Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Generalny Wykonawca - nowe spojrzenie

Czytając artykuł Pana inż. Jerzego Kubiszewskiego pt. „Wynagrodzenie za koordynację i rozliczenie robót podwykonawców”, który to artykuł w założeniu, jak sądzę, jest polemiką z moim tekstem pt. "Generalny wykonawca – takiemu to dobrze?" ("Buduj z Głową" nr 2/2005), całkowicie zgadzam się ze stwierdzeniami przytoczonymi we wstępie, w punktach 1) i 2) odnośnie zasad obowiązujących w gospodarce rynkowej. Podobnie ma się z Preambułą Ustawy Modelowej, gdzie za kluczowe cele przedstawia się: "maksymalizowanie oszczędności i efektywności zamówień publicznych; zachęcanie do uczestniczenia w postępowaniu w sprawie zamówienia poprzez wspieranie konkurencji pomiędzy wykonawcami i dostawcami, również - tam gdzie jest to właściwe - konkurencji między wykonawcami i dostawcami o różnej przynależności państwowej; działanie na rzecz rzetelnego i równorzędnego traktowania wykonawców i dostawców; dążenie do przejrzystości oraz uczciwości, rzetelności i publicznego zaufania do procesu zamawiania".

 

Gdyby przyjrzeć się dalej artykułowi Pana Kubiszewskiego również i kolejna jego część, będąca nawiązaniem do Traktatu o Wspólnocie Europejskiej, czy też fragment dotyczący przepisów w zamówieniach publicznych, jakie obowiązują w Niemczech - świadczą niezbicie, że autor tegoż tekstu ma na uwadze szeroko rozumiane dobro firm małych i średnich (wysokokwalifikowanych) i można się pod tym podpisać obiema rękoma. Panu inż. Kubiszewskiemu, podobnie jak i mnie, niewątpliwie dobro polskiej gospodarki bardzo mocno leży na sercu.

 

W tej samej polemice jednak sam Pan inż. Jerzy Kubiszewski od razu wskazuje na bardzo poważny problem, jakim są niewątpliwie niedoskonałości w polskim prawie zamówień publicznych plus „papierkowa” inicjatywa wicepremiera Hausnera.

 

I tu dochodzimy do sedna sprawy – też jestem za zdrową konkurencją rynkową, też cieszę się, gdy nasze państwo wydaje mniej pieniędzy publicznych, albo przynajmniej wydaje je uważniej – wszystko byłoby pięknie, gdyby nie duża ilość przepisów nietrafionych lub takich, które funkcjonują tylko na papierze. Jak to zwykle bywa ideały są potrzebne i wyznaczają cele dążeń – niestety najczęściej okazują się nieosiągalne. I tak też jest niestety na razie w przypadku polskiej gospodarki. Można jedynie się dziwić – a przykre jest, że pewnie znajdzie się wielu, którzy nie będą – dlaczego takie złe, niepotrzebne, martwe przepisy funkcjonują w naszym kraju, albo też dlaczego nie są wdrażane w życie te dobre, rozwojowe, rokujące pozytywnie na przyszłość normy?

 

Póki co, na linii inwestor - wykonawca musi istnieć osoba, bądź firma, która silną ręką będzie trzymać wszystkie działania podwykonawców, by z kolei ich poczynania „miały ręce i nogi”.

 

Rzadko kiedy inwestor ma na etacie fachowców wszystkich branż, którzy poprowadziliby każdą inwestycję – bowiem każdy dobry specjalista wysoko się ceni i wymaga odpowiedniego opłacenia i to nie tylko finansowego. Dobremu fachowcowi trzeba przecież zapewnić całe zaplecze socjalne i techniczne. Stąd też na moment prowadzenia inwestycji większość inwestorów korzysta z usług tzw. „inwestora zastępczego”, „inżyniera kontraktu”, którzy poprowadzą całościowo inwestycję w sposób rzetelny i prawidłowy. Wezmą też i za to odpowiednio duże pieniądze. Podobne do tych, które bierze generalny wykonawca odpowiedzialny za wszystkie jednostki podległe potrzebne do realizacji przedsięwzięcia inwestycyjnego.

 

Suma summarum inwestor, który chce, aby sprawnie i co najważniejsze z dużą dbałością wykonano prace musi wydatkować całkiem spore pieniądze na stosowny nadzór. Zawsze będzie bowiem funkcjonowała zasada, że inwestor chce wydać, jak najmniej, a wykonawca będzie chciał, jak najwięcej zarobić. „Duszenie” wykonawców by wykonywali prace jak najtaniej prowadzi zawsze do jednego – obniżenia jakości wykonywanych prac – a ileż to widzimy budynków, dróg etc., który po paru latach wymagają gruntownych remontów. Chyba nie chodzi o to by w kółko ogłaszać przetargi na te same obiekty – najpierw na ich wybudowanie, później na kolejne remonty. Żaden prywatny inwestor na takie coś sobie nie pozwoli – dlatego też tak samo (albo i „tym bardziej”) powinien postępować i ten, który dysponuje środkami publicznymi, czyli przecież pieniędzmi nas wszystkich. Zasada, że biednego nie stać na tanie sprawdza się w tym przypadku znakomicie.