Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Komputerów (nie)moc

Kiedy przystępowałem do sporządzania kolejnego kosztorysu nic nie wskazywało na to, że będzie to jeden z najdłuższych kosztorysów i to wcale nie ze względu na ilość pozycji przedmiarowych. Ale po kolei. Jak zwykle inwestor dostarczył mi projekt i założenia techniczne dla nowej budowy, moim zadaniem było więc przygotowanie oferty.

 

Jak to mam zwyczaju - jeszcze przed włączeniem komputera - sporządzam na kartkach po kolei technologię wykonania robót wraz z rozpisaniem jednostek przedmiarowych z projektu technicznego, co pozwala mi na późniejsze, szybsze „wstukanie" pozycji do programu kosztorysowego. Mając wstępnie zebrane dane techniczne usiadłem do swojego komputera i uruchomiłem program kosztorysowy, by w miarę spokojnie przygotować i dokładnie sprawdzić sporządzoną przeze mnie ofertę przed ostatecznym terminem jej oddania. Wrzucałem więc dane pozycja po pozycji, ciesząc się, że wszystko ładnie i sprawnie posuwa się do przodu. Jak już wcześniej wspomniałem, nic nie zapowiadało jakiś większych problemów, bowiem każdego z nas, użytkowników komputerów, od czasu do czasu spotyka co najwyżej niespodzianka związana z „zawieszeniem się" programu, czy też nieprzewidzianym wyłączeniem prądu, ale nie jest to postrzegane jako koniec świata. Można by rzec, że to niemalże normalka i raczej się tym zbytnio nie przejmujemy, w końcu można się przed tym w dużej mierze zabezpieczyć. Nie jestem pewnie wyjątkiem, gdyż zawsze, przy pierwszym uruchomieniu programu, jakikolwiek by nie był, szukam opcji automatycznego zapisu danych i tworzenia kopii zapasowej używanych zbiorów, ustawiam miejsce i czas tworzenia kopii - nieraz taka kopia bezpieczeństwa ratowała mnie przed ponownym wprowadzaniem danych. Również dodatkowy zasilacz do bezprzerywowej pracy, tzw. UPS, pozwala cieszyć się dalszą pracą, podczas gdy inne urządzenia milkną z braku prądu. Dodatkowo, co pewien czas, ważniejsze dane kopiuję na dyskietkę i chowam do szuflady (licząc, że da się je później odczytać). Tym razem jednak byłem zupełnie nieprzygotowany na rozmiar nadchodzącej awarii. Po paru godzinach pracy poczułem bowiem dziwny zapach, jakby swąd przypiekanego plastiku. Obwąchałem komputer i stojący przy nim monitor i stwierdziłem, że coś niedobrego dzieje się wewnątrz obudowy komputera. Niestety - nie zdążyłem go jednak już wyłączyć - zrobił to bowiem sam, wydając przy tym sporo hałasu, że o dymie nie wspomnę. W tym momencie zadziałało zabezpieczenie na UPS-ie i bezpieczniki w biurze nie wyskoczyły. Komputer zamilkł i zrobiło się cicho. Solidnie przestraszony odłączyłem cały sprzęt od zasilania z sieci elektrycznej i zadzwoniłem do znajomego informatyka z prośbą o jak najszybsze przybycie. W międzyczasie postanowiłem sprawdzić w dokumentach, ile lat ma mój komputer. Ze znalezionych gwarancji wyczytałem, że minęły już dwa lata od chwili zakupu, a wydawało mi się jakbym kupił go wczoraj. Jak powiedział mi informatyk, taki sprzęt to już historia, a możliwości jego rozbudowy prawie żadne, gdyż modyfikacja jednego elementu pociąga za sobą konieczność wymiany innego, itp. itd. Oczywiście każdy z nas zdaje sobie też sprawę w jak zawrotnym tempie następują zmiany w przemyśle informatycznym; w związku z tym nie trzeba nawet wspominać, że wiele ze składników komputera kilkuletniego przestało być produkowane i zostało zastąpione przez elementy spełniające nowe standardy. Może rzeczywiście posiadam historyczny model komputera, ale iluż z nas używa sprzętu znacznie starszego. W końcu wymagania systemu operacyjnego i oprogramowania używanego przez kosztorysantów, na który w głównej mierze składają się programy kosztorysowe, jakiś edytor tekstu, czy też arkusz kalkulacyjny, nie są aż tak duże, by od razu rzucać się na sprzęt o niewiadomo jakich parametrach. Chyba, że ktoś lubi i ma czas wolny, by niekiedy sobie na komputerze pograć, wtedy dla uzyskania super efektów wizualnych i dźwiękowych, tak charakterystycznych dla współczesnych gier, trzeba mieć zawsze sprzęt o najwyższym standardzie.

