Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Do tworzenia przepisów prawnych, to jest potrzebne – takie szczególne wykształcenie

Ciężkie czasy dla braci projektanckiej nastały. Na przykład, w Łodzi, niektórzy inwestorzy publiczni, stosują specyficzny sposób zawierania umów o prace projektowe. Sposób zasadza się na tym, że w umowie o projekt – termin, po którym inwestor jest skłonny przyjąć fakturę vat za wykonaną pracę projektową, ustala po dniu uzyskania przez projektanta pozwolenia na budowę. Natomiast termin ostatecznej zapłaty, określa na 30 dni od daty otrzymania faktury. Efektem powyższego jest wielomiesięczne oczekiwanie na wynagrodzenie. Ciekawa sprawa, bowiem inwestorzy publiczni zamawiający projekty mają przecież środki na ten cel zgromadzone na swoich kontach bankowych. W opisanej sytuacji można się ostatecznie pogodzić z żądaniem załatwienia przez projektanta pozwolenia na budowę i przyjęcie faktury z chwilą dostarczenia przez projektanta tego pozwolenia. Natomiast, dlaczego aż 30 dni, każą nieborakowi oczekiwać na wynagrodzenie? Ja, w mojej malutkiej firmie, przelewam pieniądze natychmiast, via internet. Widać z powyższego, że urzędnicy pracujący nieśpiesznie dobrze wiedzą, że z prywaciarzem nie muszą się liczyć. Cóż, takie to przyzwyczajenia, rodem z dawnej epoki. W najgorszej sytuacji są kosztorysanci pracujący usługowo na rzecz pracowni projektowych, którzy w opisanej sytuacji nagminnie łamią przepisy o podatku vat. No bo wiadomo, że zgodnie z przepisami, najpóźniej w terminie 7-mio dniowym po przekazaniu kosztorysu pracowni projektowej, powinni obdarzyć ją fakturą.

A w następnym miesiącu zapłacić podatki.

Tylko z czego? Chyba przyjdzie kraść!!

 

Tematem najmocniej bulwersującym środowisko projektanckie są specyfikacje techniczne wykonania i odbioru robót budowlanych.

 

Co chwilę wpada do mego biura jakiś skołowany projektant i pyta czy to prawda, że to „coś” muszę też inwestorowi dostarczyć. Tylko jak to zrobić? Trudno się projektantom dziwić, bo rozporządzenia majowe[1] i wrześniowe[2] wcześniej zainteresowały kosztorysantów, natomiast do projektantów wiedza, że tamże jest też coś i dla nich, dociera z trudem i przypadkowo. Najczęściej w sytuacji, kiedy ów zmordowany przekazuje projekt inwestorowi, a ten „z głupia frant” oświadcza: no świetnie, mamy projekcik z pozwoleńkiem na budowę, ale gdzie jest specyfikacja? Jezus, Maria, a co to takiego pyta przerażony projektant? I zaczyna się dramat.

 

No cóż, pierwszy dzwonek w tej sprawie zadźwięczał jeszcze w 1997 roku, w ustawie „O zamówieniach publicznych”, ale jakoś tak słabo, że jego dźwięk do nas nie dotarł. Niestety w kolejnej ustawie „Prawo zamówień ... takich samych jak poprzednio”, a zwłaszcza w wiadomych rozporządzeniach, zabrzęczał dźwięcznie i donośnie. I zaczęło się. Czytamy szereg artykułów różnych poważnych autorów opisujących ten problem. Odbieramy ulotki reklamowe firm, chcących nas od tego kłopotu uwolnić poprzez dostarczenie gotowców do przepisania. Wydawać by się mogło, że jak otrzymamy takie gotowce, to już tylko firmowa kserokopiarka będzie pracowała za nas w pocie czoła. Nic z tego, bowiem jak wywodzi w świetnym i dociekliwym artykule p. Renata Niemczyk z Poznania („Buduj z Głową” nr nr 1 i 2/2005) cyt.: ”żadne standardowe specyfikacje, których pojawienia się wielu oczekiwało, nie rozwiążą problemu” kon.cyt. Ciekawych dlaczego nie rozwiążą, odsyłam do przywołanego artykułu, bo przecież nie wypada zrzynać z nie swoich tekstów. Ale nie to jest najważniejszym spostrzeżeniem pięknej poznanianki (patrz zdjęcia), bowiem to, co najważniejsze, jest tak ważne, że trzeba zrzynać, bo nie uda się inaczej!

