Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Jest szansa?

Od wielu lat bacznie obserwuję rynek budowlany i to co się na nim dzieje. Zajmuję się głównie sporządzaniem dokumentacji kosztorysowej - tej po stronie wykonawcy. Nie zliczę już ilości wykonanych kosztorysów ofertowych, czy powykonawczych. Przedsiębiorstwa, które obsługuję nie są budowlanymi potentatami, ale i do najmniejszych nie należą. Jeszcze parę lat temu firmy te startowały głównie w przetargach z udziałem środków publicznych. Przerzucałem wtedy tony dokumentacji projektowych i formularzy przetargowych. Naoglądałem się najróżniejszych specyfikacji istotnych warunków zamówienia, uczestniczyłem w ogłaszaniu wyników przetargów i.... wspólnie z szefostwem tychże firm stwierdziliśmy w końcu, że nie stać nas na bezowocne "mielenie" papieru i niepotrzebne tracenie czasu, bo trudno było wyżyć z tego co udawało się wygrać.
Pewnie niejeden z nas - uczestników przetargów publicznych - miał i ma dziwne wrażenie, jakby ktoś w specyficzny sposób je przygotowywał.

 

Po takich doświadczeniach trzeba więc było poszukać inwestorów ze środkami własnymi. Jednak na tym odcinku na potencjalnego wykonawcę czyha sporo pułapek. A to okazuje się, że inwestorowi nagle zabrakło środków finansowych, a to zwiększa zakres prac lub zmienia technologię podnosząc koszt inwestycji, nie myśląc by za to zapłacić, a to próbuje znaleźć przysłowiową dziurę w całym, byle tylko nie płacić. I na nic zdadzą się tu umowy określające szczegółowy zakres prac i koszty - finał bywa taki, że po prostu nie płaci się wykonawcy za wykonaną pracę. Egzekucja przez sąd należnych środków finansowych jest długotrwała i często firmy wykonawcze popadają w duże tarapaty finansowe. Coraz mniej jest już instytucji pewnych, które rzetelnie i terminowo regulują swoje zobowiązania.

 

Cóż więc począć?

 

Pewną szansę otwierają przed nami fundusze przedakcesyjne do Unii Europejskiej – przede wszystkim fundusz ISPA,  ukierunkowany na osiąganie standardów i norm Unii Europejskiej w zakresie infrastruktury transportowej i ochrony środowiska. O dofinansowanie z funduszu ISPA mogą ubiegać się samorządy terytorialne, organizacje samorządowe i inne podmioty publiczne.

 

One też, wraz z Komisją Europejską, po przyznaniu środków będą nimi dysponowały. W sumie z punktu widzenia nas wykonawców, to nic innego, jak startowanie w przetargach o zamówienia publiczne. Czy więc wracamy do punktu wyjścia? Okazuje się, że nic podobnego. Komisja Europejska, która przyznaje środki finansowe na realizację przewidywanych inwestycji wymaga bardzo dokładnego przygotowania wniosku o przydzielenie tychże środków. Tak więc, to nasi samorządowcy muszą starannie opracować ofertę, by na jej realizację przydzielono fundusze, a dopiero potem ogłosić przetarg wykonawczy. A jest o co walczyć, bowiem środki jakie mogą być nam przyznane są bardzo wysokie. Można już znaleźć w internecie informacje o realizowanych obiektach, takich jak oczyszczalnie ścieków, stacje uzdatniania i przesyłu wody do picia, czy też o miejscach utylizacji śmieci. Również budowa coraz większej liczby odcinków dróg i autostrad jest finansowana z tego funduszu.

 

 Nic tylko startować do przetargów i wygrywać, i cieszyć się, że będzie czyste środowisko i piękne drogi. I tutaj pojawia się małe ale, okazuje się bowiem, że większość - głównie tych najdroższych inwestycji - jest realizowana w przeważającej części przez firmy zachodnie..., bowiem zgodnie z wymaganiami Komisji Europejskiej w przetargach może startować każda firma z Unii Europejskiej, która spełni wymagania specyfikacji zamówienia. A nie są to wymagania byle jakie i trudno jest je spełnić naszym firmom (szczególnie wysokie są koszty ubezpieczeń). W sumie OK., skoro bowiem Unia daje pieniądze to i stawia warunki.
I tylko w przetargach o niższych wartościach nasi samorządowcy mogą zawęzić grono potencjalnych wykonawców do tych z naszego kraju.

 

Gdzie więc powód do radości dla niewielkich firm wykonawczych?

 

Niewątpliwie należy cieszyć się ze środków przyznawanych naszemu państwu przez Komisję Europejską. Wiele z realizowanych, czy też będących dopiero w procesie projektowym inwestycji nieprędko, a może i wcale nie byłoby realizowanych bez tych środków.
A tym mniejszym firmom, których nie stać na startowanie w dużych przetargach zostaje nadzieja w przetargach organizowanych na mniejszą skalę i z udziałem skromniejszych funduszy. Poza tym zawsze jest nadzieja, że wezmą udział w inwestycjach kredytowanych przez Komisję Europejską jako jeden z licznych przecież podwykonawców.
Zawsze to lepiej mieć mało i mieć, aniżeli nie mieć nic - pieniądz z Zachodu wygląda na pewny.
Czyżby więc wraz z wejściem do Unii Europejskiej otwierała się szansa na uzyskanie dobrych zleceń na roboty budowlane?