Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Zmiana sposobu użytkowania - czy to "w ogóle idzie załatwić" (cz. III)

Na pierwszy rzut oka coś się w sprawie ruszyło. Malutki sukces. W starostwie wydali postanowienie w sprawie zawieszenia postępowania w sprawie wydania decyzji o pozwoleniu na budowę, ogromnej budowy, bo obejmującej wybicie drzwi w ścianie pomiędzy byłym sklepem rybnym a byłą kawiarnią, mających teraz stanowić, po połączeniu, księgarnię. Zachowali się więc w pełni zgodnie z art.98 ustawy Kodeks postępowania administracyjnego, podobnie jak zamieszczając w postanowieniu dodatkowe pouczenie, że po trzech latach od momentu tego zawieszenia, w przypadku braku prośby o ponowne wszczęcie postępowania, traktować będą wniosek o pozwolenie na budowę jako wycofany.

 

Czy oni oszaleli, jakie trzy lata, jeszcze tydzień, góra dwa czy trzy, - pomyślał nasz księgarz, - uzgodnią mi projekt w Wojewódzkiej Inspekcji Sanitarnej i składam ponownie papiery w starostwie wraz z prośbą o odwieszenie postępowania.

I teraz musi się już udać, bo jak mówił zarządca nieruchomości na ostatnim spotkaniu ze wspólnotą, przepisy nie przewidują możliwości nie wydania decyzji o pozwoleniu na budowę w przypadku gdy składający wniosek o pozwolenie na budowę spełni wszystkie wymagania, nie można mu odmówić wydania takiej decyzji. Mówi o tym art.35, ust.4 Prawa budowlanego[1]

Art. 35, ust.4. W razie spełnienia wymagań określonych w ust.1 oraz w art.32 ust.4, właściwy organ nie może odmówić wydania decyzji o pozwoleniu na budowę.

 

A podobno też, jak twierdzi rzeczony zarządca, postanowienie organu wzywające do uzupełnienia braków wniosku możliwe jest do wydania tylko raz. Dowiedział się tego na jednym ze szkoleń, w których periodycznie zmuszony jest uczestniczyć (ustawowy obowiązek zarządców nieruchomości, polegający na regularnym „zaliczaniu” odpowiedniej ilości szkoleń wycenianych na punkty, tak aby zdobyć wystarczająca liczbę tych punktów), od prowadzących to szkolenie bardzo wysokich urzędników z Głównego Urzędu Nadzoru Budowlanego. Więc pewnie jest to prawda.

 

Pismo z Państwowej Wojewódzkiej Inspekcji Sanitarnej faktycznie przyszło po 2 tygodniach. Niestety, jednak z odmową wydania postanowienia o uzgodnieniu. Jako podstawę odmowy podniesiono brak uzgodnienia projektu z rzeczoznawcą ds. sanitarnohigienicznych. Pouczono w nim naszego księgarza, że wymóg posiadania takiego uzgodnienia na projekcie architektoniczno-budowlanym wynika wprost z § 17 rozporządzenia Ministra Zdrowia z 29 listopada 2002 roku w sprawie rzeczoznawców sanitarnohigienicznych[2], dając jednocześnie nadzieję, że w przypadku uzyskania takiego uzgodnienia zapewne możliwe będzie uzyskanie uzgodnienia Wojewódzkiego Inspektora Sanitarnego.

 

Boże, skąd ja teraz znajdę takiego rzeczoznawcę? – zamartwiał się księgarz na kolejnym spotkaniu ze wspólnotą, w połowie maja roku +1 (za umowny rok „0” przyjmujemy rok rozpoczęcia opisywanej historii).

– Jeśli nie wiadomo, to zawsze można iść zasięgnąć języka u źródła, czyli w tej inspekcji sanitarnej, byle pokornie, najlepiej udając idiotę i trzymając czapkę w ręku. A adres masz Pan na pieczątce – poradziła głuchawa staruszka pełniąca tytularnie funkcje zastępcy przewodniczącego wspólnoty.

– Pamiętam – dodała – że niektórzy przetrwali w ten sposób nawet pobyt w gułagach.

 

Rada okazała się być strzałem w „10 –tkę”. Sympatyczna urzędniczka, pani Jola, w siedzibie Wojewódzkiej Inspekcji wykonała szybki telefon do jednego, jak to określiła, ze stale współpracujących z nami rzeczoznawców. Jeśli się zgodzi zająć Pana problemem, stwierdziła, nie powinno być żadnych dalszych kłopotów, bo jest to specjalista „z górnej półki”, jak określiła. I, jak wynikło z rozmowy telefonicznej, której przysłuchiwał się nasz księgarz, udało się jej namówić go bez specjalnych trudności. Mogło co prawda budzić zdziwienie, że koniec jej rozmowy z rzeczoznawcą poświęcony był rozstrzygnięciu, drażliwej jak dało się słyszeć w całym pokoju biurowym, kwestii kto zrobi zakupy na obiad i jeszcze bardziej drażliwej kwestii odebrania dziecka z przedszkola, ale jakie to ma znacznie w obliczu światełka w tunelu (w rozumieniu możliwości załatwienia sprawy), jakie właśnie zabłysło.

