Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Za ile ? ...

Nieustająca walka o przetrwanie towarzyszy nam w całym życiu od zarania dziejów. Trudno się od niej uwolnić, chociaż na przestrzeni czasu zmieniały się narzędzia i sposoby tej walki. To, kto w niej zwycięży w praktyce zależy bowiem od wielu czynników i o ile w czasach prehistorycznych liczyła się głównie siła fizyczna, a dopiero w dalszej kolejności głowa i to co ona może wymyślić, to wraz z postępem technologicznym sprawne wykorzystanie zdolności intelektualnych coraz częściej skutecznie wygrywa z tzw. rozwiązaniami siłowymi. Nie chodzi w tym miejscu o skrajne przypadki dyktatur, czy tym podobne rozwiązania ekstremalne, lecz o zachowania cywilizowane, akceptowane przez ogół społeczeństw. I właśnie w tym tkwi sedno.

 

 

W cywilizowanym świecie staczamy bowiem codzienne walki, albo jak kto woli potyczki, by nie tylko przeżyć, ale również by nie ustawać w dążeniu do ciągłego rozwoju, by nie odstawać od grupy ludzi wśród których przyszło nam funkcjonować. To, co nierozłącznie kojarzy się z rozwojem, to oczywiście polepszanie swoich warunków bytowych i materialnych, czyli wszystko co daje odpowiednie przełożenie na kwestie finansowe. Przy ciągłej, olbrzymiej i wciąż rosnącej konkurencji coraz trudniej wyobrazić sobie, by utrzymać odpowiednio wysoki poziom bez ponoszenia często wręcz niebotycznych nakładów finansowych. Czyli krótko mówiąc – bez odpowiednio dużych środków finansowych będziemy niestety praktycznie dreptać w miejscu, czyli wegetować. Przenosząc to już bardziej konkretnie na naszą działkę budowlaną – należy pamiętać przy tym, aby inwestować nie tylko w sprzęt techniczny potrzebny na budowie, czy w biurze, ale również, a może przede wszystkim w pracowników. Nie od dziś wiadomo, że odpowiednio opłacony pracownik fizyczny, ale oczywiście i biurowy, bardziej przykłada się do wykonywanej pracy, a tym samym zwiększa zyski firmy. Obciążenia firmy z tytułu zatrudniania pracowników, odpowiedniego wyposażenia biura, parku maszynowego itp. są całkiem spore i aby to wszystko finansowo udźwignąć trzeba nieźle się nagimnastykować. A nie mówię tu oczywiście o pobycie na siłowni, lecz o wysiłku jaki fundujemy szarym komórkom.

 

Jak w takim razie podejść do tego zagadnienia, aby zadowolić wszystkich uczestników procesu inwestycyjnego? Niektórzy mówią, że zadowolić wszystkich się nie da i jest w tym niestety dużo prawdy. Można jednak tak zadziałać, by nikomu nie stała się krzywda. W procesie inwestycyjnym biorą udział przede wszystkim dwie strony – inwestor i wykonawca. Tutaj sprawa jest w miarę prosta – inwestor chce mieć inwestycję wykonaną dobrze, sprawnie i tanio. Wykonawcy również zależy na czasie, bo przecież czekają kolejne zlecenia, lecz co do „taniości” to na pewno z inwestorem się nie zgodzi. Niestety jakością niektórzy wykonawcy również nie grzeszą. Nie należy jednak zapominać, że jest jeszcze w tym wszystkim trzecia siła – pracownicy zatrudniani przez wykonawcę. Bez nich trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek większą inwestycję, no może poza pomalowaniem pokoju. To właśnie ci szeregowi pracownicy stanowią o sukcesie inwestycji – wielu z nas wie doskonale, jak trzeba ich nieustannie pilnować i uważać, by czegoś przez przypadek nie przeoczyli. Jednak jak wykazuje praktyka, dobrze opłacane brygady nie muszą wcale czuć nad sobą bata, by samodzielnie porządnie wykonać powierzone im dzieło.

 

I tu nasuwa się proste pytanie: jaka jest w tym całym zgiełku rola kosztorysanta?

