Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Zawodowcy

Nadchodzi chyba w każdym zawodzie taki moment, że zaczynamy wątpić w to co robimy i czy robimy to prawidłowo. To znaczy na skutek różnych negatywnych zdarzeń dochodzimy do wniosku, że może należałoby zmienić zawód i zająć się czymś zupełnie innym, wyrwać się ze środowiska i rozpocząć wszystko od nowa. Jednak po kolei. Otóż, po okresie gdy oferenci przystępujący do przetargu mieli względnie zapewnioną wygraną, jak nie na pierwszym, to na kolejnym przetargu, obecnie spotykamy się z sytuacją, iż coraz trudniej o wygranie takowego. A nawet jeżeli uda się wygrać, to mamy do czynienia z sytuacją licznych odwołań i protestów. Dochodzi do tego, że do obalenia przetargu i wyeliminowania konkurencji zatrudnionych jest więcej osób aniżeli do sporządzenia oferty.
Całkiem nie tak dawno spotkałem się w sytuacją, że w ponad pięćset-pozycyjnym kosztorysie znaleziono jeden błąd – pomyłkę w obmiarze, raptem o 0,6 m2 (!). Jakaż to wielka pomyłka ? – ktoś zapyta. Wychodzi na to, że z punktu widzenia kontrkandydatów jest ona niedopuszczalna i stanowiąca podstawę do odrzucenia oferty (co też się stało), z drugiej zaś strony to pewnie mniej niż promil wartości całej inwestycji. To jednak okazało się nieistotne, bowiem w specyfikacji warunków zamówienia miała być pełna zgodność oferty z zapisem formularza ofertowego, a tu nie było[1].

Oczywiście to nie jedyny sposób by odpowiednio wyeliminować konkurencję. Oprócz kwestii przedmiarowych, drugim najczęstszym powodem odrzucenia oferty z powodu złego jej sporządzenia, jest niezgodność zapisu symboliki użytych Katalogów Nakładów Rzeczowych. Przy kilkudziesięciu dostępnych na rynku programach kosztorysowych i kilkuset katalogach w nich zawartych, nie licząc najróżniejszych katalogów własnych, nietrudno sobie wyobrazić, jak łatwo o różnice w zapisie symboliki, czy opisie robót. Mamy sytuację taką, że po wydrukowaniu oferty przez kosztorysanta szefostwo firmy bierze kogo się tylko da do sprawdzania literka po literce zgodności zapisu oferty z formularzem dostarczonym przez inwestora. Przestaje też dziwić fakt, że firmy, które do tej pory zlecały przygotowanie oferty „na zewnątrz”, teraz - wobec braku zwycięstw w przetargach - samodzielnie wkraczają na pole minowe zwane kosztorysowaniem ze skutkiem łatwym do przewidzenia. Każdy kto kosztorysuje po kilka, kilkanaście lat i ma za sobą sporządzone najróżniejsze wyceny od kosztorysów inwestorskich po ofertowe, od kalkulacji szacunkowych, uproszczonych po szczegółowe, znakomicie wie, co stanowi podstawę dobrej kalkulacji i stosuje się do tych podstaw. Dla krótkiego przypomnienia – aby prawidłowo przeprowadzić kalkulację kosztorysową niezbędne jest ustalenie celu sporządzenia kosztorysu (na tej podstawie określimy jego rodzaj i zakres). Następnie niezbędne są dane wyjściowe do kosztorysowania, wreszcie możemy wykonać przedmiar i dokonać wyceny w oparciu o ustalone podstawy wycen poszczególnych pozycji. Całość wieńczy wydruk w postaci określonej przez zamawiającego. Piętą achillesową większości kosztorysów jest najczęściej niepoprawnie sporządzony przedmiar i/lub nieodpowiednio dobrane do technologii wykonania robót podstawy katalogowe. Często modyfikuje się opis pozycji oraz ich wnętrze zmieniając materiały i normatywy, natomiast pozostawia nr katalogu, co wprowadza w błąd oferenta – a wystarczyłoby przecież tylko dopisać przy takiej pozycji „kalkulacja własna”. Można by podejrzewać w tym miejscu o złośliwość kosztorysanta, który sporządził kosztorys inwestorski; jednak najczęściej brak dodatkowej informacji o modyfikacji normy wynika z czasu, a raczej jego braku na wpisanie stosownego dopisku (przecież to aż parę sekund). Zresztą każdy z nas wie, że ustawodawca dał nam możliwość całkowitego pominięcia informacji o podstawach katalogowych – kosztorysant może więc tę zasadę stosować. Tu jedno zastrzeżenie, jeżeli brak podstaw katalogowych, to konieczny jest bardzo szczegółowy opis wykonania robót, co z kolei wymaga nakładów pracy, więc wracamy do punktu wyjścia. Dajemy podstawę katalogową, a co w środku – tego to w 100% żaden oferent nie może być pewien.

