Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Zmiana sposobu użytkowania - czy to "w ogóle idzie załatwić" (cz. V)

Żeby dowiedzieć się o tym, co czekało naszego dzielnego księgarza, z poświęceniem załatwiającego już przez 26 miesięcy formalną zmianę sposobu użytkowania wynajętych przez niego, na parterze i w piwnicach w jednej ze śródmiejskich kamienic, pomieszczeń po dawnym sklepie rybnym i po niewielkiej kawiarence, z przeznaczeniem na księgarnię, musiał on, po raz nie wiadomo już który, pofatygować się na pocztę. Około połowy maja odnalazł bowiem w swojej skrzynce pocztowej kolejne awizo o nadejściu listu poleconego i pomny wcześniejszych nauczek, a więc wyposażony w dowód osobisty udowadniający, że on to on, a także w firmową pieczątkę, stanął w niewielkiej, zaledwie kilkunastosobowej kolejce do okienka.

 

Sporej wielkości, bardzo gruba koperta, z nadrukiem miejscowego organu administracji architektoniczno-budowlanej zawierała dwa pliki. Pierwszym były, przewiązane sznureczkiem, 4 egzemplarze projektu budowlanego złożonego wraz wnioskiem o pozwolenie na budowę 20 stycznia roku poprzedniego (czyli blisko półtora roku wcześniej) wraz z wszystkimi pracowicie uzupełnianymi od tej pory dodatkowymi dokumentami (część w oryginałach, część w postaci kserokopii).

 

Drugi plik składał się z dwóch kartek. Zawierały one urzędową, opatrzoną okrągłymi pieczęciami, decyzję administracyjną o odmowie udzielenia pozwolenia na budowę. Z powodu, jak to określono „bezskutecznego upływu terminu na uzupełnienie brakujących dokumentów w złożonym wniosku o pozwolenie na budowę, określonego w wydanym przez tut. organ postanowieniu z 3 października (roku poprzedniego - przyp. autora) na 21 dni”. I tyle, no może prawie tyle, bo warto byłoby zwrócić uwagę na datę tej decyzji, opiewającą na listopad zeszłego roku i ciekawe pouczenie, że można się od niej odwołać do Wojewody Mazowieckiego, „za pośr. tut. organu” (to cytat) w terminie 14 dni od jej otrzymania”. Ale tego szczegółu odnośnie odwołania trzymający pismo w drżących dłoniach księgarz już nie zauważył.

 

- Jezus Maria, ja się chyba powieszę, - jęknął nasz bohater. - Jak to może być, że codziennie w telewizji ględzą coś o walce z biurokracją, o tanim państwie, rządzi partia mająca w nazwie i prawo i sprawiedliwość, a tu ani prawa, ani tym bardziej sprawiedliwości. Przecież ja wszystko złożyłem, o co chodzi tym, razem, jaki upływ terminu, przecież mam postanowienie o zawieszeniu postępowania na okres do 3 lat.

 

Kolejne traumatyczne, lecz konieczne przeżycie to następna wizyta w starostwie. Na ścianach coraz więcej plakatów o podejściu frontem do interesanta, o etyce urzędniczej i plakatów takich jeszcze dziwniejszych, reklamujących IV Rzeczypospolitą.

 

Nowa, elegancko urządzona recepcja-informacja, miła uśmiechnięta panienka ubrana w schludny żakiecik i, zgodnie z aktualnymi tendencjami, spódnicę za kolana, z prawdziwą odmalowaną na twarzy przykrością informuje, że nie, niestety nie jest możliwa rozmowa z żadną z osób, których nazwiska ma na karteczce spisane nasz księgarz. Z prostego powodu, żadna z tych osób już tu nie pracuje.

- Ale proszę się nie martwić, skieruję Pana do inspektora, w gestii którego leżą sprawy Pana rejonu, tzn. skierowałabym, lecz niestety jest on na dłuższym zwolnieniu lekarskim, a więc skoro Panu się spieszy, może proszę porozmawiać z Panią, która go formalnie zastępuje.

