Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Moje marzenia

Było to chyba jeszcze w 1990 r., kiedy to po dwuletnim, nie ukrywam bardzo męczącym, kosztorysowaniu na „Amstradzie”, stałem się posiadaczem wspaniałego, nowoczesnego narzędzia. A był to składak, pecet AT, z twardym dyskiem o ogromnej pojemności, bo aż 40 MB. Boże, jaka to była uciecha, a jak ogromne przyśpieszenie pracy, pomimo, że posiadany program, napisany w DOS-ie wymagał szczególnych umiejętności i nie ukrywam, dobrej i wyćwiczonej znajomości procedur postępowania. Natomiast zupełnie niemożliwe było wydrukowanie kosztorysu w kształcie klasycznym, oczekiwanym przez odbiorców przyzwyczajonych do takiego kształtu, bo korzystających do tej pory z wyrobów „ręcznych”. I cóż? Minęło kilka lat, przyszły Windows’y’ dzięki którym mogła powstać cała gama programów kosztorysujących, przy których to, czego do tej pory używałem, i było jak mi się wtedy wydawało ekspresem - okazało się poczciwą ciuchcią. Dlatego, obserwując burzliwy rozwój informatyki, która rzeczywiście zaczęła trafiać pod strzechy, pozwoliłem sobie niżej skatalogować swoje marzenia. Ot, zachciało mi się spisać moje oczekiwania pt.: „czego to jeszcze w programach kosztorysujących nam brakuje”. No oczywiście, póki co, nie oczekuję, że wsadzę do komputera projekt i kosztorys sam mi wyskoczy. Chociaż, może za parę lat i tak będzie. Tyle, że znając poziom dużej ilości opracowań projektowych to strach pomyśleć co by było, gdyby tak było. No bo kosztorysant, zadając projektantowi pytania, wielokrotnie i mimowolnie staje się jednym z surowszych weryfikatorów tego dzieła. Złośliwi twierdzą, że jedynym. W obecnej dobie mamy na rynku szereg znakomitych programów kosztorysujących spełniających, wydawać by się mogło, bardzo wyrafinowane oczekiwania odbiorców. Pisałem wielokrotnie w felietonach, a raz nawet w referacie na konferencję ciechocińską, że proces kosztorysowania został już w pełni zautomatyzowany, z wyjątkiem (niestety!) przedmiarowania, które wykonujemy, jak za króla ćwieczka. „Athena” wprawdzie wyprodukowała program rysunek, zwiastujący pewną automatyzację procesu przedmiarowania, ale to w końcu oddzielny program, zmuszający do korzystania ze skanera i wykonania kłopotliwej dla wielu kosztorysantów procedury pod tytułem „import danych”. A więc, pomarzmy sobie!

