Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Czasem, wypada się pokajać. I o sporcie troszeczkę, bo ...Olimpiada!

Oj, coś mi ostatnio "nie idzie". Jak zwykle napadłem (bo lubię), na twórców przepisów kosztorysowych, a także na urzędników, wykonawców tychże przepisów (co uwielbiam), ale jak się potem okazało, te moje ataki, były zupełnie nietrafione. Trzeba więc się trochę pokajać. We wrześniu, napadłem na inwestorów publicznych, bo pożalili mi się koledzy po fachu, że inwestorzy, nie chcą uczestniczyć w protokolarnym ustalaniu danych wyjściowych do kosztorysowania. Ów napad na inwestorów wsparłem argumentem, że i ja kiedyś, czyli bardzo dawno temu, wytwarzałem takie dane wyjściowe w postaci protokołów podpisywanych dwustronnie. Tymczasem z "litery", tak, tak z "litery", a i z "ducha" rozporządzenia (Ministra Infrastruktury z 18 maja br.), wcale nie wynika taki obowiązek. No, a co wynika? Ano to, że autor kosztorysu, takie dane, powinien najpewniej sam sobie nagryzmolić, bo w § 1 ust.2 pkt 9 mamy wyłącznie definicję danych wyjściowych, natomiast z § 7 ust.6 pkt "a" dowiadujemy się tylko, że takowe dane wyjściowe powinny być załącznikiem do kosztorysu.
I tyle, tylko tyle!! Oj Paradowski, za bardzo się rozpędziłeś się w tej wrześniowej napaści. Widać z powyższego, że tzw. doświadczenie, czyli wiedza nabyta poprzez praktykę, którą tak często w moich tekstach wywijam, czasem, może wyprowadzić człowieka na manowce.

 

W tej sytuacji powinienem bardzo przeprosić inwestorów publicznych za napaść, co niniejszym czynię, wyrażając najgłębsze z możliwych ubolewań!! Ale pomimo tych ubolewań myślę sobie - cóż będzie wart, taki jednostronnie wytworzony dokument w sytuacji, w której tyle zmiennych trzeba uściślić, jak chociażby wysokość kosztów pośrednich, sposób naliczania i wysokość stawki zysku, czy w końcu dokonać wyboru normatywów. No, ale to o czym wyżej, to w końcu drobiazg. Ważniejszą moim zdaniem jest ta, istotniejsza reszta, nazwana w definicji -"danymi technicznymi, technologicznymi i organizacyjnymi, nieokreślonymi (mój Boże!!!) w dokumentacji projektowej oraz specyfikacji technicznej, a mająca wpływ (i to nielichy - przyp. autora) na wysokość wartości kosztorysowej"? To może, w takiej sytuacji, przepis o kosztorysowaniu powinien obligować projektanta do uczestnictwa w wytworzeniu danych wyjściowych? Nieprawdaż? No tak, ale przecież projektanci, podobnie jak inwestorzy, nie palą się do współtworzenia tego dokumentu!
Tych dżentelmenów, mam nadzieję, nie będę chyba musiał w przyszłości przepraszać.
Więc jak do licha, jest z tymi danymi wyjściowymi? Solo czy w ansamblu?! Marzy mi się taki piękny tercet: inwestor, projektant i oczywiście kosztorysant.
A może jednostka, która wydała przepis, zajmie w tej sprawie jakieś stanowisko?

 

Kontynuując proces kajania, przechodzę do kodów unijnych CPV, o których napisałem, tym razem w sierpniu, że przed ich użyciem, należy się skonsultować z lekarzem lub farmaceutą, a najlepiej od razu z grabarzem. To też nie jest tak, jak napisałem. Wyjaśniam, że mój tekst powstał w chwili, w której dowiedziawszy się o kodach, pobrałem je wprost z Internetu. W międzyczasie "Athena" przygotowała te kody w postaci bardzo przejrzystej i nawet wplecionej w bazę danych programu "Norma-Pro". Więc znowu moja napaść wydaje się przedwczesna, więc nieuzasadniona. Ale inna sprawa, że "kudy" tym kodom CPV, do przejrzystości i logiki, już niestety nieaktualnej "Klasyfikacji obiektów budowlanych" (KOB). Bo dopasowana do standardów unijnych "Polska klasyfikacja obiektów budowlanych", czyli PKOB, moim zdaniem, nie klasyfikuje obiektów tak precyzyjnie, jak to czyniła KOB. Szkoda, że się nie udało przekonać biurokratów unijnych do naszej dawnej KOB.