 

Kawiarniane spotkanie z rzeczoznawcą przebiegło w atmosferze pełnego zrozumienia. Zaledwie kilkunastominutowa rozmowa, połączona z pokazaniem projektu architektoniczno-budowlanego obu poziomów przyszłej księgarni i odpowiednia pieczątka z klauzulą potwierdzającą uzgodnienie dokumentacji projektowej bez zastrzeżeń oraz imienna pieczątka rzeczoznawcy na obu tych rysunkach zostały przystawione, a 1500 zł zmieniło swojego posiadacza. Dodatkowo 65 zł przeszło, zapewne tylko chwilowo, w ręce kelnerki. Cóż, rzeczoznawca na miejsce spotkania zaproponował hotel Bristol, strach było oponować i optować np. za barem mlecznym.

Życzliwy rzeczoznawca poradził nawet, całkiem gratis, aby, broń Boże, nie zapomnieć o uzgodnieniu z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy, z odpowiednim ustanowionym w tym zakresie, zgodnie z uregulowaniami starego, ale ciągle obowiązującego rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Socjalnej z 29 maja 1996 roku[3]. Przecież, argumentował, szef mojej żony i tak będzie musiał zwrócić się do okręgowego inspektora pracy o zajęcie stanowiska w Pana sprawie, czyli, jak to określił, „coś w rodzaju kontrasygnaty” do swojego uzgodnienia. Przepis § 73 rozporządzenia Ministra Infrastruktury z 12 kwietnia 2002 roku w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie[4] nie daje mu innej możliwości. A są bardzo małe szanse aby „kontrasygnata” inspektora pracy została udzielona bez uzgodnienia z zakresu bhp i ergonomii. Lepiej więc nie tracić czasu na kolejną odmowę uzgodnienia i od razu zanieść projekt z właściwym uzgodnieniem.

Polecił nawet i odszukał w spisie telefonów swojej komórki telefon znajomego, którego określił jako jednego z wiodących rzeczoznawców z centralnej listy Głównego Inspektora Pracy, mającego podobno „bardzo dobre układy” w wojewódzkim inspektoracie okręgowym.

Co za ludzki i życzliwy człowiek, przecież bez takich ludzi to ja bym po prostu zginął w gąszczu tych przeklętych przepisów - pomyślał nasz księgarz.

 

Spotkanie w sprawie BHP trochę się odwlekło, polecony rzeczoznawca bawił akurat na urlopie, ale zaraz po jego zakończeniu chętnie spotkał się z naszym księgarzem i sypiąc anegdotkami z pobytu w Meksyku bez przeszkód postawił na projekcie dwie kolejne pieczątki (klauzulową i imienną). Za jedyne 1200 zł, co jak stwierdził jest opłatą zniżkową, tak po znajomości.

 

Ponownie złożony z prośbą o uzgodnienie sanitarne (koszt znaczków skarbowych jest niczym w zestawieniu dotychczasowych wydatków) projekt architektoniczno-budowlany uzyskał, już po 7 tygodniach od dnia złożenia, pozytywną opinię państwowego wojewódzkiego inspektora sanitarnego.

 

Rację miały więc staruszka ze wspólnoty, sugerująca wizytę w inspektoracie i urzędniczka, polecająca wysokiej klasy fachowca i ów fachowiec, bezinteresownie udostępniający kontakt z następnym specjalistą. Opłacało się uwierzyć ludziom o dużym doświadczeniu życiowym i, następnie, powierzyć sprawę w ręce profesjonalistów, – pomyślał nasz księgarz. – Nie minęło nawet 5 miesięcy od feralnego Dnia Kobiet, kiedy to odebrałem postanowienie starosty o brakach wniosku o pozwolenia na budowę i już mam je uzupełnione.

Fakt, że nie w 7 dni, jak mi to dali w postanowieniu, ale przecież zgodzili się na zawieszenie postępowania, czyli też poszli mi na rękę. Teraz mogę poprosić o jego wznowienia, wszak 3 lata, z których tak się wtedy, naiwny, śmiałem, jeszcze nie minęły.

Ile to już ludzi pomaga mi załatwić sprawę mojej księgarni, jak ja im wszystkim się odwdzięczę? – to kolejna refleksja jaka przyszła do głowy księgarzowi.