  • Marzenie nr 1
    Chciałbym czasem, pracując na programie kosztorysującym, na wydruku przedmiarowym, narysować jakiś szkic, obrazujący wielomian dający wynik obliczeń. No  bo jak uczy doświadczenie, to po pewnym czasie, który upłynął od daty opracowania kosztorysu, to i sam autor nie pamięta, o co w tym rachunku tak naprawdę chodziło.
  • Marzenie nr 2
    Weryfikując kosztorysy wytworzone na programach komputerowych, jesteśmy zmuszeni do pracowitego nanoszenia czerwonym atramentem korekt, a potem, o zgrozo, zliczania skutków korekt na kalkulatorku. Niejeden inspektor nadzoru, weryfikujący kosztorys, napotkawszy błędy najpewniej niejednokrotnie zastanawiał się, czy korygować, wymierzając sobie z tego powodu karę, polegającą na konieczności kłopotliwego zliczania na kalkulatorku skutków swej solidności. A już zupełnym dramatem jest konieczność nanoszenia korekt na więcej niż jeden egzemplarz weryfikowanego kosztorysu. A tu obok stojąca drukarka śmieje się z nieszczęśnika gryzmolącego, jak ten klasztorny skryba w średniowieczu. W weryfikacjach kosztorysów w sprawach sądowych, w których występuję jako biegły, wypracowałem sobie nawet pewien, nie bardzo wygodny system generowania swoich korekt przy pomocy komputera, tylko po to, by uniknąć „przyjemności” liczenia na kalkulatorku. Oj, gdyby tak można było, przekreślić błąd i nadpisać nowy wynik, oczywiście obliczony przez ten program. I wydrukować toto innym kolorem, na drukarce kolorowej, a na czarno-białej np. kursywą.
  • Marzenie nr 3
    Otrzymałem ostatnio zaproszenie na zebranie pewnego szacownego Komitetu Kosztorysowania. W porządku obrad odnalazłem naiwne oczekiwanie na, jak napisano, „ujednolicenie oprogramowań”. To znaczy, że co? Chyba jakaś władza powinna zdaniem autorów tego porządku obrad, zebrać dziesiątki firm softwerowych i co, nakazać - „róbcie chłopcy jednakowo”? Ha, ha, hi, hi!! A jest faktem, że wielość oprogramowań kosztorysowych, powoduje, iż w wielu przypadkach nie istnieje możliwość przenoszenia danych na nośnikach elektronicznych, nie wspominając o arcynośniku jakim jest internet. Przepisujemy więc to, co ktoś inny szybko wykonał na komputerze, przenosząc dane via klawiatura. Piekło, nie znam bardziej idiotycznej zabawy. To co? Program powinien umieć przeczytać inne programy, ba dać mi możliwość ingerencji po takim przeczytaniu, czyli jak to mówią informatycy, dać mi możliwość uzyskania przeniesienia danych w postaci aktywnej. No, a nie posiadający programu kosztorysującego, bo przecież nie każdy musi być kosztorysantem, to powinien mieć możliwość odczytania informacji w jakimś popularnym Excelu czy Wordzie.
  • Marzenie nr 4
    Ogromnym, kłopotem jest wariantowanie kosztów, co wynika z różnorodności technologicznych procesu budowlanego, a co jest skutkiem indywidualnego charakteru produkcji budowlanej, o czym też wielokrotnie pisałem. W większości programów każdy wariant to oddzielny plik, w którym możemy sobie gromadzić kalkulację tego innego procesu technologicznego, którego skutkiem ma być taki sam rezultat rzeczowy tyle, że może tańszy. Ale jest to bardzo kłopotliwe np.: jestem przy murach z „Maxa”, a chciałbym pod spodem, i to sposób nie kolidujący z resztą, porównać to z „Porothermem”. Ba, chciałbym także, żeby te moje analizy zobaczył mój szanowny klient. No bo obecnie, korzystając z aktualnie stosowanych oprogramowań, jeśli skalkulujemy wariant jako kolejną, następną pozycję kosztorysu, to program nam zsumuje obydwie i figa z wariantowania. A ja bym chciał, żeby ta pozycja wariantowa, nie tylko nie była liczona, ale także miała  inne oznaczenie niż cały ciąg pozycji mojego kosztorysu, ot np. poz.57 z literką „a”. A teraz, to  z programu wychodzi mi poz.58, no i podwójna cena dwóch różnych ścian!
  • Marzenie nr 5
    Nadejdzie wreszcie czas, mam nadzieję, kiedy to budownictwo wyjdzie z dołka i ruszą roboty jak należy, bo podobno, to całym świecie budownictwo jest lokomotywą gospodarki. Na budowach już pracują różni przedsiębiorcy, co nie jest żadnym wynalazkiem, bo w podręczniku z początku XX wieku, znalazłem informację, że kierownik budowy jest de facto koordynatorem prac wielu różnych przedsiębiorców, począwszy od kopacza, a skończywszy na malarzu. W tej sytuacji, program kosztorysujący, za pomocą którego wytwarzam jeden kosztorys dla obiektu, powinien mi dać możliwość zróżnicowania zmiennych warunków kalkulacyjnych dla tych przeróżnych przedsiębiorców. Ot np. różnych stawek robocizny, kosztów pośrednich, oczywiście pod warunkiem, że klientowi „się zachce” kalkulacji szczegółowej.
  • Marzenie nr 6
    Jesteśmy u progu Unii Europejskiej, no to z tą kalkulacją szczegółową nie będziemy się tak często spotykać . Natomiast wielokrotnie spotkamy się z potrzebą generowania cen jednostkowych o wysokim, a nawet najwyższym stopniu agregacji, ot np. cena 1 m kanalizacji o określonych parametrach. Już są takowe notowania, a więc przyjdzie czas, kiedy takie wyceny znajdą prawo obywatelstwa również na etapach projektu technicznego. Nie wspominam o kalkulacji uproszczonej w kosztorysie klasycznym, bo do takowej powoli zaczynamy się przyzwyczajać , zwłaszcza kiedy przychodzi nam obsługiwać inwestorów zagranicznych. To marzenie jest częściowo spełnione, ale tylko częściowo, no a ja bym chciał mieć w bazie wszystkie ceny o wysokim stopniu agregacji, a notowane przez „wszystkich świętych” do których zaliczam „Bistyp-Consulting”, „Orgbud- Serwis”, „Promocję” i „Wacetob” (alfabetycznie, żeby nikogo nie urazić).

Wróble na dachu, na które często się powołuję, jako najpewniejsze źródło informacji, ćwierkają mi na okapie, że podobno, te wszystkie moje marzenia spełnia nowa „NORMA-PRO”. Trudno uwierzyć, ale zobaczymy!