Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Zjeść własny ogon

Starzy herpetolodzy opowiadają, iż kiedyś pewien roztargniony wąż zapolował, z sukcesem, na własny ogon. W podobnej sytuacji mogą znaleźć się obecnie niektórzy inwestorzy budowlani. A nawet gorszej, bo jeżeli w przypadku węża sytuację może jeszcze naprawić zjawisko epimorfizmu (dla tych, którzy nie uważali na lekcjach biologii – zdolność regeneracji utraconych części ciała), to w przypadku inwestorów odrosnąć, czy wzrosnąć może jedynie poziom frustracji.

 

Wyobraźmy sobie inwestora mającego w gestii zabytkowy obiekt budowlany w postaci budynku wpisanego, zgodnie z nowymi przepisami (ustawa z 23 lipca 2003 roku o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami) do rejestru zabytków prowadzonego przez wojewódzkiego konserwatora zabytków.

Nic nie jest wieczne, także więc budynki wymagają okresowo pewnych działań naprawczo –zapobiegawczych, które można określić uniwersalnym słowem remont. Zgodnie z uregulowaniami miłościwie panującej nam ustawy Prawo budowlane (której, notabene projekt rządowy już 30, licząc od 1 stycznia 1995 roku, nowelizacji leży już od listopada w Sejmie), art.29, ust.2, pkt 1, rozpoczęcie remontu obiektu budowlanego wpisanego do rejestru zabytków wymaga uprzedniego uzyskania decyzji administracyjnej o pozwoleniu na budowę.

Przed wydaniem naszemu inwestorowi tej decyzji, właściwy organ administracji architektoniczno –budowlanej, czyli odpowiednie służby starostwa muszą sprawdzić, zgodnie z treścią z kolei art.39, ust.1 tej samej ustawy, czy posiada on zezwolenie konserwatorskie na wykonanie tych robót remontowych. Wydawane jest ono również w postaci decyzji administracyjnej (czyli ze wszystkimi szykanami typu ustalenie stron postępowania, odpowiedni okres na jej uprawomocnienie się, itd., przewidzianymi przez Kodeks postępowania administracyjnego) przez wspomnianego już wojewódzkiego konserwatora zabytków.

 

Wydaje się, że nic prostszego, przecież na sercu służb konserwatorskich powinno leżeć dobro zabytku. To wprost wspaniale, że znalazły się jakieś wolne środki finansowe, które ktoś zdecydował się przeznaczyć na jego rewaloryzację. Co więcej, wydaje się, że sytuację ułatwiać powinien fakt wprowadzenia 9 czerwca 2004 roku nowego rozporządzenia wykonawczego, wydanego właśnie do ustawy o ochronie zabytków, a zatytułowanego krótko „w sprawie prowadzenia prac konserwatorskich, restauratorskich, robót budowlanych, badań konserwatorskich i architektonicznych, a także innych działań przy zabytku wpisanym do rejestru zabytków oraz badań i poszukiwań ukrytych lub porzuconych zabytków ruchomych” (Dz.U. nr 150 z 2004 roku, poz.1579). W sposób jasny i klarowny określa ono jakie dokumenty należy złożyć wraz z pisemnym wnioskiem o wydanie ww. zezwolenia, kierowanym do tegoż wojewódzkiego konserwatora.

Jednym z tych dokumentów są (§ 3, ust.3 wspomnianego nowego rozporządzenia) dane osoby przewidzianej do zatrudnienia jako kierownik budowy. Dane te obejmują m.in. dokładne określenie posiadanych kwalifikacji zawodowych tej osoby i posiadanej przez nią dodatkowej praktyki zawodowej nabytej na budowie przy zabytkach nieruchomych (czyli właśnie m.in. budynkach).

 

Tu chwilka dygresji – nie ma już „instytucji” stałego zaświadczenia konserwatorskiego. Zaświadczenia, które do roku 2000 można było uzyskać składając odpowiednie, podane w dotyczącym m.in. tej sprawy, rozporządzeniu Ministra Kultury i Sztuki z 11 stycznia 1994 roku, dokumenty u Wojewódzkiego konserwatora. Wielu osobom, mnie szczęśliwie nie wyłączając, udało się takie zaświadczenie uzyskać i są one dalej honorowane. Natomiast nowi czyli ci, którzy osiągnęli warunki brzegowe umożliwiające złożenie wniosku o takie zaświadczenie po roku 2000, możliwość taką stracili. W stosunku do tych osób każdorazowo należy wykazać ich doświadczenie zawodowe związane z zabytkami, składając wniosek o wydanie ww. zezwolenia konserwatorskiego. Cóż, nowi zwykle mają „przechlapane”.

