Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Normatywy stare jak świat

Dobrze jest czasem zajrzeć do starych podręczników budowlanych, zwłaszcza ostatnio. Naglony zasłyszanymi opiniami w sprawie rzekomej konieczności zmiany naszej metodologii kosztorysowania, nazywanej od lat kalkulacją kosztorysową klasyczną, spróbowałem sprawdzić, czy nasi przodkowie kosztorysowali inaczej niż my dzisiaj. Czy było im łatwiej, czy trudniej? No, na pewno nie mieli komputerów, a poczciwy arytmometr na korbkę, posiadały tylko duże firmy. Jednak wydaje mi się, że instrumentarium normatywne mieli trochę lepsze, bo ujawniające zdobyte doświadczenia. Niestety, nie wszystko daje się obliczyć. Czasem trzeba poobserwować i spostrzeżenia zanotować. A spostrzeżenie, zwłaszcza trafne, też się może stać normatywem! Bo przecież cała nasza, z przeproszeniem, „makulatura sejmowa” to też normatywy, tyle że często i niestety nietrafne.

Posiadam dwa stare podręczniki, obydwa uratowane w składzie makulatury.
Pierwszy, najstarszy, to wydany w 1922r. nakładem Księgarni Polskiej B. Połonieckiego we Lwowie i Warszawie, autorstwa inż. W. Skwarczyńskiego zatytułowany „Podręcznik budowlany z analizą cen”.
A drugi, to „Analiza robót budowlanych” z podtytułem ”Podstawy analityczne robót budowlanych” jako przedruk z wydawnictwa Min.Spraw Wewnętrznych z 1938r. dokonany w 1947r. przez Wydawnictwo - Skład Główny Trzaska, Evert i Michalski. Dodatkowo dopisano Eugeniusz Kuchan, ale trudno dziś ustalić, jaką rolę pełnił ten ktoś. Bo był to czas, kiedy jeszcze nie było normatywów, użyjmy określenia „Polsko-Ludowych”.
Młodych informuję, że rok później, czyli w 1948 roku, wszystkie prywatne firmy z wydawnictwami włącznie skutecznie zniszczono.

Gdyby ktoś zapytał, czy warto takie starutkie woluminy ze śmietnika ratować, odpowiadam - warto, po trzykroć warto. A warto do tego stopnia, że ostatnio wybuliłem dla jednej z tych staroci ciężko zarobione 70 zł, na solidną oprawę introligatorską ze złotym, wytłaczanym tytułem.
No bo obydwa podręczniki w minionym okresie wielokrotnie zarobiły, nie tylko na solidną oprawę, ale przede wszystkim na poszanowanie. Bo są to dzieła dla kosztorysanta wręcz bezcenne, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy przychodzi potrzeba wycenić robotę, której trudno szukać we współczesnych już chyba ponad trzystu „kaenerach”. Jak Athena się zgodzi na drukowanie pewnych, ciekawych normatywnych staroci, to będę mógł co jakiś czas, w kolejnych „budujachzgłową” niektóre ciekawostki publikować.
Bo bogatych coraz więcej, a ci lubią sprawiać sobie pałacyki przyozdabiane tym, dla czego próżno szukać normatywów kosztorysowych we współczesnych katalogach.

A dla zachęty - mały drobiazg na początek.

Przed laty przybiegł do mego biura pewien przedsiębiorca budowlany, który, że się tak wyrażę, przedstawił następujący problem:

– Mam postawić rusztowanie drabinowe dla plastyka. Ile mam wziąć za jego wybudowanie i rozbiórkę to wiem. Ale szelma mnie poinformował, że pracę na tym rusztowaniu będzie wykonywał przez co najmniej trzy miesiące, a może i cztery?! Więc niech będzie cztery. Dlatego pytam pana, jak wykalkulować cenę za czteromiesięczny okres najmu tego rusztowania?

 

Oczywiście, nie odpowiedziałem klientowi od razu, tylko poprosiłem o dwa dni do zastanowienia się nad problemem. Rzekłem krótko: - proszę przyjść pojutrze! No, może miałem niby prosty wykręt, stosowany przez wielu, a zwany wykrętem eksperckim, - czyli odrzec klientowi - cena umowna i basta. Nie lubię takich wykrętów, ponieważ uważam, że każda cena powinna znajdować jakieś logiczne, kalkulacyjne uzasadnienie.
No, jest pewien wyjątek od rzeczonej wyżej chwalebnej reguły, której się staram przestrzegać. A jest nią moja stereotypowa odpowiedź, której udzielam kolegom po fachu na pytanie - ile bierzesz za kosztorys?!
Odpowiadam krótko - po prostu wystawiam głowę za okno i sprawdzam, jakiej marki samochodem klient przyjechał!
Cenę mojej pracy, ustalam adekwatną do marki samochodu. Bo dobrze wiem, że klienta, zwłaszcza bardzo zamożnego, nie wolno obrazić rażąco niską ceną. Ponieważ ci dżentelmeni uwielbiają markowe, czyli idiotycznie drogie wyroby.

