Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Luz, blues

Wielka ilość codziennych zadań, które mam do wykonania, sprawia że coraz rzadziej śledzę programy informacyjne w telewizji, prasie. Praktycznie współczesną bazą i źródłem wiedzy, tej zawodowej i politycznej, a i pogodowej (pamiętajmy o harmonogramach robót) stał się dla mnie internet, bądź informacje zasłyszane od kolegów na budowach. Te ostatnie jednak bywają różne, dlatego staram się potwierdzić je u innych źródeł. Problemem ostatnio jest to, że w trakcie różnorakich rozmów, zarówno zawodowych, jak i prywatnych, bywam czasami zaskakiwany pytaniami odnośnie obowiązujących przepisów prawnych, o których mało, bądź nawet wcale nie słyszałem. To mnie jeszcze bardziej mobilizuje do szukania, pytania, drążenia... Oczywiście, bowiem staram się na bieżąco pogłębiać swoją wiedzę odnośnie istotnych przepisów prawnych, gdyż w końcu nie od dziś wiemy, że nieznajomość prawa szkodzi. Jednak przepisy zmieniają się bardzo szybko, a jest ich tyle że pewnie niejeden prawnik dostaje zawrotu głowy. Ostatnio najczęstszymi tematami takich rozmów jest kwestia naszej przynależności do Unii Europejskiej oraz wynikające z tego przywileje i obowiązki.

 

Już 2 lata (Sic! Jak ten czas leci!) jesteśmy członkami Unii Europejskiej, dlatego też nieustannie dostosowujemy i zmieniamy nasze prawo oraz przepisy tak by były one zgodne z prawem Unii Europejskiej; wdrażamy Dyrektywy Rady Europejskiej. Ujednolicenie przepisów we wszystkich krajach Unii ma niewątpliwie ułatwić poruszanie się w gąszczu i zawiłościach prawa. Niestety, gdy przyjrzymy się temu problemowi z bliska, nie zawsze korekty te są robione sensownie. Czasami zmiany zostają wprowadzone w szalonym tempie, ale niekiedy niestety w takim, że ślimak przy tym to sprinter. Przy czym główne natężenie działania występuje w tych aspektach, w których nasz kraj może dużo stracić lub dużo zyskać. Szeroko znane są przecież sytuacje związane z różnorakimi dotacjami z Unii, choćby widoczna dla każdego kierowcy gołym okiem kwestia posiadanie przez Polskę (lub raczej brak) dróg, czy autostrad. Olbrzymie problemy z wykupem ziemi pod drogi, braki w dokumentacji, sprawiają, że istnieje niestety duże ryzyko iż przyznane już środki unijne przepadną, bądź że nasz kraj będzie musiał pieniądze do unijnej kasy zwrócić. Jednak, gdy przyjrzeć się bliżej, to okaże się, że sytuacja przedstawia się nawet jeszcze gorzej, gdyż okazuje się, że nowobudowane drogi są delikatnie mówiąc nienajlepszej jakości i z pewnością będzie problem, by służyły nam długo w należytym stanie. Nie jesteśmy państwem bogatym, co ja piszę - wprost przeciwnie: jesteśmy przecież państwem biednym i na wiele nas nie stać. A do tego zamiast należycie wykonywać pracę, wychodzi na to, że co poniektóre firmy będą musiały daleko uciekać, by nie sięgnął ich prokurator. I tu nasuwa się ciekawy pomysł - może otworzyć szybko firmę „turystyczną” wynajdującą państwa na świecie, z którymi nie mamy podpisanych umów o ekstradycji?!!! Mógłby to być całkiem intratny interes. Choć, jeśli dobrze się zastanowić to okaże się, że prawdziwi cwaniacy z pewnością już znają te kraje.

 

