Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Timur i jego - nie, nie drużyna, lecz - wnuk i ich budowle

Jednym z najciekawszych, najstarszych, a i pewnie najbardziej znanych (przynajmniej z nazwy) szlaków handlowych jest wytyczona w III wieku p.n.e. droga z Chin do południowej Europy, popularnie określana jako Jedwabny Szlak.

Ta ostatnia nazwa nie jest jednak ani specjalnie stara, ani też nie odpowiada prawdzie bowiem dopiero w XIX wieku użył jej po raz pierwszy niemiecki podróżnik i geograf, baron Ferdinand von Richthofen, a głównym transportowanym na szlaku towarem wcale nie był jedwab, przewożono bowiem także znaczne ilości złota i wyrobów jubilerskich, winogron, korzeni do produkcji przypraw, nasion roślin uprawnych, perfum, minerałów (głównie jadeitu), żelaza, papieru, itp.

Całość trasy liczyła, od dawnej stolicy Chin, miasta Xi’an, do Konstantynopola nad Bosforem lub Trapezuntu nad Morzem Czarnym, około 12 tys. km, a jej pokonanie przez pojedynczą karawanę, zajmowałoby niemal pełny rok, bowiem średnią prędkość marszu wielbłąda określano wówczas na ok. 40 km dziennie. Z tych też względów podzielona była ona na cały szereg krótszych etapów, obsługiwanych przez zmieniające się karawany, wyspecjalizowane do pokonywania poszczególnych fragmentów, tak mocno różniących się pod względem topografii, klimatu czy języków, jakimi posługiwała się miejscowa ludność.

 

(© Źródło: Wikipedia, autorzy, licencja CC-BY-SA 3.0 Deed)

 

Środkowy odcinek szlaku, od chińskiego Anxi do perskiego Meszhedu, charakteryzujący się m.in. kilkoma wariantami trasy, prowadził częściowo przez tereny dzisiejszego Uzbekistanu i istniejące do dziś jego miasta, Taszkient, Samarkandę i Bucharę. I właśnie na terenach samarkandzkiego wilajetu (nazwa współczesna, będąca odpowiednikiem terminu prowincja), w Chodża Ilgar koło dzisiejszego Keszu, który w owych czasach nosił łatwą do wymówienia nazwę Shahrisabz, w rodzinie zubożałego mongolskiego arystokraty, urodził się 9 kwietnia 1336 roku pewien wybitny władca, do dziś wspominany przez chyba wszystkie podręczniki traktujące o historii świata.

Nadano mu imię Timur, co w języku mongolskim oznacza żelazo i okazało się prorocze, bowiem w przyszłości przez około 40 lat będzie rządził znacznymi, stale powiększanymi terenami rzeczywiście żelazną ręką.

Oczywiście wielu z nas jeszcze pamięta ze szkoły, że nie była to zbyt świetlana postać. Na lekcjach historii w podstawówce, w latach 60–tych XX wieku (Boże, jak to brzmi, jak raport z plejstocenu) uczyli mnie, iż był to wyjątkowo brutalny i okrutny grabieżca. Coś na wzór Czyngis-Chana, Draculi, Hitlera i Stalina w jednej osobie, któremu stawianie jakichkolwiek pomników (fot. 1) nie powinno mieścić się w głowie. To samo potwierdził wynajęty na tydzień nasz lokalny kierowca Nikołaj - rodowity Rosjanin, lecz pochodzący z Taszkientu absolwent uzbeckich szkół podstawowej i średniej, liczący lat ok. 30, co oznacza, że także w tym kraju interpretacja taka była przyjmowana jako wiążąca jeszcze w latach 90–tych.

Na początku zresztą nic nie zapowiadało przyszłej wielkości Timura, bowiem w młodości parał się on zajęciami dość prozaicznymi i mało znaczącymi - na czele kilkudziesięcioosobowej (a potem kilkusetosobowej) bandy łupił pasterzy i kupieckie karawany, podążające przebiegającą w pobliżu Shahrisabz odnogą Jedwabnego Szlaku. Korzyścią wyniesioną z tego okresu było doświadczenie, tak przydatne w przyszłości, po rozszerzeniu profesji na łupienie całych krajów, minusem obrażenia odniesione w którejś z kolejnych potyczek, w efekcie których wyszedł z mocno uszkodzonym biodrem i stracił władzę w jednej ręce. Pamiątką było też nowe przezwisko – Timurlenk (Timur-e Lang, czyli Timur Kulawy lub Timur Chromy), co w Europie zniekształcono na Tamerlan.