- Bardzo pani dziękuję, - wyszeptał księgarz.

 

Równie młoda urzędniczka, pani Agata, z długimi wymalowanymi jaskrawym lakierem paznokciami, z trudem tłumiąc irytację, przez blisko 20 minut wysłuchiwała relacji o dotychczasowych perypetiach związanych z próbami załatwienia legalnego urządzenia nowej księgarni.

- Proszę Pana, przerwała w końcu, trudno mi się w tym wszystkim połapać, wiele rzeczy o których Pan mówi nie ma sensu, wydaje mi się, że mylą się Panu okoliczności, proszę mi więc powiedzieć, o co Panu tak naprawdę chodzi.

- No jakżesz o co??? - zawył księgarz, - o księgarnię, o nic więcej tylko moją cholerną księgarnię, której ciągle nie ma.

- Proszę się uspokoić, bo będę musiała wezwać ochronę. Niech Pan pokaże ten papier, który Pan trzyma w ręku, może z niego zorientuję się o co chodzi, - urzędniczka delikatnie wyjęła ze spoconej ręki księgarza ściskaną kartkę z decyzją o odmowie udzielenia pozwolenia na budowę.

- No tak, dostał Pan decyzję odmowną, bo nie uzupełnił w dokumentów do złożonego wniosku o pozwolenie na budowę. Nie widzę tu nic szczególnego, ale czemu dopiero dziś, pół roku później z tym Pan do nas przychodzi.

- Jakie pół roku, ja to dostałem w poniedziałek, dwa dni temu, - wysapał księgarz.

- No niemożliwe, jest tu data z listopada zeszłego roku.

- Jak to z listopada ????

- No z listopada, niech pan sam spojrzy.

- Ale przecież to przyszło pocztą, razem z wszystkimi innymi papierami i projektem, jaki jeszcze w styczniu zeszłego roku złożyłem u Was po pozwolenie.

- Nic Panu na to nie poradzę, gdyby przyszedł Pan w terminie, można byłoby składać odwołanie, można byłoby poprosić o przedłużenie terminu, czy wręcz zawieszenie postępowania, a tak … jest już „po herbacie”.

- No przecież mówię, że to przyszło teraz, a postępowanie to ja mam zawieszone. Sami żeście je zawiesili, z rok temu, na moją prośbę.

- Wie Pan co, ja się osobiście zajmę Pana sprawą. Obiecuję odszukać akta całej sprawy i zorientować się o co w niej chodzi i co da się zrobić. Proszę do mnie zadzwonić, tu ma Pan kartkę z numerem telefonu, w przyszłym tygodniu, to myślę, że będę mogła coś Panu powiedzieć.

- A ten Pan inspektor, co jest na zwolnieniu, może on wróci i coś w sprawie będzie wiedział.

- Powiem Panu, ale to tylko tak między nami, „że myślę, że wątpię”, on nie wie nic. Jest u nas na okresie ochronnym przed emeryturą, mógłby więc nie robić nic, ale nasza nowa szefowa zupełnie go zaszczuła, każe mu robić takie różne rzeczy. Nie, nie, nie chodziło o żaden mobbing, nic szczególnego, miał pisać pisma, ale on nie ma pojęcia o niczym, więc kazała mu w sekretariacie stemplować koperty i temperować ołówki, no to on, myk, na zwolnienia. Ostatnio przyniósł nawet od psychiatry, więc nie radzę Panu czekać na jego powrót.

 

W dniu 1 czerwca, po wręczeniu prezentów swoim dzieciom (oczywiście były to książki, co nie wzbudziło specjalnego aplauzu u ich odbiorców), udało się naszemu bohaterowi dodzwonić do pani Agaty.

- A to Pan, no sprawdziłam Pana teczkę, wszystko jest w porządku, nie mam w tej chwili czasu rozmawiać, ale proszę przyjść jutro, nie, nie jutro, bo jutro mamy dzień bez interesanta, ale pojutrze, to Panu wyjaśnię.