 

Ale wróćmy do naszego tytułowego ogona.

Inwestora, o którym mówimy, oprócz przepisów Prawa budowlanego obowiązują także przepisy związane z zamówieniami publicznymi, czyli również stosunkowo nowej ustawy Prawo zamówień publicznych, obowiązującej od 2 marca zeszłego roku. Planowany do wykonania w budynku remont ma stosunkowo znaczny zakres. Szacowana wartość tych robót, na szczęście, nie przekracza równowartości 60.000 euro, liczonych po kursie ogłoszonym w Dniu Kobiet 2004 roku (ostatnio, wraz z umacnianiem się złotówki, coraz bardziej odpowiadającego rzeczywistości). Na wyłonienie firmy wykonawczej zostanie oczywiście zorganizowany przetarg. Będzie to, jak znam tego inwestora, przetarg uczciwy, a nie taki jak wyniki kolejki polskiej ligi piłkarskiej pod koniec rozgrywek. Jakaś firma go wygra. Firma ta zatrudni własnego kierownika budowy i dopiero wówczas okaże się, kto nim faktycznie będzie. Może nawet trochę wcześniej, w momencie wyboru najkorzystniejszej oferty, jeśli inwestor zażąda podania danych potencjalnych kierowników w składanych ofertach.

Ale przecież rozpoczynając procedurę zamówienia publicznego nasz inwestor – zamawiający powinien mieć w garści decyzję, najlepiej już uprawomocnioną, o pozwoleniu na budowę. W Prawie zamówień publicznych (ale i we wcześniejszej ustawie również był) jest zapis, że umowa w sprawie realizacji zamówienia publicznego jest nieważna, jeśli „zamawiający udzielił zamówienia bez uzyskania wymaganej decyzji administracyjnej” (art.146, ust.1, pkt 2). I nie jest tu napisane, że chodzi wyłącznie o decyzje wydawane przez Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych w sprawach opisanych w ustawie zamówieniowej. Czyli może dotyczyć także braku decyzji wydawanej przez Starostę powiatowego.

Ale nawet nie dzieląc włosa na czworo, – co będzie, jeśli rozpoczniemy procedurę zamówieniową, dostaniemy oferty, a potem, z powodu niemożności uzyskania pozwolenia na budowę, postępowanie trzeba będzie unieważnić. Toć oferenci, a przynajmniej część z nich, bardziej obznajomionych z tajnikami Prawa zamówień mogą poprosić o realizację zapisu art.93, ust.4 – czyli – zwrot pieniędzy wydanych m.in. na sporządzenie ofert, delegacje, opłaty skarbowe i manipulacyjne za rozmaite zaświadczenia itp.

A po roku przyjdzie pan lub pani z NIK-u (albo z RIO, uwaga, to nie Rio de Janeiro) i spyta szefa jednostki i księgowego jak mogli dopuścić do tak karygodnego uszczuplenia środków budżetowych. Wg Prawa budżetowego jest to niemal zbrodnia (przepraszam wszystkich prawników – wiem, że przestępstwa dzielą się na zbrodnie, występki i wykroczenia, to tylko taka licencia poetica).

 

Przypuśćmy, że nasz inwestor poszedł na takie ryzyko – czyli ogłosił przetarg i dokonał wyboru firmy wykonawczej nie mając jeszcze pozwolenia na budowę. Spłynęły oferty, ich rozpatrzenie i wybór najkorzystniejszej trwały zaledwie 4 dni, żadnych wyjaśnień, braków, podejrzeń o dumping, oczywistych omyłek, itd. Dnia 5 oferenci dostają informacje o wynikach przetargu. Mają 7 dni na ewentualne wniesienie protestu, jednak wszyscy przegrani okazali się wyjątkowo potulni i nikt ośmielił się z takim protestem wystąpić. Ale te 7 dni od dostarczenia oferentom informacji o rozstrzygnięciu przetargu trzeba było odczekać, bo termin ten jest święty. Czyli 13 dnia można by już zapraszać wygraną firmę do podpisania umowy, ale przecież nie wolno, bo nie ma pozwolenia na budowę. Firma przedstawiła w ofercie pełne CV przyszłego kierownika budowy, wraz z załącznikiem w postaci listy jego doświadczeń zawodowych.

 

Inwestor złapał tę listę i taksówką na sygnale zawiózł ją na Jasną 10 (warszawski WKZ), uzupełniając w ten sposób złożony wcześniej wniosek o zezwolenie konserwatorskie. I załóżmy nawet, że udało mu się to zrobić w terminie narzuconym mu przez ten organ w postanowieniu wzywającym do uzupełnienia braków. Teraz nie ma już przeszkód, aby decyzja konserwatora została wydana. W ustawowym (Kpa) terminie miesiąca, góra dwóch, w przypadkach bardziej zawiłych. Praktyka, odczuta i na własnej projektanckiej skórze, pokazuje, że czasem czterech i więcej.