 

fot. 1. Pomnik Timura w jego rodzinnym Shahrisabzie, z możliwością zrobienia zdjęcia na grzbiecie żyrafy

 

Droga od szeregowego przywódcy jednej z band w bardzo rozbitym politycznie Mawarannahrze do przyszłej potęgi była długa. Była drogą kolejno zawieranych sojuszów, małżeństwa z siostrą Husejna, władcy Balchu i Kabulu nasz bohater stopniowo rozszerzał swoje wpływy, czego kulminacją było wspólne ze szwagrem zdobycie Samarkandy i oczywiście wymordowanie wszystkich przywódców miejscowej władzy. Ale jak to bywa i dziś, szybko doszło do drobnych rodzinnych nieporozumień pomiędzy szwagrami na temat podziału władzy. Po krótkich walkach w latach 1368-9 nasz bohater zdobył więc twierdzę Balchu, pojmał poddającego się za obietnicę zachowania życia Husejna i przekazał go w prezencie mającemu inne rodzinne rachunki do wyrównania emirowi Chuttalanu, co szybko życie Husejna zakończyło.

Droga do tronu i tytułu chana wydawała się stać otworem dla Timura, była jednak dość istotna przeszkoda, związana z jego pochodzeniem. Nie miał on bowiem w żyłach krwi Czyngis-Chana i Czagataja, co było wymogiem niezbędnym do objęcia tronu. Prostym pomysłem stało się więc wyznaczenie władcy-marionetki w rękach Timura; został nim Sojurgatmysz z rodu Czagatajów. A nasz skromny bohater zadowolił się chwilowo tytułem wielkiego emira i kurgena (czyli zięcia), bowiem jedna z jego żon pochodziła z rodu Czagatajów. Swoistego smaczku temu akurat z licznych mariaży Timura dodaje też fakt, że akurat tę żonę niejako „odziedziczył” po uśmierconym Husejnie.

Dotychczasowe osiągnięcia nie mogły jednak na długo zaspokoić wielkich imperialnych ambicji Timura, a w sukurs przyszły mu wydarzenia na zachodzie, gdzie w 1357 roku po śmierci ostatniego wielkiego chana Złotej Ordy doszło do ogromnego chaosu i praktycznego podziału kraju na Złotą i Białą Ordę, zaciekłej walki o władzę, okraszonej licznymi wewnętrznymi niepokojami i mordami politycznymi.

W 1376 roku nadeszła okazja na wmieszanie się w sprawy Ordy, za pośrednictwem Tochtamysza, syna zamordowanego przez Urus-chana, władcę Białej Ordy, rządzącego w Mangyszłaku Tuj Chodży Ogłana, który udał się po pomoc do Timura. Obaj panowie chyba przypadli sobie do gustu, w efekcie (choć szala zwycięstwa przechylała się na obie strony) już 4 lata później Tochtamysz zjednoczył pod swoim panowaniem, jako kolejny wielki chan, tereny Złotej i Białej Ordy, a w 1382 roku, wyprawiając się na Moskwę i łupiąc ją, nawet przywrócił zależność Rusi od swojego państwa.

Czy to kwestia tzw. wody sodowej, jaka uderzyła do głowy stosunkowo młodemu Tochtamyszowi, czy skutek pecha, jaki niemal zawsze do ludzi obdarzanych zaufaniem miał nasz bohater, już w 1385 roku Tochtamysz zwrócił się przeciwko swojemu dobroczyńcy i rozpoczął najazdy na ziemie należące do Timura. Efekt okazał się żałosny, bo 10 lat później chanem Złotej Ordy był już z rozkazu Timura Temür Kutług, władca niezbyt wybitny i samodzielny, ale jednak potrafiący w sierpniu 1399 roku pokonać w bitwie nad Worsklą wojska litewskie dowodzone przez wielkiego księcia Witolda (tak, tak, tego spod Grunwaldu), nadciągające z zamiarem ponownego osadzenia na tronie Tochtamysza.

Nie ma możliwości, bez napisania pokaźnej monografii (zainteresowanym polecam ciekawą książkę „Tamerlan i jego czasy” prof. Mariana Małowista, wydaną przez PIW Warszawa w 1985 roku), prześledzenia całej historii podbojów Tamerlana, jego wypraw na Iran i Irak, Gruzję, Armenię i Azerbejdżan, zdobycia Heratu, Bagdadu, Tbilisi, Isfahanu. Ogromne, zdobywane w trakcie tych wojen łupy, bowiem zwykle na poddające się bez walki przed nadciągającą liczącą do 150 tys. żołnierzy armią bogate miasta nakładano ogromne kontrybucje, umożliwiały planowanie i realizację kolejnych wypraw, tym razem w stronę Indii, w efekcie których w styczniu 1399 roku wojska Timura doszły aż do Gangesu.

Wydaje się, że Timur w trakcie swoich podbojów w zasadzie starał się kierować rachunkiem ekonomicznym, po rozwiązania siłowe sięgając dopiero w ostateczności, tj. przy braku chęci do kapitulacji, w trakcie późniejszych buntów na już podbitych terenach czy braku środków na okup w zajmowanym akurat mieście. Z tych właśnie przyczyn w Isfizarze w 1383 roku zastosowano nowy materiał murarski, tj. wmurowano żywcem w ściany wież obronnych 2.000 wziętych do niewoli zbuntowanych mieszkańców, czy zbudowano nasypy z obciętych głów kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców powtórnie zdobytego, zbuntowanego Isfahanu (w 1387 r.).