 

W połowie sierpnia wniosek o wznowienie postępowania w sprawie wniosku o pozwolenie na budowę (czyli wybicie otworu drzwiowego) wraz z dokumentem z Państwowej Wojewódzkiej Inspekcji Sanitarnej oraz egzemplarzem projektu, uzupełnionego o 4 wyżej opisane pieczątki, został przez księgarza osobiście zaniesiony do starostwa. Nie bez ukrytego zamiaru, jakim było dostanie się przed oblicze urzędnika, który poprzednio podpisał postanowienie o brakach. I podobnie jak w inspekcji sanitarnej udanie „dziecka we mgle” połączonego z uniżoną prośbą o zajrzenie w składane dokumenty i ewentualne wskazanie braków i sposobów ich uzupełnienia. Pewnie nie odmówią pomocy, przecież to też są profesjonalni urzędnicy, fachowcy od tych spraw. Wypadało by się jakoś zrewanżować, choć teraz to strach, a nuż gdzieś jest ukryta kamera i mikrofon założone przez Centralne Biuro Antykorupcyjne ministra Kamińskiego. Może więc chociaż butelka koniaku (no, powiedzmy, brandy, byle nie albańskiego)?

 

Nie wszystko jednak w życiu wychodzi (w rozwieszonych obecnie na mieście plakatach jest informacja, że udaje się to tylko Gazecie Wyborczej i to w dodatku codziennie). Rozmowa była krótka, kolega prowadzący sprawę jest na zwolnieniu, proszę złożyć dokumenty i poinformujemy pana pisemnie o decyzji.

No ale ja już trzeci raz, – jęknął księgarz.

– Jak to trzeci? – wykazała ślad zainteresowania znudzona urzędniczka.

W zeszłym roku byłem ze zgłoszeniem, nie przyjęliście, potem pół roku temu złożyłem o pozwolenie, też odmówiliście, ja już jestem u kresu sił – wyszeptał księgarz.

– To ciekawe, niech Pan opowie. Akurat zbliża się przerwa śniadaniowa, proszę nie zwracać uwagi, ja będę jadła, a Pan niech mówi.

Nad biurkiem na którym pojawiły pokrojone kromki chleba, czarny salceson w przetłuszczonym papierze i otwarty pojemnik masła roślinnego popłynęła więc pełna ekspresji opowieść o historii związanych z księgarnią dotychczasowych starań i porażek administracyjnych.

– Faktycznie masz pan pecha – skonstatowała urzędniczka.– To co pan mówisz, to już kwalifikuje się na przyspieszacza.

Na co? – nie dosłyszał księgarz.

– No mówię, na wizytę u przyspieszacza. To taki nasz pracownik, do którego, jak się pójdzie, to potem wszystko idzie dobrze i szybko.

Jak to możliwe, – zdziwił się księgarz,– że jest u was taki dobry człowiek i że ja do tej pory na niego nie trafiłem.

– Bo tam trafiają tylko ci, którym naprawdę zależy.

Jak to, toż chyba nikomu nie zależy bardziej niż mnie, – aż uniósł się z krzesła bohater naszej historii. – W którym pokoju go znajdę i niech mi Pani poradzi, czy jak z nim porozmawiam, to czy się nie obrazi, jak w rewanżu za życzliwość wręczę mu butelkę koniaku.

– Panie, ja do Pana życzliwie, a Pan sobie ze mnie robisz jaja. Kończymy posłuchanie, przerwa się kończy, ja muszę wracać do pracy, żegnam Pana. I w ogóle nie rozmawialiśmy ze sobą.

Błagam Panią, niech mi Pani pomoże i powie konkretnie o co chodzi.

– Boże, co za facet, no po prostu trzeba iść i pogadać, tak od strony portfela, coś Pan taki niekumaty?

Czyli co, ON BIERZE ŁAPÓWKI ????? !!!!!. Przecież to karalne. I obrzydliwe.

– No nie bądź Pan taki Katon. Musi brać, bo ma kłopoty. Córka mu się dwa lata temu puściła z Wietnamczykiem na Dworcu Centralnym. Jej mąż oszalał, najpierw z radości, bo o dziecko starali się od kilku lat, potem, jak się urodziło, coś takiego małego, żółtego, ze skośnymi oczkami, z wściekłości. I poszedł do innej. A dziadkowi przybyły dwie nowe gęby do wyżywienia. Z pensji już nie da rady, nie ma wyjścia. Nie potępiajmy więc ludzi zbyt pochopnie. Do widzenia Panu.

 

Nieprzygotowany na taki obrót sprawy wyszedł nasz księgarz całkiem już skołowany z urzędu, a w przedsionku pożegnał go duży, wydrukowany na błyszczącym papierze plakat z uśmiechniętą twarzą w okienku i deklaracją z kodeksu etyki urzędnika samorządowego (coś tam o życzliwości i profesjonalności).