Ale niech i tym razem szczęście inwestorowi sprzyja i zezwolenie konserwatorskie gotowe było już na trzeci tydzień (np. będzie to dopiero 34 dzień po terminie składania ofert). W równie pośpiesznym trybie zaniesiono w zębach do starostwa wniosek w sprawie pozwolenia na budowę, z dumą dołączając, jako jeden z wymaganych dokumentów, świeżo uzyskane zezwolenie konserwatorskie. Na wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę organ administracji architektoniczno-budowlanej ma obecnie 65 dni od złożenia kompletnego wniosku. I zwykle termin ten wykorzystuje do końca, bo nawał spraw, bo braki kadrowe, niepewność urzędniczego losu (z posady niekiedy wylatuje się z dnia na dzień, dobrze jak bez dyscyplinarki), bo akurat siedzi kontrola z WINB-u, itd. Czasem trwa to zresztą sporo dłużej, sam znam bardzo sympatyczną (naprawdę) młodą urzędniczkę, której „dorobek” w zakresie spóźnień (notowanych w tym wydziale tego organu w specjalnym zeszycie) przekroczył już równowartość niezłego samochodu (dla niewtajemniczonych – za każdy dzień nieuzasadnionego spóźnienia organ płaci organowi stopnia wyższego 500 zł kary, wg art.34, ust.6 Prawa budowlanego.

 

Firma wykonawcza cierpliwie czeka, bo na szczęście nie wie nawet, że nie wolno jej czekać zbyt długo. W ustawie Prawo zamówień publicznych jest teraz taki magiczny, nieprzekraczalny termin na zawarcie umowy w sprawie zamówienia publicznego. Jest to termin tak zwanego związania ofertą, o czym jasno informuje art.94 tej ustawy. Maksymalny termin związania ofertą, który liczy od upływu terminu do składania ofert, w przypadku naszych robót budowlanych o wartości ponad 60.000 euro może wynosić 30 dni (art.85, ust.1, pkt 1), i taki właśnie termin wpisał w specyfikację istotnych warunków zamówienia nasz inwestor.

Jakby nie patrzeć, szans aby zdążyć na czas nie ma. I to mimo ryzyka, jakim było rozpoczęcie procedury zamówieniowej przed zdobyciem pozwolenia na budowę. Nawet pomimo, iż cała procedura zamówieniowa poszła jak po maśle, nie było protestów, odwołań, konserwator stanął na wysokości zadania, „zabytkowe” doświadczenie przyszłego kierownika nie zostało zakwestionowane, wniosek o pozwolenie na budowę okazał się kompletny, do projektu budowlanego nie było zastrzeżeń.

 

Zatem żeby zdążyć, ktoś musiał oszukać. Oszukać kogoś w jakimś organie lub ustawodawcę. Jeśli wykryje to któraś z licznych kontroli, może wylecieć. Gdyby nie oszukał, mógłby wylecieć za nieudolność i bezczynność.

 

W Gazecie Wyborczej, w jej dodatku stołecznym ukazał się dzień przed Wigilią znamienny artykuł pod tytułem „Rusztowanie z grzejnikiem”. Dotyczy remontu elewacji zamku Królewskiego w Warszawie. „Na dworze mróz, a remonty zabytków trwają w najlepsze” grzmi podtytuł. „Czyżby sezon konserwatorski przesunął się na zimę”, ironizuje jego autor, Tomasz Urzykowski, „kto odpowiada za ten absurd, to wyrzucanie w błoto gigantycznych pieniędzy”. Jasna odpowiedź w cytowanym artykule w zasadzie nie pada, ale podtekst jest jednoznaczny. Winne są opieszałe urzędasy.

Otóż nie, panie Tomaszu, przynajmniej nie tym razem. Tym razem jakość stanowionego w Polsce prawa. Zwłaszcza taka jedna jego cecha, którą z angielska można by określić jako wzajemną kompatybilność. A na urzędników, którzy doprowadzili, że choć zimą ale ten remont elewacji jednak się zaczął trzeba raczej spojrzeć jak na cichych bohaterów. Albo jak na przestępców. To już zależy od punktu widzenia.

 

 

P.S. Proszę mnie nie posądzać o jakiś szczególne uwielbienie dla urzędników, raczej wprost przeciwnie – bardzo nie lubię tej kasty. Sam zresztą jeden egzemplarz stanu urzędniczego mam na co dzień w domu, to wiem co mówię.