Oczywiście nie należało też lekceważyć spraw religii, na tej z kolei zasadzie wymordowano chrześcijan w Armenii, Gruzji i w zdobytych miastach nad Donem i na Krymie, dokonano rzezi na Hindusach po zdobyciu Delhi, w tym wyrżnięto 100.000 jeńców z armii wezyra Mellu-chana, broniącej dostępu do dzisiejszej stolicy Indii (ale wzięte do niewoli słonie bojowe oczywiście oszczędzono). Timur, jako sunnita, jako wręcz religijny obowiązek traktował również tępienie szyickich odszczepieńców zamieszkujących tereny dzisiejszego Iraku, zwłaszcza nie do końca posłusznych, jak w 1401 roku, kiedy bunt podniesiony w Bagdadzie zakończył się dekapitacją 90.000 jego mieszkańców i użyciem uciętych głów do budowy 120 wieżyczek porozstawianych w różnych punktach miasta.

Jeszcze większe łupy zdobyte w czasie krucjaty indyjskiej pozwoliły na zorganizowanie następnej kampanii, tym razem przeciwko Imperium Osmańskiemu, rozpoczętej w 1400 roku rozbiciem armii osmańskiej dowodzonej przez Sulejmana i, jakby przy okazji, zaatakowaniem Syrii, czyli kraju stanowiącego prowincję rządzonego przez mameluków Egiptu, zakończonej rozbiciem wojsk mameluckich pod Aleppo (po stronie Tamerlana dużą rolę odegrały zdobyte w Indiach słonie) oraz usypaniem kolejnych wież z głów obrońców, a następnie zdobyciem Damaszku oraz obecnej stolicy Turcji czyli Ankary.

Także jednak i w czasie tego podboju, Timur, jako wybitny mąż stanu starał się też zawsze dotrzymywać słowa, o co tak trudno w świecie dzisiejszej polityki. Przykładowo, w trakcie oblężenia Siwasu w roku 1402, podczas pertraktacji z rozważającymi poddanie się obrońcami (ok. 3.000 ormiańskich sipahi w służbie tureckiej) przyrzekł, iż po ich ewentualnej kapitulacji nie przeleje ani kropli krwi wziętych do niewoli jeńców. I słowa w pełni dotrzymał, bo po poddaniu się cała załoga została zakuta w kajdany, wrzucona do wielkiego dołu i żywcem zasypana. Honorowy wyjątek zrobiono tylko dla dowódców, tych bowiem utopiono w studni. Tym samym ani jedna kropla krwi nie kapnęła na ziemię, słowo jest słowem.

Po zakończeniu kampanii osmańskiej i zabezpieczeniu względnego spokoju na granicy zachodniej przyszła pora na zamierzenie najambitniejsze, czyli podbój Chin rządzonych przez dynastię Ming, planowany (na podstawie danych o zgromadzonych zapasach) aż na 4 lata.

8 stycznia 1405 roku z Samarkandy, na czele ponad 150 tys. armii, z 500 wozami ciągnącymi zaopatrzenie, wyruszył nasz wódz w kierunku Chin. Miejscem koncentracji miał być Taszkient, gdzie także oczywiście na centralnym placu stoi jego pokaźny pomnik tym razem na koniu, lecz już bez żyrafy w tle (fot. 2).

 

fot. 2. Plac Amira Timura (jakżeby inaczej) w Taszkiencie, z konnym pomnikiem Timura Chromego

 

Zanim jednak kawalkada taborów pokonała ponad 200 km dzielących te miasta, w trakcie okropnego mrozu (zimą w Uzbekistanie potrafi być i -25ºC), liczący już 71 lat Timur, ciężko zaniemógł. Sięgnięto więc po pierwsze naturalnie nasuwające się zimowe remedium, czyli osłabłego władcę napojono arakiem. O dziwo (bo powszechnie wiadomo, że alkohol powinien pomóc na wszystko), stan chorego znacznie się pogorszył. Przeczuwając rychłą śmierć zdążył jeszcze tylko podyktować swoją ostatnią wolę, apelując o jedność kraju i mianując następcą jednego ze swoich wnuków, Pira Mohammada (syna najstarszego i ulubionego syna Timura Dżahangira).

Rzecz prosta sukcesorzy w pełni woli tej dochowali, natychmiast rozpoczynając spory o władzę, w wyniku których tron objął inny wnuk, Mirza Halil Sułtan, wyjątkowo sprawny przywódca - dał radę w zaledwie 4 lata roztrwonić wszystkie skarby zmarłego dziadka. Co ciekawe, śmierć Timura jeszcze przez pewien czas utrzymywano w tajemnicy, nie chcąc przerywać wyprawy na Chiny (zachowanie znane także z czasów niedawno minionych), z której jednak oczywiście w takich okolicznościach nic nie wyszło.

