Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Blitzkrieg antybudowlany

Od Redakcji: W związku z artykułem p. Ewy Wiktorowskiej „Nasz dorobek” ("Buduj z Głową" nr 2/2005) otrzymaliśmy od Państwa sygnały potwierdzające nie tylko, że „(...) aby uzyskać zamówienie w UE potrzebna jest znajomość specyfiki danego kraju, gdyż w każdym istnieje obszar przepisów, przyzwyczajeń i niepisanych zasad postępowania, bez znajomości których i bez doświadczenia w ich stosowaniu, nasze oferty będą nie tylko niekonkurencyjne, ale po prostu niepoprawne (...)”, ale wręcz z informacjami o dyskryminacji polskich przedsiębiorstw w niektórych krajach UE. Problem ten został poruszony również w artykule „Blitzkrieg antybudowlany” zamieszczonym w lipcowym numerze miesięcznika „Licz i buduj” wydawnictwa SEKOCENBUD (nr 7/2005 s.42). Dlatego za zgodą redakcji LiB przytaczamy w całości jego treść.

 

 

 

 

No i stało się! Miesiąc temu pisałem o tym, że ciężkie czarne chmury zbierają się nad polskimi budowlańcami pracującymi w Niemczech. Pracującymi - dodajmy wyraźnie – legalnie(!), pokonując wszelkie bariery sprzeczne z duchem wspólnego unijnego rynku tworzone w tym kraju zarówno w majestacie prawa przez państwo niemieckie, jak i bezprawnie przez gorliwych urzędników chorych na antypolską alergię.

 

Wobec tańszej, lecz niewątpliwie znającej się na budowlanym rzemiośle konkurencji zwarły szeregi różne potężne siły. Ton nadały wpływowe niemieckie związki zawodowe i organizacje pracodawców. Histerię oblężenia i dramatycznego zagrożenia dla miejscowego rynku pracy ochoczo zaczęły rozkręcać media. Ich sojusznikami szybko stali się "patriotyczni" urzędnicy z różnych resortów. Polską ekspansję oficjalnie uznano za "poważny problem". Frontalny atak na polskich śmiałków, którzy odważyli się zachwiać idyllą niemieckiego rynku budowlanego i uszczknąć choćby mikroskopijny kawałek tego tortu inwestycyjnego, wisiał w powietrzu .

 

Wyglądało na to, że podstawową formą "umilania życia" przybyszom zza Odry będzie nękanie ich niekończącymi się kontrolami i czepianie się każdego przecinka i kropki w papierach firm. Aż sami zrozumieją, że nie są mile widziani w tym kraju. Czyli miało być kulturalnie i w białych rękawiczkach.

 

Jednak docierające ostatnio sygnały z Niemiec mówią o tym, że tamtejsza machina biurokratyczna wybrała rozwiązanie skuteczne i zarazem ostateczne – blitzkrieg, szybką zwycięską wojnę. Dlatego konsekwentnie rozjeżdża polskie firmy z finezją czołgu. Na plac budowy realizowanej przez jedną z nich wpada np. 250 uzbrojonych po zęby mundurowych, terroryzują pracowników, konfiskują dokumenty, blokują konto przedsiębiorstwa, a nawet prywatny rachunek bankowy właściciela. Polaków traktują jak zorganizowaną bandę przestępców. Do wywołania demonów ponurej przeszłości brakuje tylko krwiożerczych psów i czaszek ze skrzyżowanymi piszczelami na czapkach.

Wisi im, że w Polsce to przedsiębiorstwo, jako jeden z podwykonawców, buduje parę prestiżowych inwestycji: terminal lotniczy na Okęciu i hotel "Hilton", że realizuje kolejny obiekt szwedzkiej sieci sklepów IKEA. Kogo z niemieckich stróżów prawa obchodzi to, że tej polskiej "bandzie" w kilku niemieckich miastach powierzono wykonanie tak odpowiedzialnych inwestycji, jak magazyny pod odpady radioaktywne przy elektrowniach atomowych ?!

– Gdyby coś takiego dotknęło niemiecką firmę w Polsce, najpewniej w całej Europie okrzyknięto by nasz kraj jako szowinistyczny – żalił się na łamach prasy herszt "bandy", czyli właściciel przedsiębiorstwa.

 

Najazd funkcjonariuszy służby celnej i prokuratorów na kolejną polską firmę skończył się zatrzymaniem na dwa tygodnie wszystkich jej dokumentów wraz z komputerami, czyli - nazywając rzecz po imieniu - zablokowaniem jej działalności.

Niemieccy urzędnicy przyzwyczajeni do traktowania polskich robotników jako hord zatrudnionych na czarno niewolników nie mają zamiaru ogarniać nowej unijnej rzeczywistości. Że polska firma potrafi zdobyć zlecenie na niemieckim rynku w uczciwej konkurencji. Że polscy pracownicy mogą być oddelegowani do pracy za granicą.

Że w majestacie prawa składki na ich ubezpieczenie trafiają do polskiego ZUS-u, a nie do niemieckiej ubezpieczalni.

 

Pod zarzutem właśnie nieodprowadzania składek na ubezpieczenie pracowników oraz pomocy w nielegalnym pobycie na terenie Niemiec (czyli na obszarze otwartej i demokratycznej Unii bez szlabanów granicznych !) szefowie polskich firm trafiają nawet do pudła. Nie są to "przypadkowe" noce w policyjnym dołku, kiedy za pomyłkę mundurowi uprzejmie przepraszają i obiecują, że to więcej się nie powtórzy.

To areszty, jak to się przytrafiło kilku nieborakom, ośmiomiesięczne (!) stosowane z pełną premedytacją przez prokuratury.

 

Nie słychać jakoś głosów niemieckiej opinii publicznej potępiającej takie praktyki. Co z tego, że niemieckie wydanie "Financial Times" nieśmiało pobąkuje coś o "wyjątkowo histerycznej i populistycznej" reakcji w Niemczech na konkurencję firm z Europy Wschodniej, skoro telewizja RTL bezlitośnie tępi polskich "budowlańców-kryminalistów"?!

 

Szefowie niektórych zlinczowanych firm decydują się na walkę przeciwko represjom przed sądami. I nawet po kilku lub (tam Temida też nie jest taka skora do sprawiedliwości) kilkunastu miesiącach wygrywają. Co z tego, skoro przez ten czas ich działalność jest zablokowana i często z tego powodu ocierają się o bankructwo.

 

Jedyne pocieszenie to fakt, że na Niemczech ani Unia, ani Europa się nie kończy. Szukajmy krajów, gdzie traktują nas po ludzku !

 

Wolnomurarz

 

 

PS. Nawiasem mówiąc, gdyby podobne choćby w połowie traktowanie polskich przedsiębiorców miało miejsce na takiej Białorusi, minister Rotfeld z pewnością wymachiwałby na konferencji prasowej szabelką i wysyłał skargi do Brukseli, premier Belka uczyłby barbarzyńców zza Bugu zasad demokracji i wolnego rynku, a prasa z pianą na ustach wylewałaby kolejne kubły pomyj na wstrętną dyktaturę neandertalczyka Łukaszenki.

 

PS.PS. (...) Dlaczego w naszych mediach nie ma szerszej reakcji na barbarzyńskie traktowanie Polaków za miedzą? Moim zdaniem, przyczyna tkwi i w tchórzostwie naszych publicystów, i w politycznej poprawności, i w złym rozumieniu unijnej przyjaźni. Oj, trudno przychodzi przekonanie, że Unia to nie sielanka i harmonia, tylko walka o własne interesy – czasami bardzo brutalna, a nawet brudna...