 

W równo 26 miesięcy i 2 dni od daty rozpoczęcia naszej historii doszło do drugiego spotkania z panią Agatą w siedzibie delegatury starostwa.

- Po naszej stronie wszystko jest w porządku, nie wiem, jakie były poprzednie zastrzeżenia, ale to Pan wyraźnie nie dotrzymał terminu na uzupełnienie braków z tego zeszłorocznego postanowienia o uzupełnieniu i myśmy nie mieli innego wyjścia, jak wydać decyzję odmowną. Do tego wprost obliguje nas art. 32 Prawa budowlanego, nie możemy czekać w nieskończoność - autorytatywnie stwierdziła pani Agata.

- Ale ja tą decyzję dostałem od Was dopiero teraz, w maju tego roku.

- Może się faktycznie przeleżała, może pokręcili coś w kancelarii, a może nie odebrał pan jej w terminie na poczcie i wróciła do nas. I wtedy wg Kpa liczy się, że jest skutecznie dostarczona. A teraz odsyłając Panu projekt budowlany dołączono ją ponownie, no bo ona w sumie jest dla Pana, u nas zostaje kopia. Niby w takiej sytuacji u nas powinna być zwrotka, a tej nie widzę, ale kto by dzisiaj doszedł jak to było naprawdę.

- Ale przecież postępowanie było zawieszone, to jaki termin 7-dniowy, o czym wy piszecie, - wyszeptał księgarz.

- No było, sam Pan mówi, było zawieszone. Ale przecież uzupełniając wniosek, pamięta Pan, wtedy jak Pan załatwił to uzgodnienie z inspekcją sanitarną, w sierpniu zeszłego roku, o tu je mam, ono zostało tym samym, na Pana wniosek podjęte ponownie. Powinien zresztą dostać Pan w tej sprawie odpowiednie postanowienie, bo tego wymaga Kpa. I procedura postępowania administracyjnego ruszyła dalej, a nowego wniosku o zwieszenie, wtedy jak potem wyszło, że brak jest pozwolenia konserwatorskiego, w październiku, już nie było. Tak więc postępowanie zostało ponownie podjęte już wtedy i Pana tegoroczny wniosek o jego wszczęcie, no ten, co go Pan złożył 29 kwietnia tego roku, był już bezprzedmiotowy. A my musimy działać wg Kpa i Prawa budowlanego, czyli wszystko jest w porządku.

- No jak w porządku, kiedy ja już jestem u skraju wytrzymałości, ja już po prostu nie mogę. Ja Was opiszę w prasie, do telewizji pójdę, do pani Jaworowicz, do ministra napiszę, do rzecznika praw obywatelskich, pójdę wszędzie, ale Was załatwię, już Wy mnie popamiętacie, - skrzekliwym dyszkantem zapiał księgarz, po czym chwycił się za serce i blady osunął na fotel.

- Może szklankę wody, - usłużnie zaoferowała się pani Agata, - niech Pan się uspokoi, złość ani pisanie skarg nic tu nie pomogą. Do jakiego ministra ? Nie wiem czy Pan wie, ale ostatnio w internecie pojawił się pomysł, podobno w ślad za Rzeczypospolitą, która z kolei cytuje tu jednego z doradców obecnego właśnie ministra (tego od edukacji - przyp. autora). Pomysł ten ma polegać na przekazywaniu listów szczególnie uciążliwych petentów, zasypujących różnego rodzaju instytucje bezsensownymi pismami, skargami, pomówieniami do prokuratury, która może z kolei wystąpić o ubezwłasnowolnienie, niewątpliwie chorego psychicznie nadawcy. Skoncentrujmy się więc na tym, jak konstruktywnie rozwiązać problem.

- A da się jeszcze? - promyczek nadziei nieśmiało zamigał w sercu naszego księgarza, który właśnie łapczywie wychylił podaną szklankę wody i chyba nawet nie zrozumiał jak doskonałym pomysłem podzielił się tu z całą bracią urzędniczą doradca ministra.