 

Co do dziś zostało z dorobku tej kontrowersyjnej postaci?

Czy tylko długa historia podbojów i popełnionych okrucieństw? Przecież każdy satrapa powinien mieć też drugą, bardziej ludzką twarz.

I nasz Timur nie okazał się tu wyjątkiem, dobrze grał np. w szachy (gra wynaleziona zapewne ok. IV wieku n.e. w Indiach, która przeniknęła do krain sąsiednich prawdopodobnie także karawanami Jedwabnego Szlaku), interesował się również budownictwem, zwłaszcza tym z gatunku monumentalnych, przerywając w tym celu nawet na całe dwa lata (1396–1398) prowadzone łupieżcze wojny.

Przymusowo osiedlał w miastach rzemieślników z całego swojego państwa, a także znających się na architekturze i budowaniu jeńców przywożonych z łupieżczych najazdów na Persję, Azerbejdżan, Indie i Syrię. Wznieśli oni cały szereg budowli, których jeszcze dziś turkusowe kopuły i śmiałe kształty, przyciągają coraz liczniej odwiedzających ten kraj turystów.

Najwięcej okazałych budowli powstało w stolicy jego imperium, czyli Samarkandzie oraz w rodzinnym Shahrisabzie, gdzie jeszcze dziś imponują ruiny, wzniesionego przez niewolników sprowadzonych z Choremu, Ak-Saraju (czyli Białego Pałacu Timura) z dwiema 65-metrowej wysokości wieżami, pomiędzy którymi rozpięty był gigantyczny portal (fot. 3).

 

fot. 3. Ruiny Białego Pałacu w Shahrisabzie

 

Obecnie trwają prace konserwatorskie przy obu ocalałych wieżach pałacu, w pierwotnym zamierzeniu mającego pełnić skromną rolę letniej rezydencji władcy. Patrząc jednak na tempo prowadzonego remontu trudno wyrokować, czy da on radę wygrać z czymś, co potocznie określamy jako tzw. ząb czasu.

Przynajmniej ze 3 dni należałoby poświęcić na chociażby pobieżne zwiedzenie zabytków Samarkandy, pełnej gigantycznych budowli pochodzących z różnych czasów, w tym z końca XIV wieku. Najbardziej znaną z nich jest meczet Bibi Chanum (fot. 4), monumentalna budowla o niespotykanej jak na tamte czasy wielkości, położona niedaleko Registanu (w tłumaczeniu – „piaszczyste miejsce”) - centralnego placu miasta, jednego z najwspanialszych zespołów architektonicznych Azji Środkowej. Budowę meczetu sfinansowano z łupów przywiezionych ze splądrowanego w 1398 roku indyjskiego Delhi, a przy prowadzeniu robót wykorzystano także „ciężkie maszyny budowlane” tj. 95 sprowadzonych z Indii słoni (innych niż te bojowe). Około 35-metrowy łuk nad wejściem, z dwoma 50-metrowymi minaretami po bokach prowadzi na wewnętrzny dziedziniec, wyłożony marmurowymi płytami, przy którym stoją przekryte mozaikowymi kopułami narożne wieże.

Całość, przy bliższym przyjrzeniu się, nie robi jednak dziś najlepszego wrażenia.

Z jednej strony wynika to z błędów ekipy wykonawczej popełnionych w 1398 roku, która, czy to w wyniku nakazanego pośpiechu i poganiania przez dozorców, braku zgrania i rozumienia zasad statyki przy tak dużej konstrukcji (przypadkowi, pościągani z różnych miejsc rzemieślnicy i robotnicy), czy wręcz sabotażowi (w sumie w znacznej mierze byli to ludzie zniewoleni) nie postarała się najlepiej, a świeżo wzniesione mury szybko zaczęły się walić.

 

fot. 4. Błękitne kopuły meczetu Bibi Chanum w Samarkandzie

 

Drugim, już trudniejszym do wytłumaczenia faktem jest wykonanie w latach 90-tych XX wieku, a więc już po odzyskiwaniu przez Uzbekistan niepodległości, restauracji całego kompleksu z niewielkim poszanowaniem zasad sztuki konserwatorskiej. Konsekwencją jest np. ciągłe odpadanie płytek z kopuł meczetów, co w dalszym ciągu jest „pieczołowicie” naprawiane poprzez zamalowywanie ubytków niebieską olejną farbą i z daleka wygląda „jak się patrzy”; z bliska, jak się przyjrzeć (fot. 5), wygląda znacznie gorzej.

Jako swoisty znak można potraktować odpadnięcie nóżki od cyfry X na tablicy przy wejściu na teren kompleksu, no chyba, że urwał ją na pamiątkę jakiś turysta (fot. 6).

