Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Kosztorysofobia

Większość polskich dzienników, przynajmniej jeden raz w tygodniu, zamieszcza tak zwane wkładki budowlane. Nazwy tych wkładek są najprzeróżniejsze, ot chociażby - „Dom”, „Wokół domu”, „Radzimy pomagamy” itp. itd. Mnóstwo tego! Odnosimy wrażenie, że budownictwo w naszym pięknym i dostatnim kraju nie leci na łeb, co wynika z notowań gospodarczych, lecz kwitnie i rozwija się. Oczywiście zawartość tych wkładek, to w większości reklamy firm i składów budowlanych, którym coraz trudniej cokolwiek sprzedać. W głowie się kręci od tych reklam, bo wszystkie prezentowane tam materiały są najlepsze i najtańsze. Aż się ciśnie pytanie - to skąd się bierze ta droga tandeta, której na rynku niemało? Znajdujemy tu także i porady adresowane do publiczności, w większości jak wiadomo dyletanckiej w sprawach budowlanych. Zresztą może się mylę, bo przecież każdy Polak, to lekarz albo budowniczy.
Porady są najróżniejsze bo to np.: jaki wybrać projekt, z czego wymurować ściany, położyć strop czy uformować dach. Znajdujemy także, wielokrotnie cenne porady prawne, bo na rynku budowlanym oszustów niemało.
Nas jednak najbardziej interesują informacje, na temat s p o s o b u obliczania kosztów budowania, noszącego piękną i starożytną nazwę

 

k o s z t o r y s o w a n i e.

 

I tu rzecz dziwna. Ten termin, n i g d y się nie pojawia. W dodatku do „Dziennika Łódzkiego” znajdujemy artykuł pt.: „Mieszkanie do remontu” W tym artykule poszczególne rozdziały zachęcają inwestorów do zachowań racjonalnych, bowiem proponują - „sprawdź wykonawcę”, „uzgodnij na początku”, „przygotuj się do remontu”, „nie płać za wcześnie” i na zakończenie co robić „jeśli spartaczą”, o Boże!! Natomiast w obszernym, czteroszpaltowym tekście, ani razu nie pojawia się słowo „kosztorys”. Ukoronowaniem tego w końcu poradnika, jest projekt umowy o prace remontowe. W projekcie umowy znajdujemy oczywiście, że „cenę usługi uzgadnia się na kwotę ..................... zł”, lecz bez informacji netto czy brutto. „Precyzji” tej umowie dodaje paragraf wcześniejszy ustalający, że „wykonawca kupi materiały niezbędne do wykonania prac, pobierając od sprzedawców faktury VAT, wystawione na nazwisko zamawiającego (wszyscy święci - na pomoc!!), natomiast zamawiający natychmiast, zwróci wykonawcy koszt zakupionych materiałów”. Zgroza!!!
To ci dopiero porada, a jeszcze lepsza umowa. Nie będę wyjaśniał wad, tego rodzaju ustaleń, nie chcąc urazić Sz. Czytelników, specjalistów w tej dziedzinie, jakich to kantów może dokonywać realizator tak spisanej umowy.
No bo przecież ci inni, nasi rodacy, spoza branży kosztorysowej, tych „athenowych sidików” nie przeglądają!
A zapytam nieśmiało, czy nie należało napisać, że cenę ustalono na podstawie kosztorysu stanowiącego integralną część umowy, a w tym kosztorysie wyliczyć, że tynków to metrów kwadratowych ma być tyle, a cena metra to ........ itd.???
Tu proszę Szanownego Pana Redaktora, o łaskawe zwrócenie uwagi na fakt, że nie piszę na tzw. ”wierszówkę”, no bo przecież mogłem pisać, pisać.... i wyliczać, wyliczać...!
A przecież, powinien to być kosztorys, jak najbardziej uproszczony, ale w końcu k o s z t o r y s.
W niedawnym dodatku „Dom” (do „Gazety Wyborczej”), znajdujemy artykuł pt. ”Buduj z głową”- nomen omen (tytuł mam nadzieję, że przypadkowo „podkradziony” z „Atheny”). Artykuł ten zajmuje prawie całą pierwszą stronę tego dodatku. Pokazuje na zdjęciu, całkiem sympatyczny dom jednorodzinny i odsyła czytelnika na kolejną stronę, na której zamieszczono informację - „ile to kosztuje?”.
Zaglądamy na tę kolejną stronę i czego się dowiadujemy? Ano, że fundamenty (napisano jakie i z czego - brawo) to kosztują 9911 zł, parter i poddasze (też opisano) to 27 125 zł itd. I tak aż do elewacji. Tyle, że znowu w całym tekście nie znajdujemy zachęty - zamów potencjalny inwestorze kosztorys.
No bo dlaczego, te nieszczęsne fundamenty, to akurat 9911 zł?? Szkoda, że nie i 56 groszy!!
I to nie tylko w tych dwóch wybranych na chybił trafił dodatkach, tak informują o obliczaniu kosztów budowy, bo przeglądam wszystkie i inne, jakie ukazują się, jak podałem na wstępie, co tydzień - i wszędzie - niestety podobnie. Wszystko to, skłania mnie do wyrażenia opinii, że w naszym kraju panuje jakaś dziwna KOSZTORYSOFOBIA.
I trudno się temu dziwić, bo przy cenach budowania pracują różne specjalności zawodowe jak inżynierowie, technicy, ekonomiści i prawnicy. Te dwie ostatnie to rozumiem, że trudno im wymówić słowo kosztorys, bowiem ich klient, może zadać szereg pytań, na które nie będą umieli odpowiedzieć. Nie dziwię się więc, że nie lubią tego słowa. A ze smutkiem muszę stwierdzić, że oni właśnie posiadają największą skłonność do pisania i publikowania. A jak tu pisać o czymś, o czym brak „zielonego pojęcia”. Natomiast ci, którzy by mogli napisać dorzecznie nie piszą, bo świat techniczny do piora niechętny. To nie jest błąd Szanowny Panie Redaktorze - piora, a nie pióra napisałem za Boyem, tym Żeleńskim. Pan na pewno pamięta „....kto się w piorze, naylepiey odznaczył przed krayem....”.
Kiedyś pewna klientka, odbierając zamówiony w mojej firmie kosztorys na dom, zaczęła wydziwiać. No wie pan?! Ja za te okna, których cenę pan ustalił, to zapłacę mniej, bo sprawdziłam u stolarza, po sąsiedzku. Odpowiedziałem - świetnie, bo pani JUŻ WIE, że te okna można będzie kupić taniej. To teraz niech szanowana pani zajrzy, do zawierającego 180 pozycji zestawienia materiałów i zastanowi się, które z nich, też się uda kupić taniej. Dobrze będzie pochodzić po składach i potargować się. A na temat innych składników kalkulacyjnych, to może się pani też potargować z wykonawcami, bo pani już wie o co! Bo przecież wiadomo, że poprawnie opracowany kosztorys, to nie tylko wyliczanka ceny budynku, która na kapitalistycznym rynku jest wielkością relatywną, ale także jest to bardzo pomocny instrument w zarządzaniu kosztami budowy.
A tymczasem, póki co, to w sądach, całe kilometry akt spraw o roboty budowlane, których ceny, sposób realizacji i rozliczenie ustalono najpewniej na podstawie poradników gazetowych. Jak czytam takie gazetowe porady, to zaczynam mieć k..wiki w oczach i to z zupełnie innego powodu, niż pewna pani poseł.
Oj, ta kosztorysofobia!!!