Ale, wracając do tematu - pierwszym oczywiście, co mnie zainteresowało po przybyciu informatyka, to fakt czy dane z twardego dysku są do odzyskania. Ponieważ nie dało się tego stwierdzić na pierwszy rzut oka, bo trzeba by do tego być wróżką (choć niejednego z fachowców od komputerów posądzam o wiedzę tajemną), skończyło się oddaniem komputera do naprawy. Z niecierpliwością, z jaką oczekuje się na wyrok, czekałem na wynik oględzin komputera. Po paru godzinach wszystko było jasne - „padł" zasilacz. Zastąpienie go nowym i sprawnym kosztowało mnie prawie dwieście złotych, ale po jego wymianie mogłem dokończyć tak nagle przerwany kosztorys.

Już na spokojnie, po oddaniu oferty, porozmawiałem przy kawie z ww. informatykiem o sposobie jeszcze lepszej ochrony danych, gdyż o ile oprogramowanie możemy w każdej chwili zainstalować sobie na nowo, to z utraconymi danymi jest już większy problem.

My, zwykli zjadacze chleba - używający komputera jako narzędzia codziennej pracy, nie zdajemy sobie często sprawy z tego, co może nas spotkać przy jego użytkowaniu. Mój przypadek z zasilaczem, to - jak się dowiedziałem - najmniejsze zło, przypadki awarii innych podzespołów komputera i to znacznie droższych są też spotykane. Dla mnie jednak najważniejsze są dane zapisane na twardym dysku. Przy tym obniżenie przez producentów okresu gwarancji na dyski twarde z trzech lat na dwa, a nawet rok, o czymś i to nienajlepszym świadczą. Zresztą co komu po gwarancji, jak dane „wcięło".

Idąc za radą informatyka, poprosiłem o zainstalowanie dodatkowo w moim komputerze nagrywarki CD (same dyskietki 3,5", przy ich pojemności to już za mało) i teraz systematycznie przynajmniej raz w tygodniu sporządzam kopię bezpieczeństwa danych, by spokojniej spać i mieć świadomość, że jedyne co mogę stracić to dane co najwyżej z kilku dni, a nie lat.

W tym miejscu życzę więc, aby Państwu nie przydarzały się tego typu przypadki, a gdyby miały miejsce, oby skutki ich działania miały jak najmniejszy zasięg. Przecież myśl ludzka jest bardzo cennym bogactwem i często ulatuje stając się towarem nie do odzyskania.

 

Na zakończenie (już króciutko) powrócę do tematu nieraz już poruszanego, a dotyczącego bazy normatywnej wykorzystywanej przy sporządzaniu kosztorysów.

 

Coraz częściej spotykam się bowiem z zapytaniami inwestorów - „A ile to będzie kosztowało?". Pytanie dotyczy głównie ceny jednostkowej wykonania roboty, ceny którą najłatwiej porównać wybierając oferenta do wykonania danego dzieła. Gdy odpowiadam, że muszę sporządzić szczegółową kalkulację - pada z ust inwestora, często poparte nawet lekkim uśmieszkiem - „przecież pan wie". Wiem, albo i nie wiem - w przypadku typowych prac, które wykonuje się na okrągło, cenę za robotę znam na pamięć, a dla innych wolę zawsze skorzystać z dobrodziejstwa jakie dają mi Katalogi Nakładów Rzeczowych (KNR), czy też Katalogi Norm Pracy (KNP). Zawarte w ww. katalogach normy czasowe roboczogodzin, opracowane przez specjalistów z zakresu normowania, oparte na praktycznych pomiarach czasu wykonania danej roboty stanowią solidną podstawę do sporządzania kosztorysu. Jeżeli nawet brak w nich nowych technologii, to i tak są znakomitym źródłem dla stworzenia przez nas kosztorysantów norm własnych, którymi przecież tak często się posługujemy. To, że obecnie na rynku ukazują się bardzo nieliczne katalogi normowe z nowymi technologiami, świadczy dobitnie, że te opracowane do tej pory znakomicie się sprawdzają czy to w oryginale, czy z małymi przeróbkami - „normy przez analogię". Świadczy to również o tym, jak trudno jest takie normy przygotować i o braku specjalistów w tej dziedzinie. Ci, którzy na sprawach normowania czasu pracy znakomicie się znali, niestety w dużej części odeszli już od nas na zawsze. Praca ich z pewnością nie poszła na marne i kolejne rzesze kosztorysantów jeszcze przez wiele lat będą się szkolić na opracowanych przez nich katalogach. Pozostaje jedynie żałować, że mało jest fachowców gotowych przejąć i kontynuować schedę, którą zostawili.