 

fot. 5. Płytki stopniowo odpadają, kopuła „łysieje”

 

 

fot. 6. Litery wyglądają na złote (co mogłoby tłumaczyć pokusę kradzieży), ale to tylko mosiądz

 

Historia lubi się też powtarzać, zapewne z przyczyn podobnych jak w czasach Timura (poza pracą niewolniczą) parę lat temu odcinek remontowanych murów Registanu rozleciał się ponownie i straszy obecnie osuniętym rumowiskiem (fot. 7).

 

fot. 7. Ślady spektakularnej katastrofy budowlanej w centrum Samarkandy (niestety przewodnik nie potrafił nic powiedzieć na temat, co w tej kwestii mówią miejscowe przepisy będące odpowiednikiem rozdziału 7 naszego Prawa budowlanego)

 

Do ciekawych, wartych odwiedzenia zabytków Samarkandy należy także Guri Mir (grób Emira), gdzie w 1405 roku spoczęły szczątki Timura, choć pierwotnie budowla ta powstała jako mauzoleum przeznaczone dla jego ulubionego wnuka, przewidzianego w testamencie na następcę, Pira Muhammada.

Ciało Timura zostało ekshumowane do badań przez radzieckich naukowców 19 czerwca 1941 roku, co dało pożywkę wielu fantastycznym teoriom o wypuszczeniu złej, skondensowanej w tym człowieku energii, wpływającej na losy świata. Wszak zaledwie 3 dni później hitlerowskie Niemcy uderzyły na Związek Radziecki.

 

 

Najwyższa jednak pora zostawić już Timura i zająć się drugim ze sławnych Uzbeków, czyli Uług Begiem, jednym z wnuków Timura (choć nie tym najbardziej ulubionym), synem Szahrucha (który po zabiciu utracjusza Mirzy Halila Sułtana, aż przez kolejnych 40 lat rządził coraz bardziej topniejącym królestwem swego ojca, czyli Timura Chromego).

Uług Beg, władający początkowo w Mawarannahrze, a po śmierci ojca także w Samarkandzie, gdzie oczywiście wypada obejrzeć jego pomnik (fot. 8), był niewątpliwie najbardziej światłym przedstawicielem całej dynastii Timuridów.

W odróżnieniu od wojowniczego dziadka, bardziej niż podbojami interesował się fizyką, matematyką i astronomią. Z jego rozkazu w 1428 roku wzniesiono pod Samarkandą obserwatorium astronomiczne, z zachowanym do dziś, wykutym w skale łukiem gigantycznego 40-metrowego sekstansu, odkopanego w 1938 roku (fot. 9). Był także autorem pierwszego od czasów Ptolemeusza katalogu gwiazdowego, w którym prawidłowo zapisał pozycje ponad 1000 widocznych gołym okiem gwiazd.

 

fot. 8. Kamienny Uług Beg na tle gwiezdnego firmamentu

 

 

fot. 9. Wykuty w skale łuk sekstansu Uług Bega

 

Sympatyczny przewodnik (wynajęty przez nas za parę groszy na cały dzień w tym mieście) w trakcie zwiedzania miejskiego muzeum usiłował wytłumaczyć, że obecni uzbeccy astronomowie w naukowych sukcesach niczym nie ustępują Uług Begowi, a dowodem może być odkrycie przez nich nowej planety, której nadano nazwę Samarkanda i że stanowiło to światową sensację.

Na moją nieśmiałą uwagę, że był to tylko jeden z około 590.000 tego typu obiektów odkrytych do tej pory (w Uzbekistanie byliśmy w maju 2012 roku) obiektów transuranowych, tak małych, że nie mają one szans nawet na uznanie za planetę karłowatą, że zapewne odkrywa się ich po kilkanaście dziennie, a tym samym liczby te nie rokują dobrze w kwestii przyznania nagrody Nobla dla uzbeckich astronomów, zapadło lodowate milczenie. Lody szybko jednak przełamałem improwizowaną informacją, że jedna z odkrytych znacznie wcześniej planetek pasa Kuipera nosi nazwę „Uługbeg” (później sprawdziłem, jest taka faktycznie i nawet ma własny, niski numer 2439).

Śmiało można więc traktować Uług Bega, jako kontynuatora żyjącego 650 lat wcześniej, urodzonego w ok. 780 roku w Chiwie sławnego matematyka o krótkim imieniu Abu Abdullah Muhammad ibn Musa al-Chuwarizmi, którego pomnik stoi na placu pod murami tego miasta (fot. 10).

Al Chuwarizmi jako pierwszy, mieszkając jednak już w Bagdadzie i pisząc po arabsku, ułożył tablice trygonometryczne funkcji sinus i tangens, wprowadził elementy algebry, wyjaśnił pojęcie zera i ułamków, a od jego nazwiska pochodzi wiele mówiące dzisiejszym uczniom słowo „algorytm”.

 

fot. 10. Pomnik Abu Abdullaha Muhammada ibn Musy w centrum Chiwy

 

Jaki los zgotowała historia tak ciekawej i pozytywnej postaci jaką był Uług Beg?