Śmiem twierdzić, że bardzo duża, bowiem to kosztorysant jest tym pierwszym ogniwem, które wie ile będzie kosztować inwestycja, jak długo będzie trwała i jakich można spodziewać się zysków. To kosztorysant na podstawie przeprowadzonej kalkulacji (w oparciu o stosowne normatywy zużycia materiałów, czasy pracy sprzętu, ceny ww.) ma jasny obraz, czy można podjąć się wykonania inwestycji własnymi siłami, czy trzeba posiłkować się podwykonawcami, czy może lepiej całkowicie odpuścić sobie zlecenie, jako dla nas niewykonalne, czy nieopłacalne i... poszukać innego. Z punktu widzenia inwestora daje informację, czy wystarczy środków na przeprowadzenie inwestycji, czy trzeba będzie zaciągnąć kredyt. O ile zgromadzenie informacji odnośnie cen materiałów, najmie sprzętu nie przysparza większych problemów, to już kwestia ustalenia stawki r-g, narzutów kosztów pośrednich i zysku nie jest taka prosta, a przecież w wielu przypadkach decyduje o sukcesie lub porażce inwestora, wykonawcy i jego pracowników.

 

Duże firmy posiadają oczywiście całe zaplecze logistyczne zajmujące się gromadzeniem wszelkich informacji o kosztach jakie ponosi firma. Następnie takie dane przetwarza się tak, by otrzymać składniki kosztowe roboczogodziny i pozostałych narzutów. Przy czym do informacji zewnętrznej, do oferty w przeważającej większości przypadków podawana jest już tylko końcowa stawka r-g, zawierająca wszelkie narzuty. Nikt nie bawi się bowiem w podawanie narzutu kosztów pośrednich, czy zysku.

 

Chcąc być w zgodzie z zasadami kalkulacji kosztorysowej, firmy wyszczególniają narzuty kosztów i stawkę robocizny, co oczywiście po odpowiednim przemnożeniu daje ostatecznie stawkę r-g brutto. Jedyne czemu to służy, zdaje się być zasada, by nie denerwować inwestora zbyt dużą stawką robocizny. Przecież, niezależnie czy zastosujemy niską stawkę i duże narzuty, czy wysoką stawkę przy niskich narzutach, w ostatecznym rozrachunku otrzymujemy to samo. A w końcu zastanówmy się, czy inwestora powinny interesować nasze koszty? Uważam, że nie. Ale w takim razie – co w przypadku mniejszych, czy wręcz małych firm? One najczęściej, albo mają własną „metodę” kalkulacji stawki (bywa, że z sufitu), albo też korzystają z dostępnych na rynku publikacji kosztorysowych, z których mogą wybrać stawkę i narzuty odpowiednie dla swojej branży, województwa, miasta. Jest to też często niezły chwyt pod adresem inwestorów, którzy również chętnie posiłkują się tego typu wydawnictwami w swoich kalkulacjach.

 

Tak jest więc przynajmniej w moim przypadku, a z doświadczenia wiem, że wielu kolegów po fachu również tak postępuje, iż ostateczny wynik kosztorysu otrzymujemy po końcowym dobraniu stawki r-g i narzutów. Przy dobrze sporządzonym kosztorysie, w którym uwzględniono wszystkie prace do wykonania, a także odpowiednio dobrano normatywy i wstawiono ceny materiałów i sprzętu, wciąż możemy wpłynąć na końcowy wynik delikatnie regulując cenę stawką r-g i narzutami.

 

Obecny rok (a także częściowo poprzedni) pokazuje, że wykonawcy mogą sobie pozwolić na „regulacje” w górę i to często bardzo mocno, gdyż popyt na roboty ogólnobudowlane jest bardzo duży, a o prawdziwych fachowców naprawdę trudno. I tu pojawia się kolejna kwestia dotycząca stawki robocizny, tym razem jednak stawki dla szeregowego – dobrego fachowca. Czy naprawdę są oni już na wymarciu? Praca w budownictwie nie należy do łatwych i super przyjemnych, dlatego trudno uznać, żeby satysfakcja z dobrze wykonanej pracy (efekt wizualny) była dla takiego fachowca wystarczającą motywacją. Nie da się ukryć, że kwestie finansowe są równie ważne, a może i jeszcze ważniejsze. Stąd też super fachowcy często tworzą brygady dwu- trzyosobowe i przysłowiowo chodzą od domu do domu realizując niewielkie zlecenia za niezłą kasę, a decydują się na pracę dla większych firm tylko w ostateczności, w przypadku wielkiej nędzy, której w obecnej sytuacji na rynku budowlanym prawdziwy fachowiec na pewno jeszcze długo cierpieć nie będzie. Nie chcą być tymi ostatnimi w kolejce do okienka kasowego... i trudno się dziwić, po co komuś nabijać kabzę, jak można po prostu zadbać o siebie. Te ostanie półtora roku pokazuje, że pracodawcy mocno muszą się nieźle sprężać, by przyciągnąć i co jeszcze trudniejsze, zatrzymać sprawdzoną kadrę. Toteż stawki robocizny dla pracowników rosną. Ponieważ w przyrodzie nic nie ginie, a z pustego i Salomon nie naleje, odbywa się to bądź kosztem obniżenia zysków firmy (mniej chętnie), bądź podwyższeniem kosztów inwestycji (z tym pracodawcy łatwiej się pogodzić). To z kolei, delikatnie mówiąc, nie podoba się inwestorom. Ostatecznie może się okazać, że inwestor będzie wolał wygrzewać się w ciepłych krajach odcinając kupony od tego co już ma, aniżeli porywać się na realizację inwestycji, która może się zwróci, a może nie. Nie bądźmy jednak takimi pesymistami. Jak do tej pory wszyscy sobie lepiej, czy ciut gorzej dawaliśmy radę i miejmy nadzieję, że i tak dalej będzie. W końcu mieszkać gdzieś trzeba, budować drogi też, a może ostatecznie pozostaną już tylko remonty, ale mimo wszystko i tak cała ta nasza budowlana karuzela będzie się kręcić, czasem szybciej, a czasem wolniej.