 

Ale wystarczy tego kosztorysowania. Mamy przecież olimpiadę, to wypada napisać troszeczkę o sporcie. Na przykład o polskiej piłce nożnej, której zabrakło na igrzyskach.
A mam znakomity pomysł, na naprawę tej popularnej dyscypliny.
Przede wszystkim, władze sportowe, powinny mi powierzyć stanowisko trenera-selekcjonera. Co, że się na tym nie znam? A jakie to ma znaczenie w sytuacji, w której nazywani "znającymi się", osiągają wiadome rezultaty.
Ja natomiast mam do zaoferowania, rzetelny program naprawczy tej dyscypliny który niżej, w punktach przedstawiam:

  • po pierwsze i najważniejsze - honoraria piłkarzy i moje, powinny być z sześć razy niższe od aktualnie przydzielanych, czyli odpowiednie do osiąganych rezultatów,
  • przy polskim związku piłkarskim, czy jak się tam, toto nazywa, otworzę salon fryzjerski, w którym znakomitości od kopania, nie tracąc czasu i sił, na poszukiwanie salonów "na mieście", będą mogły sobie, swoje koafiury farbować, zakręcać, rozkręcać, modelować, zwijać, rozwijać i ......fryzjerzy lepiej wiedzą, co tam jeszcze można,
  • z tego samego powodu, otworzę kolejny, też salon, ale nie wiem jak się takowy nazywa, w którym będą mogli nasi luminarze-kopacze, wpinać sobie kolczyki czy perełki, gdzie tylko dusza zamarzy, a także aplikować tatuaże, też wszędzie, a jakże,
  • dla zachęcenia moich podopiecznych, do szybszego niż lubią biegania po boisku, zobowiązuję się stosować popularny i bardzo skuteczny środek medyczny, zwany "zajzajerem", który będę aplikował zawodnikom w miejscach, gwarantujących upodobnienie ich do odrzutowców,
  • jeżeli nie daj Panie Boże, powierzona mi drużyna piłkarska, przypadkowo, wygra jakiś mecz, wtedy natychmiast podam się do dymisji, bowiem za efekty niezaplanowane, nie uchodzi pobierać honorarium!

 

Reasumując, mój program naprawczy, nie daję gwarancji, że będzie lepiej, ale na pewno będzie weselej i co najważniejsze, w naszych ciężkich czasach - taniej.
A pamiętam, jak w latach pięćdziesiątych (ubiegłego wieku - niestety), gdy trafiłem do ligowej drużyny koszykówki w ŁKS, to moją pierwszą czynnością było ostrzyżenie łba na jeża. No, bo spadające na oczy włosy troszeczkę przeszkadzały w trafianiu piłką do kosza. W trafianiu do bramki też podobno przeszkadzają. Wreszcie, mam nadzieję, wyjaśniłem, co naprawdę skłoniło mnie do tego "jeża" i ....., że nie była to fascynacja osobą p. Gierka, co mi niektórzy imputowali. Ale zaraz, zaraz. Mądrzy się ten nasz felietonista i dworuje z innych, a sam?? Przecież też latał do fryzjera, przez co najpewniej w koszykówce miał sukcesy identyczne jak piłkarze, bo w końcu zajął się dyscypliną spokojniejszą, czyli kosztorysowaniem?!

 

Z powyższego można wysnuć wniosek, że do sportu, zwłaszcza piłkarskiego, najlepiej angażować wyłącznie łysych od urodzenia, a więc przez naturę uwolnionych od miłości do salonu fryzjerskiego? Bo to, na oczy nic nie spada, to i do bramki, czasem, przypadkowo, uda się trafić! A swoją drogą szkoda, że nie narodził się jakiś polski piłkarz z wrodzonym "zajzajerem". A przecież w naszej historii futbolowej byli kiedyś takowi. Ale wtedy, przedziwne koncepcje trenerskie nie przychodziły mi do głowy.