- Ano zobaczymy, jak się da to spróbujemy Panu pomóc.

- O czym Pani znowu, co się da, czy mówi pani o tym „przyspieszaczu”, do którego wysyłali mnie już w zeszłym roku.

- Nie wiem o kim Pan mówi, czy Pan coś sugeruje na temat łapówki, jeśli tak, to będę z tej rozmowy musiała sporządzić odpowiednią notatkę i przekazać komu trzeba, - nastroszyła się pani Agata.

- Nie no skądże znowu, nie śmiałbym, poprzednio też nie dałem, bo nie daję z zasady.

- To dobrze. Teraz trzeba zrobić tak. Złoży Pan nowy wniosek, od razu o wydanie pozwolenia na budowę. Całkiem od nowa, to pozwoli odciąć się od całego ogona tej tak przez Pana poplątanej sprawy.

- To ja poplątałem, czy Wy? - aż podskoczył księgarz.

- No ja do Pana życzliwie, a Pan znowu swoje, - fuknęła pani Agata.

- Nie, nie, już słucham i nie przerywam.

- Czyli składa Pan u nas nowy wniosek. Ma Pan projekt budowlany ze wszystkimi już koniecznymi uzgodnieniami i opiniami. W tym wniosku przemyca pan informację, że chodzi i o otwór w ścianie i o zmianę sposobu użytkowania lokalu, więc nasza pozytywna decyzja taką zmianę automatycznie usankcjonuje. Warunki techniczne się akurat nie zmieniły, projekt jest nadal aktualny, nie minęły nawet dwa lata od jego opracowania. Przyjmijmy, że aktualne są także wszystkie jego uzgodnienia, nie jestem oczywiście pewna, czy od ich czasu wydania do dziś coś się w przepisach Inspekcji Sanitarnej, PIP-u i WKZ -tu nie zmieniło i czy dzisiaj daliby Panu te uzgodnienia, ale nie będziemy już tego pewnie drążyć. Stare zaświadczenia z izby złożone przez projektantów też będziemy honorować, wszak ustawa mówi o ich ważności na dzień opracowania projektu, a nie na dzień składania wniosku, - płynnie dyktowała ścieżkę postępowania pani Agata.

- Aha, niech Pan tylko złoży nowe oświadczenie o prawie dysponowania nieruchomością na cele budowlane, bo to zeszłoroczne jest już trochę za stare, i to właściwie wszystko. No i niech Pan się pośpieszy, ja za półtora miesiąca idę na urlop, jeśli Pan to złoży teraz to sprawa trafi do mnie i ja to załatwię. Bo ja wiem już o co w niej chodzi. A jak się Pan opóźni, to może być bardzo źle.

- Co jeszcze może być źle, przecież mówi pani, że te wszystkie papiery są w porządku.

- Proszę Pana, papiery to decydowały kiedyś, teraz decydują ludzie. Już nawet towarzysz Lenin mówił, że kadry (ludzkie) są wszystkim. Jeśli np. szefowa pozbędzie się w końcu naszego psychicznego, to będzie wolny etat. Kogoś więc przyjmą, jak znajdą za te pieniądze co tu oferują. No i temu nowemu dadzą pański rejon. I on na początku w ogóle nie będzie wiedział o co chodzi, i może zwrócić uwagę na daty z projektu, uzgodnień, brak decyzji o warunkach zabudowy. I na wszelki wypadek zażąda wyjaśnień, aktualizacji, itd. A to potrwa. Albo wyrzucą szefową. I wtedy psychiczny wróci. Jak Pana sprawa trafi do niego, to tak jakby trafiła w kosmiczną czarną dziurę, pyk, i nie ma, anihilacja.

- Boże, jak ja się pani odwdzięczę? - zbielałymi ustami wyszeptał księgarz.

