", i pójdzie na nie z żoną.

5. Jak mówi marszałek - zaproszenia kupią też podlegli mu urzędnicy - ”uważam, że stać ich na to, dlaczego mieliby tego nie zrobić? Mamy co prawda pulę bezpłatnych zaproszeń, ale bardzo ograniczoną i przeznaczoną wyłącznie dla naszych najznamienitszych gości, którzy przyjadą, m.in. przedstawicieli z kancelarii premiera itp.”

6. Chcielibyśmy nie słyszeć argumentów w stylu: nie chodzę do opery, bo jest za drogo. Dlatego ceny biletów na przedstawienia "Strasznego Dworu" i "Korczaka" będą niskie, porównywalne z cenami opery w Bydgoszczy, a więc w mieście porównywalnym do naszego.
 

Wszystko o czym wyżej, powinno nas cieszyć ogromnie, zwłaszcza karna armia urzędników i oczywiście muzykalna małżonka pana marszałka. Może być gorzej, kiedy w następnych wyborach lokalnych zwycięży niemuzykalny mąż stanu, co gorsza z małżonką uwielbiającą wyłącznie „Czerwone Gitary”. Nie umiem sobie także wyobrazić sznurów samochodów zapełnionych starostami i wójtami (wraz z małżonkami, a może i dziateczkami), miłośnikami muzyki Telemanna, jadących do opery na „Pimpinona”.

Tymczasem, jak wieść gminna głosi, na przywódcę narodu szykuje się mąż stanu obdarzony nienadzwyczajnym słuchem! W tej nowej sytuacji, marszałkowie, wojewodowie, starostowie i wójtowie chcący się przypodobać nowemu przywódcy (to taki standard polityczny) z dnia na dzień utracą posiadany, najpewniej nawet od urodzenia słuch muzyczny. Domyślam się, że słuchu politycznego nie utracą, bo ten mają znakomity i co najważniejsze niezniszczalny!
I co wtedy się stanie z piękną operą? Bo ze sponsoringiem, o którym pisałem na wstępie, i gwarzył pan marszałek, mogą być poważne kłopoty. Zwłaszcza ze sponsoringiem urzędniczym!?
Ale najpewniej nic złego się nie stanie, bo na szczęście istnieją przeróżne i elektryczne gitary, które jakoś tam usiłują ratować łódzką halę widowiskowo-sportową „Arena”.
To co (?) opery białostockiej nie uratują?!

Tyle – tu dodaję nieśmiało – że gitar można słuchać chociażby na stadionie sławnej „Jagiellonii”, który pomieści więcej niż 771 osób! Nawet zimą, ponieważ elektryczne gitary wydają dźwięki gorętsze od zapisanych gęsim piórem przez maestra Telemanna! Tym bardziej, że jak uczy doświadczenie, uczestnicy takich widowisk, zafascynowani brzdąkaniem, wyciem i rzężeniem gitarzystów, wykonują skomplikowane ćwiczenia gimnastyczne, gwarantujące zachowywanie ciepłoty ciała bez względu na temperaturę otoczenia! Natomiast rzeczona gimnastyka widzów zgromadzonych w sali operowej, może doprowadzić do poważnych uszkodzeń jej przepięknych wnętrz!