Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Wiedza i usługi w ciechocińskim pakiecie

Do pisania tego tekstu zasiadłem nazajutrz, po powrocie z konferencji w Ciechocinku. Tematyka konferencji była bardzo obszerna: „Dokumentacja projektowo-kosztowa w procesie budowlanym”. I tak rzeczywiście było. Bo czego tam nie było, nawet referat o zawodowych uprawnieniach w budownictwie. Niestety w wygłoszonym referacie, nie było ani słowa o kosztorysantach. W dyskusji, jaka się na kanwie referatu odbyła, usłyszeliśmy o przeróżnych specjalnościach, nawet o chemikach, o których okręgowe izby myślą, że ewentualnie to można ich też uznać za specjalistów od budownictwa, ale o kosztorysantach, to raczej chyba nie. Może i dobrze, bo to o jedną składkę będzie mniej! Cóż, III Rzeczpospolita ma dopiero 16 lat, a więc jest dopiero nastolatką. Miejmy nadzieję, że jak dorośnie to zmądrzeje. Można się było domyśleć, dlaczego izby o kosztorysantach nie myślą, po wysłuchaniu referatów o kontraktach wg FIDIC i o sporządzaniu studium wykonalności inwestycji. Bo wiedzy, którą referenci pozyskali na kontraktach i studiach uzupełniających w uczelniach zagranicznych i którą z nami się podzielili, trudno poszukiwać w polskich politechnikach, tkwiących w strukturach powstałych w PRL-u, a więc w czasach, kiedy pieniądze nie przedstawiały żadnej wartości. Oczywiście dla władzy, bo na przykład ja, chociażby z racji uprawianej profesji, zawsze je bardzo szanowałem. Chociaż słyszało się po kątach, że peerelowska władza, prywatnie tę forsę też lubiła! Ktoś powie, mądrzy się ten Paradowski, co on wie o politechnikach, kiedy tam nie pracuje, a siedzi w swojej dziupli i dłubie kosztorysy. Ano wiem to z kursów kosztorysowania, które od lat, systematycznie prowadzę, mając za słuchaczy młodych inżynierów tuż po studiach. Przychodzą na te kursy kosztorysowania rozkosznie zieloni.

 

Na konferencji, to te nasze prymitywne kosztorysowanie było też, jednak zasadniczo w zakresie kłopotów wywołanych ubiegłorocznymi rozporządzeniami z maja i września. Mieliśmy zatem referaty o sposobie sporządzania programu funkcjonalno-użytkowego oraz o kłopotliwym przedmiarowaniu, zaopatrzonym przez rozporządzenia w dwie, troszeczkę różniące się definicje.

 

Usłyszeliśmy, że dlatego są różne, bo tak naprawdę to powinno się opracowywać dwa przedmiary, też różne, jeden dla oferentów, a drugi, jako składową kosztorysu inwestorskiego. I ten drugi, powinien posiadać wysoki stopień agregacji cen i to tak wysoki, aby zniknęły w dalszym ciągu niezdefiniowane roboty tymczasowe. Zapytałem, czy ten stopień agregacji może być najwyższy, to znaczy polegający na podaniu wyłącznie ilości metrów kwadratowych powierzchni użytkowej obiektu, pomnożonej przez cenę jednostkową takiego metra? Niestety, nie uzyskałem jednoznacznej odpowiedzi.

 

Konferencja także nie wyjaśniła, kto ma opracować kosztorys inwestorski, bo z rozporządzeń tego nie można się dowiedzieć!? Myślę, że chyba sam inwestor, bo zgodnie z „Prawem zamówień publicznych” taki kosztorys powinien posiadać. Chociaż niekoniecznie, bo może on być zastąpiony programem funkcjonalno-użytkowym, ponieważ inwestorzy, jak się na konferencji dowiedzieliśmy, poprzez „Prawo zamówień publicznych” i rozporządzenia majowe i wrześniowe, uzyskali ogromną swobodę wyboru sposobu. Zdumiony tym liberalizmem (a fe.., ten paskudny liberalizm), w dyskusji, opisałem sposób, w jakim niedawno byłem zmuszony opracować zestawienie kosztów do programu funkcjonalno-użytkowego. A zdumiony dlatego, bo moim zdaniem, to chyba na aż taką swobodę, to w naszych polskich warunkach troszeczkę za wcześnie!?

 

Opisanie sposobu jakiego użyłem do tego zestawienia, poprzedziłem pytaniem: czy na sali, nie ma agenta ABW?