- Nie ma sprawy, przecież my po to jesteśmy, aby ludziom pomagać. No niech Pan już idzie i załatwia nowy wniosek, byle szybko, - zakończyła posłuchanie pani Agata.

 

Właściwie nie było tu nic do załatwiania, wystarczyło złożyć papiery w starostwie wraz z nowym wnioskiem o pozwolenie na budowę. Stało się to pod koniec czerwca, czyli jeszcze przed upływem 27 miesiąca załatwiania sprawy zmiany sposobu użytkowania (z baru i sklepu rybnego na księgarnię - to dla tych, którzy już zapomnieli o co w całej sprawie chodzi).

I kiedy się już wydawało, że wreszcie słońce zaświeciło nad skołataną głową księgarza, jak grom z jasnego nieba wyrósł nowy problem. Wyrósł, całkiem niespodziewanie tam, gdzie go do tej pory nie było, czyli we wspólnocie, z którą blisko dwa i pół roku temu, w tak sympatycznej atmosferze, podpisana została umowa najmu opuszczonych pomieszczeń parteru i piwnic.

 

Nowy przewodniczący wspólnoty wyjechał gdzieś służbowo za granicę na kilka miesięcy, a zastępujący go również nowy (tylko w sensie stanowiska, bo bardzo już wiekowy i przygłuchy) wiceprzewodniczący oraz kolejny, też nowy, już trzeci w naszej historii zarządca nieruchomości, do których udał się nasz księgarz z informacją, że już niedługo skończy się procedura załatwiania spraw związanych z urządzaniem księgarni, zaskoczyli go zupełnie.

- Owszem, - stwierdzili księgarzowi, - ma Pan podpisaną z nami umowę najmu i płaci pan czynsz w terminie, ale stawka tego czynszu jest śmiesznie niska, lokal stoi pusty już trzeci rok i niszczeje. Świadczy to o pańskim lekceważeniu naszej własności albo, jeśli prawdą jest to, co pan opowiada o trudnościach w urzędach, o kompletnej indolencji w załatwianiu spraw. Mamy wielu chętnych, którzy interesują się wynajęciem tego lokalu i obiecują znacznie większe pieniądze za wynajem, niż te grosze, które nam Pan płaci. Pieniądze są dla nas bardzo istotne, wiem pan przecież w jakim stanie technicznym jest cały nasz budynek i jakie mamy potrzeby remontowe. Ostatni roczny przegląd okresowy, zrobiony przez wynajętego specjalistę zakończył się skandalem, ten łobuz napisał na nas donos do nadzoru budowlanego. Co za swołocz, my mu zapłaciliśmy, a on donos, jeszcze coś gadał, że mu przykro, że musi, że ustawa go zmusza, że odpowiedzialność zawodowa, że kara grzywny. Bydle i tyle.
No i nadzór przyszedł, spisał protokół i mają wydać postanowienie. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że zobowiążą nas do wykonania szczegółowej ekspertyzy całego budynku. I kto za to zapłaci?
I dlatego, chociaż minęła dopiero połowa okresu wynajmu wg naszej umowy, musimy tę sprawę postawić na walnym zebraniu mieszkańców. Zwołamy je niedługo, zaraz po wakacjach, pewnie na początku października.

- Jak to po wakacjach, przecież dopiero kończy się czerwiec, ja za chwilę dostanę pozwolenie na budowę, pani Agata obiecała, że zanim pójdzie na urlop … - usiłował tłumaczyć nasz księgarz.

- A kto to jest pani Agata i co ona nas obchodzi?, - zapytał rezolutnie nowy zarządca.

- Jak mi nie dacie wejść z robotami, to ja przestanę Wam płacić.

- Świetny pomysł, to by nam pozwoliło rozwiązać z Panem umowę, za czym, nawet jak pan będzie płacił, my obaj będziemy zdecydowanie optować na zebraniu mieszkańców. Może więc Pan wybrać, a my tymczasem, jako zarząd wspólnoty, podjedliśmy już pewne kroki, wymienione są np. kłódki na drzwiach do obu naszych lokali i tym po barze i po sklepie. I niech Panu nie przyjdzie do głowy je zerwać, bo wówczas będziemy musieli zawiadomić policję o próbie włamania.