Ale wracajmy do naszego rusztowania.

Po wyjściu klienta, oczywiście odruchowo sięgnąłem do wiadomego „kaeneru” w nadziei, że tam coś znajdę. Wiemy którego, tego numer dwa; a w tymże do rozdziału rusztowania. W założeniach szczegółowych, nie znalazłem ani słowa w interesującej mnie sprawie. Ale zaraz, zaraz. Przecież można zajrzeć do odpowiedniej tablicy. Więc zajrzałem do tablicy 1603 kol.07. Hurrra! Wszystko jasne. Mamy podane drewno w postaci ułamka. To jak sobie podzielę mianownik przez licznik, to się dowiem ile razy takie rusztowanie będzie można postawić, a następnie rozebrać. Więc mam chyba jakiś punkt zaczepienia? Jaki to element jest w rusztowaniu drabinowym najważniejszy? Wiadomo, że drabina. To spróbowałem:

 

0,583 m/m2 : 0,0111 m/m2 = 52,52

 

Co?! Uzyskany wynik świadczy dowodnie, że każdą drabinę mogę montować na ścianie i demontować prawie 53 razy! I to niezależnie od częstotliwości jej użytkowania. Chyba nie jest to możliwe. Bo drewno, z którego wykonano drabiny, przecież się zużywa w sposób, że tak powiem naturalny. Nawet, gdyby było przechowywane w klimatyzowanym salonie. Zresztą podobnie, jak my ludzie. Wiem coś na ten temat, bo mam swoje lata.
Oj, pomyślałem sobie, chyba na tym „kaenerze” daleko nie zajadę! Z tej wiedzy, żadnego algorytmu do niezbędnej, zamówionej przez klienta kalkulacji, nie ułożę. A tu czas ucieka, jutro przychodzi klient, bo skutkiem moich kiepskich poszukiwań rozwiązania z pojutrza zrobiło się jutro.

Raptem przypomniałem sobie o przedwojennej „Analizie robót”. Może tam coś na ten temat znajdę, bo w tamtych dawnych trudnych czasach ludzie rozsądnie wydawali pieniądze. Z większą ostrożnością niż dziś. Zwłaszcza, że nie było telewizji zachęcającej do brania kolejnego kredytu na spłatę poprzedniego, czyli czwartego niespłaconego kredytu.

I proszę bardzo, znalazłem i niżej publikuję. Może się Szanownym Czytelnikom taka informacja przyda.
W punkcie 1218 „Analizy robót budowlanych” napisano, że (cyt.):

 

„Koszt wynajęcia 1 m2 rusztowania drabinkowego, tzw. wiedeńskiego wraz z dostawą, ustawieniem i rozebraniem i odwiezieniem wynosi: za pierwsze 2 tygodnie 20% wartości rusztowania, za trzeci tydzień 6% tej wartości, natomiast za czwarty i następne po 4%.”

 

Viwat wiedza empiryczna!, no bo chyba tylko tą drogą uzyskali ją autorzy „Analizy”.
Mając takie informacje, mogłem przedsiębiorcy udzielić stosownej porady, a nawet obliczyć cenę, jakiej powinien od pana artysty malarza zażądać.

Niestety muszę się przyznać, że do dziś nie wiem, czy można to uznać za uzasadnione, iż wartość drabiny (wśród materiału rusztowaniowego wliczona w cenę najmu) to, jak nas informują dzisiejsze normatywy KNR, tylko 1/53 część jej faktycznej wartości?!

Ale o licznikach i mianownikach w drewnie usługowym, pogadamy sobie innym razem.

Natomiast, kto ciekawy, ile kosztuje przyjemność zamówiona przez artystę przez cztery miesiące, niech sobie sam policzy! Oczywiście w oparciu o normatywy współczesne i to co z „Analizy” pobrałem i podałem wyżej.
A ten klient, od rusztowania, przyszedł do mego biura piechotą, więc nie zarobiłem zbyt wiele. Czyżby wieść się rozniosła po mieście?