Otóż wyjątkowo nieciekawy, w sumie znacznie bardziej bolesny, niż jego krwawemu dziadkowi, który w sumie spokojnie zmarł w łóżku, być może nawet spojony alkoholem. Ale jakiż może być koniec kogoś, kto posiadaną wiedzą o wiele długości wyprzedzał swoje otoczenie na konserwatywnym muzułmańskim dworze; kto, zamiast armią szpicli i stadami zauszników, otaczał się podobnymi „odmieńcami –naukowcami” (fot. 11).

 

fot. 11. No i o czym tu dyskutowano???

 

Bo chociaż nie zaniedbywał ostentacyjnie spraw wiary, nie szczędząc nakładów realizował budowę szkół koranicznych (madras, jak na fot. 12), szeregi chętnych na przejęcie władzy rosły. Pewnie dziadek Uług Bega poradziłby sobie szybko z taką opozycją wewnętrzną, usypując kolejne stosy z obciętych głów, ale jego wnukowi myśl ta okazała się obca. Być może zabrakło też odpowiednich wykonawców, jako że postacie z fot. 11 nie wyglądają na zbyt sprawnych siepaczy.

 

fot. 12. Wybudowana za czasów Uług Bega pierwsza madrasa przy placu Registanu i dostawiona naprzeciwko w latach 1619-36 jeszcze efektowniejsza madrasa Szir Dar (po prawej)

 

Tak więc prawdopodobnie dla przeciwwagi, dla poprawienia wizerunku, realizując jeden z 5 filarów islamu, nakazujący przynajmniej raz w życiu odbycie pielgrzymki do Mekki, także Uług Beg postanowił dopełnić tego obowiązku. Wyruszył w nią w 1449 roku; nie uszedł jednak daleko, zamordowany na polecenie własnego syna Abd al-Latifa, który sam zresztą przeżył zabitego ojca jedynie o niecały rok. Doczesne szczątki Uług Bega spoczęły we wspomnianym już wyżej mauzoleum Guri Mir obok jego sławnego dziadka, pochowanego tam 44 lata wcześniej.

 

 

Oczywiście historia architektury dzisiejszego Uzbekistanu jest dużo bogatsza. Nie sposób jej opisać w ramach pojedynczego artykułu, a krótki w sumie okres ok. 80 lat panowania (kolejno - dziadka, wnuczka, syna i ponownie drugiego wnuczka, czyli despotycznego Timura, rozrzutnego niefrasobliwego Mirzy Halila Sułtana, pozbawionego większych ambicji imperialnych Szahrucha i mądrego Uług Bega) tworzy jedynie jej drobny fragment.

Wniosek stąd płynący wydaje się oczywisty, ale dla pewności podpowiem go P.T. Czytelnikom „Buduj z Głową” – trzeba się tam wybrać samemu (a 10 ÷ 12 dni powinno wystarczyć na odwiedzenie najciekawszych miejsc).

 

Na pewno warto zwiedzić oszałamiające zabytki Buchary, grodu liczącego ok. 2500 lat, który podniósł się po zrujnowaniu przez Mongołów Czyngis Chana w 1220 roku, z niesamowitym „miastem w mieście” czyli twierdzą Ark (fot. 13), zespołem Poi Kaljan, wzniesionym w 1127 roku, z meczetem na 10 tysięcy wiernych i z 48-metrowym minaretem będącym w tamtym czasie zapewne najwyższą budowlą świata. Wieża ta zrobiła wrażenie nawet na Czyngis Chanie, który akurat ją kazał oszczędzić, ale mniej szczęścia miała równo 700 lat później, kiedy (w ramach scalania ojczyzny proletariatu) jej górną galerię rozwalił sowiecki pocisk. Po spacerze dobrą propozycją jest odpoczynek w parku Samani z mauzoleum Ismailia Samaniego i, pochodzącą z czasów Timura, Czaszma Ajub wzniesioną nad domniemanym źródłem starotestamentowego proroka Hioba.

 

fot. 13. Wejście do bucharskiej twierdzy Ark

 

Przy objeździe kraju nie należy ominąć wspominanej już kolebki Timura, czyli Shahrisabzu z jego Białym Pałacem (fot. 3), czy wzniesionym przez Uług Bega meczetem Kok Gumbaz (fot. 14), a wręcz NIE WOLNO NIE ODWIEDZIĆ Chiwy, chyba najprzyjemniejszego, a na pewno najbardziej kameralnego z zabytkowych miast Uzbekistanu, z jego starówką i niedokończoną wieżą minaretu Kalta Minor. Wieża ta nie jest specjalnie stara, jej budowę rozpoczął dopiero w połowie XIX wieku Muhammad Amin Chan, z ambitnym zamiarem wzniesienia kolejnej najwyższej budowli świata. Koszty realizacji okazały się jednak tak horrendalne, że w trosce o finanse państwa, zapewne za pomocą urzędników dworu, inwestor zakończył życie w gwałtowny sposób, a budowę wkrótce porzucono. W efekcie wieża Kalta Minor, mająca u podstawy ponad 14 m średnicy, liczy dziś zaledwie 26 m, ale i tak robi spore wrażenie (fot. 15).