 

Aby to wszystko nie było tylko suchym wykładem, na zakończenie, zamieszczam dla prześledzenia i ewentualnego odnalezienia się w tym zamieszaniu, wykres przedstawiający stawki r-g kosztorysowej na przełomie ostatnich kilku lat (oparte na wydawnictwach poznańskiego ORGBUDU).

 

 

Dla porównania, żeby nie wydawało się iż nie śledzę tego co dzieje się w internecie - już za pośrednictwem strony firmy Athenasoft, gdzie zawsze można coś ciekawego wyczytać - dołączę jedno zdanie porozumienia jakie zawarli pracobiorcy i pracodawcy budownictwa i nieruchomości w Polsce. Myślę, że niejednego budowlańca w kontekście tego, co napisałem wcześniej, ta informacja zainteresuje. Przyjęli oni bowiem jako uzasadnioną i racjonalną, z punktu widzenia interesów pracodawców i pracobiorców, minimalną stawkę kalkulacyjną wynagrodzenia w budownictwie dla robót budowlano-montażowych realizowanych w Polsce w 2006 roku w wysokości (uwaga!) 7,87 zł/r-g.

Jednocześnie, jeśli ktoś śledził wydawnictwa ww. Orgbudu przez cały 2006 rok, bez problemu przypomni sobie, że minimalna stawka kosztorysowa roboczogodziny utrzymywała się cały czas na poziomie 6,50 zł/r-g. Wynika z tego więc jasno, że umowy umowami, a życie życiem. Wszyscy zdajemy sobie jednak sprawę, że za minimalną stawkę w tym zawodzie to już nawet uczniowie nie chcą pracować, dlatego też by pokryć różnicę pomiędzy stawką przyjętą do kosztorysu, a rzeczywiście wypłacaną pracodawcy muszą poszukać innych funduszy. Tylko gdzie takie znaleźć? Jeśli ktoś spodziewa się jakiś rewolucyjnych wniosków – od razu rozczaruję, bowiem nic odkrywczego nie napiszę w tym miejscu. Oszczędności jakie kosztorysanci są w stanie wygospodarować pochodzą najczęściej z rabatów, których udzielają producenci, bądź też hurtownie budowlane na produkowane i sprzedawane przez nich materiały. W takim przypadku nierzadko przyjmujemy do kosztorysu publikowane ceny średnie, bądź tylko nieco niższe od średnich. Drugi, równie często spotykany sposób oszczędzania, to zawyżone normatywy w kosztorysie. Coraz częściej z kolei już na etapie wykonawstwa mamy do czynienia z niezgodnym z technologią wykonaniem roboty, co oczywiście skutkuje obniżeniem jakości.

I tu powstaje pytanie, które jest tak oczywiste, że aż dziw bierze, iż dotąd nikt się tym poważnie nie zajął: dlaczego wciąż stosuje się niższą stawkę w kosztorysie? Wydaje się to być pozostałością jeszcze nie tak dawnych czasów, gdy „na maxa” trzeba było kombinować, by zdobyć inwestora. A co było najprostszym wabikiem? Oczywiście jak najniższa niska stawka robocizny.

Czasy się zmieniły... Teraz inwestor coraz bardziej docenia niekoniecznie tych wykonawców, którzy chwalą się za jaką to niską stawkę mogą wykonać super pracę, tylko tych, którzy za solidną pracę chcą adekwatnej płacy, nie uciekając się przy tym do jakiś nieuczciwych kombinacji.

Może więc czas zmienić też mentalność osób wykonujących kosztorysy?