Co ma być to będzie, nigdzie nie idę, nie umiem ani dawać ani brać.

 

I było, w początkach października (minął właśnie 18 miesiąc od znalezienia ogłoszenia o wynajmie lokalu) przyszła przesyłka z urzędu. Przyszła oczywiście listem poleconym, czyli awizo, godzinka na poczcie, nadzieja, że to już, że już decyzja, że nareszcie i …. Niestety, okazało się – postanowienie, takie jak w zeszłym roku, o brakach w złożonym wniosku.

Brak wymieniony był tylko jeden, ale za to jaki. Nie ma pozwolenia konserwatorskiego. A budynek jest w rejestrze wojewódzkiego konserwatora zabytków i zgodnie z art.39 Prawa budowlanego

Art. 39. 1. Prowadzenie robót budowlanych przy obiekcie budowlanym wpisanym do rejestru zabytków lub na obszarze wpisanym do rejestru zabytków wymaga, przed wydaniem decyzji o pozwoleniu na budowę, uzyskania pozwolenia na prowadzenie tych robót, wydanego przez właściwego wojewódzkiego konserwatora zabytków.

wszelkie planowane do wykonania w nim roboty, w tym także zwykły remont, wymaga pozwolenia na budowę, a to z kolei ww. decyzji konserwatorskiej.

 

Boże, ale przecież już raz to sprawdzali i w liście braków sprzed kilku miesięcy tego nie było. A zarządca mówił, że nie mogą po raz drugi wydać postanowienia o brakach we wniosku i wezwaniu do ich uzupełnienia, – rozważał nasz księgarz. – Chyba będę musiał pójść z reklamacją, w sumie ta kobieta od czarnego salcesonu na śniadanie wydawała się życzliwa, może warto będzie z nią jeszcze raz tak od serca porozmawiać.

 

Rozmowa niewiele dała, pani nie była już tak rozmowna, ani przyjemna jak za pierwszym razem. Na nieśmiałą uwagę, że podobno postanowienie o brakach wydaje się raz, tylko się uśmiechnęła.

– Szkoda, że nie był Pan u nas wczoraj, mógłby Pan spotkać człowieka, który postanowienia takie dostał już po raz 6-ty. To nasz rekordzista, wszyscy już mu nawet współczujemy, ale cóż, on ma poważnych przeciwników. Zresztą ma Pan rację, powinniśmy to zauważyć za pierwszym razem, ale stało się.

No to co ja mam robić, skargę na Was napisać, czy co.

– Niech Pan próbuje, do wojewody, na pewno Panu pomoże. Może adresik podać?. Mówiłam wtedy jak załatwić sprawę szybko i skutecznie. A teraz jest postanowienie, czyli plama w dokumentach i już trudno coś będzie zrobić, nawet jakbyś Pan wreszcie przejrzał na oczy. Skarga nic tu nie pomoże, zresztą inspektor, który prowadził pańską sprawę właśnie poszedł na emeryturę, jest więc na kogo zwalić winę. Nie, no po prostu nie ma wyjścia, musi Pan załatwić tę decyzję konserwatorską.

A jak to się załatwia?

– Wybierze się Pan na Jasną 10 i tam wszystko powiedzą, za dużo chciałby Pan się ode mnie dowiedzieć, a ja w sumie nie jestem informacją z Caritasu.

 

W pochmurny październikowy poranek bohater naszej epopei przekroczył więc z duszą na ramieniu próg siedziby warszawskiego wojewódzkiego konserwatora zabytków. O tym, co go tam spotkało, i jak potoczyły się losy sprawy na przełomie 18 i 19 miesiąca starań o otwarcie księgarni, już w następnym odcinku.

 

 

 

[1] Ustawa z dnia 7 lipca 1994 r. Prawo budowlane (tekst jedn. Dz.U. z 2003 r. Nr 207, poz.2016 z późn.zm.)

 

[2] Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 29 listopada 2002 r. w sprawie rzeczoznawców do spraw sanitarnohigienicznych (Dz.U. z 2002r. nr 210 poz.1792)

 

[3] Rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Socjalnej z dnia 29 maja 1996 r. w sprawie uprawnień rzeczoznawców do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy, zasad opiniowania projektów obiektów budowlanych, w których przewiduje się pomieszczenia pracy, oraz trybu powoływania członków Komisji Kwalifikacyjnej do Oceny Kandydatów na Rzeczoznawców (Dz.U. z 1996r. nr 62 poz.290)

 

[4] Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z dnia 12 kwietnia 2002 r. w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie (tekst ujednolicony na podstawie Dz.U. z 2002r. nr 75 poz.690, z 2003r. nr 33 poz.270 i z 2004r. nr 109 poz.1156)