 

Proszę Państwa, autorka najpierw cytując § 4 z rozporządzenia wrześniowego wywodzi, że specyfikacja techniczna nie jest integralną częścią dokumentacji projektowej!!! W schemacie zamieszczonym na końcu swego świetnego artykułu wykazuje dowodnie, że owa specyfikacja techniczna wykonania i odbioru robot budowlanych, jest po prostu dzieckiem nieznanych rodziców, czyli absolutną sierotką! Kto mnie weźmie, kto przygarnie zapewne kwili. To tak, jak kosztorys inwestorski (nie przedmiar), który jest też dzieciątkiem niewiadomego pochodzenia, na co zwróciłem uwagę tym razem ja, w „Buduj z Głową” nr 2/2005.

A co, chłopy też coś-niecoś potrafią!

 

rys. Eliza Biała

 

Jednak w dalszej części swego artykułu, autorka kładzie na obydwie łopatki nie tylko mnie, ale chyba o zgrozo i całe Ministerstwo Infrastruktury. Wywodzi bowiem logicznie, że skoro specyfikację ma opracować nie projektant, a „ktoś” (w Łodzi mówią: „któś”), a w przedmiarze inwestorskim należy powołać numerację (indeksy) składników tej specyfikacji to co?

Ano to, że przedmiar inwestorski, będzie można opracować dopiero po wytworzeniu przez „ktosia” specyfikacji technicznej, co wynika dowodnie z treści § 6 ust.1, a kosztorys inwestorski, może być opracowany przez kolejnego „ktosia”, chyba jeszcze później! I na to, na co już dawno wpaść należało, wpadła płeć piękna! A tylu mędrców płci ohydnej pisało i to jak uczenie, o tych specyfikacjach, a tu proszę bardzo. Jakież to proste i oczywiste!

Brutalny wniosek płynący z powyższego, którego autorka chyba nie śmiała wyciągnąć, moim zdaniem powinien zabrzmieć:

Nie sporządzamy specyfikacji technicznych do czasu, aż wiadomy resort nie wyjaśni kto i kiedy powinien ten utwór opracować!

Inaczej rzecz ujmując: kto to taki - ów „ktoś”?

Powyższe oczywiście dotyczy również i przedmiaru, a więc i w konsekwencji kosztorysu inwestorskiego w zamówieniach publicznych. To może kosztorysy inwestorskie wraz z przedmiarami, zaczną zlecać kosztorysantom inwestorzy odrębnie i to dopiero po uzyskaniu projektu zaopatrzonego w specyfikację techniczną wykonania i odbioru robót, dzięki czemu poczekamy na forsę tylko 30 dni?!

 

Przed wielu laty, kiedy istniała Państwowa Komisja Cen, biedząca się nad definicją „kosztów uzasadnionych”, przemiły pan dyrektor departamentu w tejże Komisji zaproponował mi napisanie podkładki dla wytworzenia pewnych przepisów. Przesiedziałem trzy noce, wyrywając sobie włosy z głowy i wreszcie, po stu korektach, tryumfalnie zawiozłem wymęczony tekst do Warszawy.

Miły pan dyrektor, przeczytał uważnie moje gryzmoły, zasępił się, a potem z uśmiechem rzekł: no bardzo ładnie, ale widzi pan, do tworzenia przepisów prawnych, to jest potrzebne - takie szczególne wykształcenie.

 

 

 

[1] - Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z dnia 18 maja 2004 r. w sprawie określania metod i podstaw sporządzania kosztorysu inwestorskiego, obliczania planowanych kosztów prac projektowych oraz planowanych kosztów robót budowlanych określonych w programie funkcjonalno-użytkowym (Dz.U. nr 130, poz.1389)

 

[2] - Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z dnia 2 września 2004r. w sprawie określenia szczegółowego zakresu i formy dokumentacji projektowej, specyfikacji technicznych wykonania i odbioru robót budowlanych oraz programu funkcjonalno-użytkowego (Dz.U. Nr 202, poz.2072, Dz.U. z 2005r. Nr 75 poz.664)