 

W połowie sierpnia poczta przyniosła list polecony. Z zawartością w postaci decyzji zatwierdzającej projekt budowlany i udzielającej pozwolenia na budowę. Pani Agata dotrzymała więc słowa.

CZYLI ZWYCIĘSTWO !!!

Ale czy aby na pewno nie pyrrusowe?

 

Bo przecież na dole pisma figurowało pouczenie, że decyzja ta musi się uprawomocnić, a strony postępowania mogą od niej złożyć odwołanie w terminie 14 dni od dnia otrzymania. Niby jedyną stroną obok naszego księgarza była Wspólnota, ale w świetle ostatniego spotkania i nowych kłódek ….

 

I faktycznie poszło odwołanie. Od wspólnoty. Doniosła ona, iż podjęła czynności prawne prowadzące do rozwiązania umowy najmu i tym samym uprzejmie informuje, że osoba księgarza nie dysponuje obecnie prawem do dysponowania nieruchomością, w postaci przedmiotowego budynku, na cele budowlane. Co prawda nie można mówić, że oświadczenie jakie księgarz złożył w starostwie wraz z wnioskiem o pozwolenie na budowę jest fałszywe i zagrożone odpowiedzialnością karną, ale rozwiązanie umowy jest niemal pewne, druga jej strona nie dotrzymała bowiem podstawowych jej warunków, tj. nie dokonała adaptacji lokalu do jakiej ta umowa ją zobowiązywała i nie zapłaciła dwóch kolejnych opłat czynszowych.

Odwołanie podpisane przez zarządcę nieruchomości, z załączonym notarialnym pełnomocnictwem do reprezentowania wspólnoty w tej sprawie.

Boże, jak to, płacę co miesiąc parę tysięcy złotych, co oni tu piszą, - gorączkowo myślał księgarz dzwoniąc do zarządcy nieruchomości. Dodzwonił się, …, do automatycznej sekretarki, informującej miłym głosem o pobycie na zagranicznym urlopie i proszącej o telefon za dwa tygodnie. Żadnych informacji nie chciał także udzielić przez telefon zastępca przewodniczącego wspólnoty, zasłaniając się argumentami, że całkowicie wycofał się ze sprawy, że nie ma przewodniczącego, że wszelkie pełnomocnictwa odnośnie tej sprawy zarząd wspólnoty przekazał na ostatnim przedwakacyjnym posiedzeniu w ręce zarządcy nieruchomości. I że wszystko wyjaśni się w październiku, na kolejnym spotkaniu wspólnoty.

 

Spotkanie z zarządcą nieruchomości, do którego jednak udało się doprowadzić w pierwszych dniach września było szokiem.

- Tak, tu są dokumenty, że Pan przestał opłacać czynsz, nie wpłynęły dwie kolejne raty, co zgodnie z odpowiednim punktem umowy najmu upoważnia nas do rozwiązania umowy z pańskiej winy, - z uśmiechem godnym widzianego ostatnio w telewizji przewodniczącego komisji śledczej stwierdził zarządca.

- Jak to nie płacę, przecież co miesiąc składam w banku polecenie przelewu na wasze konto należności wynikającej z umowy, - zaperzył się księgarz.

- To możliwe, ale czy nie zauważył Pan, że od pewnego czasu te pieniądze wracają do Pana z powrotem na konto, uśmieszek zarządcy stał się jeszcze bardziej diaboliczny.

- Jak to wracają?

- Ano wracają, bo zmieniliśmy bank i numer konta, - od ucha do ucha uśmiechnął się zarządca

- I co, nie powiadomiliście mnie o tym?