 

fot. 14. Imponujący fronton meczetu Kok Gumbaz w Shahrisabzie

 

Myślę, że w tym miejscu niejeden z czytelników pomyśli z wyższością, no proszę, minęło ponad 400 lat od czasów Timura, a oni (w podtekście dzikusy) nadal się mordują wzajemnie?

Jeśli tak, to przypomnijmy sobie jak ok. 30 lat później, w 1886 roku, w cywilizowanej europejskiej Bawarii zakończył życie inny ekscentryczny budowniczy, czyli Ludwik II (zwany również Szalonym lub Bajkowym).

 

fot. 15. Niedokończona wieża minaretu Kalta Minor w Chiwie

 

Przy okazji przylotu i wylotu warto też, np. wynajmując za parę dolarów na kilka godzin przejeżdżającą taksówkę (prawie na pewno będzie to Daewoo Matiz), chociaż przejechać przez dzielnice ponad 2-milionowego Taszkientu, kiedyś czwartego pod względem wielkości miasta ZSRR, zdruzgotanego po trzęsieniu ziemi w 1966 roku, a obecnie obrazowo określanego jako „najbardziej bezosobowy i odrażający przykład sowieckiej urbanistyki”.

 

Ponieważ nie samym zwiedzaniem żyć należy, warto przy okazji wizyt w poszczególnych miastach zajrzeć na przynajmniej kilka z regionalnych bazarów, uginających się od stosów owoców, worków z przyprawami, serów, wędlin, ozdobnych chlebów i ciast, wszystko okraszone jazgotem (ale nie nachalnym) sprzedawców (fot. 16).

 

fot. 16. Typowy uzbecki bazarowy pejzażyk, oaza czystości i spokoju w porównaniu z bazarami afrykańskimi czy arabskimi

 

Koniecznie trzeba spróbować też miejscowych specjałów, np. doskonałego płowa (tatarski pilaw), na który samarkandzkiego przewodnika i naszego kierowcę nie trzeba było długo namawiać (fot. 17). Do tego miejscowe piwo, które (ale tylko w najlepszych restauracjach) potrafią czasami nawet podać prawidłowo schłodzone.

 

fot. 17. Po prawej kierowca Nikołaj, dobry duch całej naszej 2-osobowej wyprawy

 

Uzbekistan jest prawie półtora raza większy od Polski, czy więc przez te sugerowane 10 do 12 dni pobytu da się to wszystko „zaliczyć”?

Pewnie tak, bo z każdym rokiem powinno być łatwiej, choć jeszcze w maju 2012 roku 500 km odcinek drogi przez pustynię Kyzył-kum (od Chiwy do Buchary) był prawdziwym wyzwaniem.

Nikołaj przyjechał po nas do hotelu ok. 6 rano; przy pakowaniu wyraziłem naiwny pogląd, że pewnie z 8 godzin nam zejdzie. Spojrzał jakoś dziwnie i dał słowo byłego pioniera, że na pewno pójdzie szybciej niż w wieku XIV, kiedy zabierało to ok. 15 dni wielbłądziego marszu i że spróbujemy zmieścić się w 20 godzinach. Obietnicy dotrzymał, a jazda „hihgway’em”, z całymi dziesiątkami kilometrów zrytej, dziurawej, gruntowej nawierzchni, w gęstym pyle i przy ok. 40-stopniowym upale, zostawiła niezapomniane wrażenia. Wyprzedzenie byle rozklekotanego autobusu okazywało się sporym wyczynem rajdowym, a podziw dla sprawności i odporności naszej wynajętej limuzyny (prawie „nówki” czyli 13-letniego Daewoo Nexia, ale codziennie starannie wypucowanej przez Nikołaja) rósł z każdą godziną.

Ale teraz jest już pewnie lepiej, na fot. 18 widać po prawej już prawie ukończoną nitkę nowej drogi budowanej przez Japończyków.

Po drodze zaciekawiło mnie dlaczego wśród marek samochodów jeżdżących po uzbeckich drogach panuje właściwie koreańska monokultura, czyli Daewoo i Chevrolet, głównie małe i tzw. drugiej czy nawet trzeciej młodości? Okazało się to „zasługą” innego, już XX-wiecznego satrapy (Josif Wissarionowicz miał na imię). Ten z kolei przywódca lubił przesiedlać całe narody; w 1937 roku wpadł np. na pomysł pozbierania (do wagonów kolejowych, o standardzie znacznie niższym niż naszego Intercity), z terenu całego imperium sierpa i młota, wszystkich Koreańczyków i osiedlenia ich w Uzbekistanie i Kazachstanie. Po upadku ZSRR to właśnie potomkowie tych dzielnych, obrotnych i pracowitych ludzi zaszczepili na terenie swojej przymusowej ojczyzny koreańskie marki samochodowe, a niskie ceny ich produktów dopełniły dzieła.