Dodatkowym problemem jest fakt, że dotacje europejskie w wielu przypadkach wymagają wysokiego własnego wkładu ze strony podmiotu zainteresowanego taką pomocą. Może jednak warto zwrócić uwagę, że na coś jednak w końcu idą nasze podatki i można by nimi tak rozporządzać, aby uratować, czy nawet zwiększyć przyznane już dotacje z Unii. Na pewno „tęgie” głowy w rządzie, administracji samorządowej mają (a jeśli nie – to powinny mieć) na uwadze, by odpowiednio zagospodarować finanse wpływające do budżetów lokalnych i centralnych; również z tą myślą, by dotacje z UE nie przepadły. Z drugiej zaś strony, jak trudny to temat i jak ciężko pogodzić interesy państwa i społeczeństwa, może cały czas świadczyć przykład naszej działki budowlanej. Jak doskonale wiemy materiały budowlane są obecnie obłożone 22% podatkiem VAT, obiekty budownictwa mieszkaniowego 7% (do 31 grudnia 2007 r.). Cieszymy się, że udało się naszym ekspertom wyszukać w Dyrektywie Europejskiej zapis o dopuszczeniu do stosowania bezczasowo 7% VAT-u na obiekty zaliczane do budownictwa społecznego, a konsekwencją powyższego jest fakt, że można już przeczytać w internecie projekt ustawy o zmianie podatku od towarów i usług, który precyzuje cóż to takiego budownictwo społeczne i infrastruktura związana z budownictwem społecznym. Wszystko to ma na celu utrzymanie 7% VAT na ww. działalność w naszym kraju. Wspaniała polityka promieszkaniowa – więcej mieszkań, a co za tym idzie większy zbyt na materiały budowlane, a tym samym ich produkcję; większe zatrudnienie w zakładach i firmach budowlanych; wszystko to rokuje bardzo dobrze dla społeczeństwa. Z pewnością w odpowiednich ministerstwach wszystko dokładnie przekalkulowano i stwierdzono, że mniejsza stawka podatku VAT przemnożona przez większą ilość wykonanych prac zbilansuje się, a jak sądzą niektórzy ekonomiczni specjaliści – z pewnością przewyższy wpływy z wyższego podatku VAT i mniejszej ilości wykonanych robót. Jest więc nadzieja, że pieniędzy nie zabraknie, trzeba tylko odpowiednio pogłówkować, by tym, co już mamy dobrze gospodarować.

 

Ale tu nasuwa się i pewna uwaga: skoro jesteśmy w Unii i wdrażamy jej prawa i dyrektywy, to dlaczego mimo, że Dyrektywa Rady Europejskiej z dnia 12 grudnia 2005 r. (zmieniającą dyrektywę 77/388/EWG w odniesieniu do okresu stosowania minimalnej stawki standardowej VAT) dopuszcza stosowanie stawki obniżonej na dostawę gazu ziemnego i energii elektrycznej, a także energii cieplnej, to w moich rachunkach widnieje wciąż 22% VAT?

 

I tak dochodzimy do sedna sprawy: mam nadzieję, że nasi eurodeputowani o wiele, wiele uważniej (niż ja) śledzą i znają przepisy Unii (zwłaszcza te, które bezpośrednio dotyczą naszego kraju) i oczywiście przekazują te informacje rządowi polskiemu, tak by mógł on jak najszybciej i najlepiej zareagować na wszelkie zmiany dla naszego wspólnego dobra. Przysłowiowy Kowalski może się w prawnym gąszczu pogubić, ale przecież te wszystkie ustawy i zarządzenia mają ogromny wpływ na to jak będzie wyglądała Polska i Unia Europejska w przyszłości.

 

Ponieważ cały ten artykuł powstawał trochę na raty, a ja mam już serdecznie dość ciągłego pesymizmu, afer itp., jakimi wciąż wieje po Polsce wzdłuż i wszerz, stąd tak delikatny ton mojej wypowiedzi. Teraz jednak z perspektywy kolejnych tygodni przyglądania się działaniom sejmowo-rządowym nie mogę się powstrzymać i dołożę łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Otóż mam wrażenie, że nie po raz pierwszy (i pewnie nie ostatni) wybraliśmy (wybrałem) do sejmu nie tych, których powinienem. Gdy tak patrzę z perspektywy mojego podwórka nabieram coraz większego przekonania, że ludzie, którzy tam siedzą nie mają większego pojęcia o tym co robią. O przepraszam, żeby nie być posądzony o generalizowanie dodam od razu, że kilku rozsądnych może się znajdzie, takich którzy coś wiedzą. Pozostali wiedzą tylko jedno: wytrzymać, wytrzymać, jak najdłużej – kasa na rachunek bankowy przecież leci i to całkiem wartkim strumieniem. Prywata, prywata i jeszcze raz prywata. Jak więc w takiej sytuacji w jakiej teraz znalazła się Polska może być mowa np. o współpracy między rządem, a eurodeputowanymi? Jak uwierzyć, że wszystko jest pod kontrolą, super i cudownie? W to wierzą, już chyba tylko hurra optymiści i niestety wygląda na to, że dopiero, gdy komisarze Unii Europejskiej wezmą się za nas, to coś się u nas zmieni.

Ha, ha! Dobre sobie, a bo to nam Polakom będzie ktoś mówił co my mamy robić?!!! Przecież my wszystko wiemy najlepiej!!! Polak potrafi i nikt nam nie da rady.

Może się jednak okazać, że jak już będzie super źle to nikt (historia!!!) nam nie pomoże i co wtedy? – mądry Polak po szkodzie?… no niestety, historia brutalnie uczy, a wielki Jan Kochanowski już 500 lat temu zauważył, że „... i przed i po szkodzie głupi...”. Pewnie był nie z „tej” partii politycznej.