Bo wyjazd z konferencji w kajdankach, to przyjemność wątpliwa! Nikt się nie przyznał. Opowiedziałem więc, że opracowałem zestawienie kosztów do takiego programu szybko, bo jak zwykle należało na wczoraj. Wyliczać wiele nie musiałem, bowiem cena zadania była już wiadoma, bo ją już wcześniej określił urzędnik ministerialny rozdający pieniądze (tak mądrzej, to: „przydzielający środki finansowe z budżetu na wydatki o charakterze inwestycyjnym”). Przyznałem się, że w opisanej sytuacji nie liczyłem, ile ta robota jest warta, no bo urzędnik to już wcześniej najpewniej dobrze policzył, a i tak więcej nie da!?

Dlatego ja, te przydzielone pieniądze, wyłącznie i malowniczo rozrzuciłem po elementach. Bo przecież powszechnie wiadomo, że bez tabelki sugerującej, że ktoś tak naprawdę coś tam liczył, nie będzie można wykonać przetargu. Nikt z zebranych nie potępił tego sposobu, mówiąc chociaż: „jak mogłeś tak postąpić ty marny, nędzny groszorobie”. Widać inni też, mając z góry ministerialnie obliczone pieniądze, są zmuszeni postępować podobnie! Powróciłem do domu własnym samochodem co świadczy, że na sali wspomnianego wyżej agenta nie było. A może i był, ale mój sposób został potraktowany jako standardowy, albo od standardów zbyt daleko nie odbiegający!

 

Jak powyższa wiedza o dowolności wyboru sposobu, wśród inwestorów publicznych się rozpowszechni, to kosztorysowanie inwestorskie najpewniej zaniknie i zostanie zastąpione wyłącznie programami funkcjonalno-użytkowymi. Już zacierają rączki szwagrowie i różni „serdeczni przyjaciele” wójtów i innych urzędników, odpowiedzialnych za roboty budowlane ze środków publicznych. Pytam więc po raz wtóry, czy na tę swobodę wyboru, daną inwestorom publicznym, to troszeczkę nie za wcześnie? Przecież wiadomo, że najtrudniej być uczciwym, żyjąc w absolutnej wolności, w której tyle pokus dokoła.

 

Odpowiedź na pytanie dlaczego jest ciągle w tych inwestycjach nie tak jak powinno być, uzyskaliśmy w referacie p. prof. Andrzeja Borowicza, ekonomisty, ale współpracującego z budownictwem od wielu lat, chociaż nie to było najpewniej celem tego ciekawego referatu. W referacie, w jednej z licznych tabel znajdujemy informację, że w latach od 2000 - 2005 wartość dokumentacji projektowej to 2 465 746,9 tys. zł, natomiast wartość wykonanych na podstawie tej dokumentacji robót budowlanych 89 283 765,5 tys. zł. A więc procentowo rzecz ujmując, udział dokumentacji w kosztach robót wynosił 2,76%. Teraz rozumiemy skąd się biorą narzekania na marną jakość dokumentacji, co się chyba też przekłada na jakość realizacji, nie wspominając o przekraczaniu budżetów inwestycji. Ale niebawem będzie idealnie, jak się rozpowszechni budowanie, oparte wyłącznie na programach funkcjonalno-użytkowych zawierających wartości - ustalane przez urzędników ministerialnych, którzy jak uczy doświadczenie, do tej pory, rozdzielali te środki „po równo” (ostatnio to było w modzie chyba 40 lub 45 mln zł).

Już się cieszą ci, którzy dostaną więcej niż potrzeba.

Zagospodarują te nadwyżki, oj zagospodarują! A tu w więzieniach tłok, przez co nagminnie są przekraczane standardy unijne.

Ale to już nie moje zmartwienie!

 

Pogoda w Ciechocinku była przepiękna. Hotel też. Troszeczkę zostałem zaskoczony w recepcji, płacąc za pobyt. Mieszkałem jedną dobę, a musiałem zapłacić za dwie!? Organizatorzy wyjaśnili, że dlatego za dwie, bo zamówiłem pobyt serwowany w tzw. ”pakiecie”, a więc mogłem tam mieszkać przez dwie doby czyli, sam sobie jestem winien! W przyszłości, trzeba będzie uważać na zawartości takich pakietów. Bo jak w przyszłym roku w pakiecie zastanę przepiękną panienkę, z której towarzystwa, jako już mocno starszy pan nie będę umiał właściwie skorzystać, to znowu „za durno” przepłacę!

 

rys. Eliza Biała