 

fot. 18. Jak na rajdzie Paryż–Dakar (tylko samochody trochę jakby gorsze)

 

Na zakończenie całego artykułu nie wypada nie wspomnieć o jeszcze jednym skarbie tej ziemi, jakim są jej otwarci i uśmiechnięci mieszkańcy, szybko pozbywają się nawyków określanych kiedyś jako skrzyżowanie arabskiego „Insz Allah” i mentalności „Homo Sovieticus”, i nie zważając na skostniały ustrój politycznej administracji kraju budują system gospodarki rynkowej.

A o tym, że są jednocześnie bardzo, w typowo wschodni sposób, gościnni, niech za przykład posłuży historia, która przydarzyła się nam w Chiwie.

Wieczorny spacer cichymi i pogrążonymi w mroku uliczkami, wszystkie stragany już zwinięte, restauracyjki pozamykane, nawet piwa nie ma gdzie się napić. Ale z dziedzińca jednej z medres dolatują dźwięki dość głośnej muzyki, wielce specyficznej, coś tak pomiędzy ludowymi przyśpiewkami, a dancingiem w „Myśliwskiej”.

Nieśmiało zajrzeliśmy.

I wyjść się już nie dało. Jacyś ludzie (nie, nie ochroniarze, bo takich chyba nie było w ogóle - to nie Polska, gdzie kilkaset tysięcy ludzi zarabia na życie poprzez stanie i patrzenie - lecz z bawiących się uczestników imprezy) wręcz na siłę usadzili nas przy stoliku, przysunęli talerze, nałożyli coś ze stołu, zawołali kelnerów, którzy po paru minutach przynieśli nam świeże dania. Błyskawicznie też rozlano wódkę. Mało regionalną, bo marki „Stolicznaja”, o temperaturze nieco wyższej niż pokojowa, w takie urocze płaskie miseczki, tak jak u nas do podania chrzanu czy musztardy. I spróbuj tu nie wypić, czy choćby grymasić, że wolałbyś zimne piwo.

Wieść o pojawieniu się nowych gości szybko dotarła też do okolicznych stolików, toastom za drużbu, za mir, za oba kraje naraz i każdy z osobna, nie było końca. Jeden z miejscowych notabli (fot. 19), wyraźnie cieszący się w zebranym towarzystwie dużą estymą przedstawił nam gromadkę swoich żon, dzieci, wnuków (tak ze 30 sztuk). Poprawnym rosyjskim opowiedział, że bardzo lubi Polaków i dobrze zna Polskę, bo był u nas 7 razy (a jak spytałem, co mu się u nas najbardziej podobało, to odpowiedział, że bazar w Białymstoku, bo głębiej ani razu się nie zapuścił). Specjalnie dla nas sprowadzono z estrady do stolika tancerkę brzucha i część orkiestry (i okazało się, że trzeba tańczyć) oraz obecną na imprezie ekipę miejscowej telewizji (i okazało się, że trzeba było udzielić, płynnym rosyjskim wyniesionym ze szkoły, wywiadu na temat odwiecznej przyjaźni uzbecko-polskiej).

 

fot. 19. Drobny fragment rodziny naszego świeżo poznanego przyjaciela, którego gestu w żadnym razie nie należy traktować jako obietnicy ucięcia głowy

 

Ratunek dla wątroby przyniosła późna pora i chyba lekkie już zmęczenie gospodarzy. Wszak picie z takich płaskich miseczek powoduje stałe napięcie i koncentrację (żeby nie wylać), a to przecież męczy. Wykorzystując chwilę nieuwagi naszych miejscowych nowych druziej, zajętych wolnym tańcem i rozmowami w podgrupach (fot. 20), udało nam się wymknąć.

Do hotelu, mimo iż nie był blisko, dobiegliśmy w parę minut, światło w pokoju na wszelki wypadek zgasiliśmy od razu.

 

fot. 20. Gospodarze na chwilę stracili już czujność …..

 

No to kiedy wybierzecie się państwo, Drodzy Czytelnicy „BzG”, do Uzbekistanu?

 

Aha, wypada jeszcze wspomnieć, co z tą „drużyną” wymienioną w tytule artykułu?

Jest ona jedynie fikcją literacką, powołaną do życia w wydanej w 1940 roku książce „Timur i jego drużyna” radzieckiego pisarza, Arkadego Gajdara, opisującej dobre uczynki pionierów pomagających rodzinom powołanych do Armii Czerwonej żołnierzy. Pierwotnie wymyślony przez Gajdara główny bohater nosił imię Duncan, a takie wynaturzenie nie mogło zostać zaaprobowane przez stalinowską cenzurę. Po przymusowej korekcie został więc Timurem, bo to akurat imię nosił wnuczek autora, nie mający nic wspólnego z naszym tytułowym średniowiecznym Timurem.