- A gdzie Pan ma w umowie, że mamy obowiązek to zrobić? Jest tylko, że ma Pan wpłacać na nasze konto, a jak zaległości sięgną dwóch rat czynszu, to mamy podstawę rozwiązać umowę, bez wezwania do uregulowania zaległości. Czyżby nie zwrócił Pan uwagi na ten zapis, szkoda, umowy trzeba czytać dokładnie. Nie ma więc o czym dalej gadać, - zakończył rozmowę zarządca.

 

Wizyta naszego księgarza w miejscowym zespole adwokackim nie kosztowała wiele, zaledwie 400 zł. Gorzej, że jej rezultaty też okazały się niewielkie. Sympatyczny młody prawnik po wysłuchaniu całej historii dotyczącej umowy najmu lokali (tylko tej, słuchania o załatwianiu zgłoszeń i pozwoleń w urzędach grzecznie odmówił, twierdząc, że to nie wnosi nic do sprawy) dał co prawda nadzieję wygrania sprawy sądowej z powództwa cywilnego przeciwko wspólnocie, lecz lojalnie uprzedził, że może to potrwać. Nawet lat kilka, a i 100% pewności wygranej też, rzecz jasna, nie ma, choć, oczywiście, będziemy walczyć.

 

Wieczorna narada rodzinna w domu księgarza, w atmosferze określanej jako grobowa, dała rezultaty nieco konkretniejsze.

 

 

Koniec, po prostu koniec z całą sprawą; nie będzie już ani księgarni, ani pozwu do sądu; już wystarczy; dość topienia pieniędzy i bojów, które jedynie mogą doprowadzić do zakładu dla nerwowo chorych.

- Kończymy całą zabawę, - zawyrokowała żona, - musisz o tym jak najszybciej zapomnieć. Aby Ci w tym pomóc, na początek listopada załatwiłam nam wyjazd na Margueritę na całe dwa tygodnie. Akurat była promocja, złota plaża, palmy, formuła all inclusiv, zrobię wszystko abyś o tym wszystkim już więcej nie myślał.

W oczach księgarza zabłysły łzy. Rozpaczy ?, Wdzięczności?, Miłości?. A może tylko zwykłego rozrzewnienia? Tego się już jednak nie dowiemy.

 

 

*

 

Ale przecież nie można tak skończyć całego naszego 5-odcinkowego cyklu o księgarnianych perypetiach. Nadeszła pora na odpowiedź dla najcierpliwszych z Państwa, którzy śledzili kolejne odcinki epopei „Zmiana sposobu użytkowania - czy to „w ogóle idzie załatwić”:

 

Oczywiście, że „idzie” załatwić, przecież ta sprawa jest tego najlepszym dowodem. Jeśli tylko wykaże się trochę zaangażowania i determinacji. A także troszeczkę cierpliwości (tak ze 29 miesięcy, dla porównania - to niewiele więcej niż trwa ciąża u słonia) i zaangażuje trochę pieniędzy. Coś tak ok. 190.000 zł na czynsz za nieużytkowany lokal, inwentaryzacje, ekspertyzy rzeczoznawców, opinie, projekty, pieczątki, kawę i ciasta w trakcie spotkań, znaczki skarbowe do podań, adwokatów, rozmowy telefoniczne, itd. Nie bądźmy małostkowi i nie liczmy już kosztów benzyny, amortyzacji samochodu, tuszu i papieru komputerowego ani też pościeranych fleków przy butach.

 

A że nie udało się uruchomić księgarni. No cóż, to już tylko szczegół i po prostu pech. Przecież nie musiało się tak zdarzyć, że akurat ten lokal wpadł w oko siostrze aktualnego zarządcy nieruchomości, na tyle, że postanowiła go wynająć.

 

Ale o tym, że wszystko zależy od ludzi, też już było.

 

A, że cała historia skończyła się źle i smutno. No cóż, tylko w schematycznych amerykańskich filmach wszystko zawsze kończy się dobrze. Nawet w tych katastroficznych, gdzie wydaje się to całkowicie niemożliwe.