Wracając do pomyłek w przedmiarach, skoro my pomyliśmy się przy wklepywaniu o nieznaczącą ilość (czytaj bardzo znaczącą = przegraliśmy przetarg), to dlaczego nie mógł się pomylić kosztorysant sporządzający ten przedmiar? Praktyczną weryfikację mamy dopiero na budowie, a o konsekwencjach pomyłek już się nie mówi – czasem tylko krzyczy, gdy trzeba dołożyć ze swojego. Dlatego o ból nie tylko głowy przyprawiają wszelkiej maści przedmiary, w których mamy dokładności rzędu tysięcznej (może poza tymi, gdzie normatywy mamy na „hektary” lub 100 m2 itp. – ale i z tego jest wyjście można przejść na jednostkę podstawową). Zupełnym kuriozum są wciąż zdarzające się przedmiary, w których mamy przeliczone sztuki na m2, co ma miejsce głównie w stolarce drzwiowej i okiennej. Świetnie wygląda takie 2,069 m2 okna zamiast jednej sztuki o powierzchni 2 m2, a takich „kwiatków” znajdzie się więcej, z tym że mało kto się tym przejmuje, większość już przywykła. Co najwyżej zaklnie się i po chwili dalej toczy się ten wózek kosztorysanta…

No właśnie… Przecież na kosztorysancie świat się nie kończy. Nie kończy się nawet na tych problemach, które wcześniej opisałem. Ostatnio pojawił się kolejny bardzo poważny problem, z którym stykam się sporządzając z kolei kosztorysy dla biur projektów. Zauważyłem pewną dziwną przypadłość wśród zlecających projekt i kalkulację kosztorysową. Są to bowiem najczęściej menedżerowie, z wykształcenia lub praktyki ekonomiści niewiele mający wspólnego z budownictwem, nie mówiąc już o znajomości technologii wykonania robót. Doświadczenie pokazuje, że z takimi osobami zawsze najcięższa przeprawa. Człowiek nie wytłumaczy, że teoretycznie drobna zmiana w projekcie, a potrafi przewrócić kosztorys niemalże do góry nogami, a kto za to zapłaci? Dla menedżerów liczy się najczęściej tylko koszt całości i swoiście pojmowany interes własny. Niejednokrotnie taka osoba budowę widziała tylko w „Czterdziestolatku”, a inżynier Karwowski wciąż jest dla nich guru jeśli chodzi o fach budowlańca. Niuanse współczesnego kosztorysowania i technologii są najczęściej im obce. Nie można oczywiście uogólniać, bo sami wiemy, że czasem łatwiej wytłumaczyć i dogadać się z laikiem niż z drugim „fachowcem”, ale fakt pozostaje faktem często nawet bardzo dobrze wykształcony menedżer, ekonomista okazuje się być zupełnym amatorem.

 

 

Wracając do punktu wyjścia. Może „kosztorysant” nie jest (jak zwykło się banalnie w takich sytuacjach przytaczać – „pielęgniarka” czy „nauczyciel”) powołaniem, ale żeby wykonywać ten zawód dobrze trzeba mieć do niego serce. Ktoś może powie, że z każdym fachem tak jest… Racja, ale ten jest mi najbliższy i dlatego, gdy widzę jak z miesiąca na miesiąc piętrzą się problemy, to owo serce tracę. Bo czy jest sens przedzierać się przez gąszcz problemów i biurokratycznych zawiłości po to by na końcu dowiedzieć się, że przetarg tak naprawdę został rozstrzygnięty zanim go ogłoszono, a ten symboliczny błąd po raz kolejny okazał się pretekstem, by znajomi królika mogli wygrać? Może lepiej wziąć się za pracę znacznie mniej stresującą i mającą mniejszy wpływ na bezpieczeństwo, a nawet życie innych? Bo chyba każdy z nas czuje się współodpowiedzialny za powstawanie budynków, w których kiedyś ktoś będzie mieszkał, pracował, robił zakupy… I gdy po raz kolejny dowiadujemy się, że w ramach oszczędności trzeba coś wyrzucić, zamienić – to człowiek ma ochotę rzucić laptopa i zainwestować w stragan z pietruszką. Tylko kto nas zastąpi? Bo że zastąpi, w to chyba nikt nie wątpi. I wtedy odzywa się (przynajmniej we mnie) wewnętrzny żandarm – przecież nasz zastępca może być kiepski, odwalać byle jak robotę i zniszczyć dobre imię, na które całe życie usilnie pracowaliśmy. I tak po krótkim okresie buntu i zniechęcenia wracamy do kosztorysowania, mając tym razem nadzieję na uczciwą rywalizację.

 

 

 

[1] przyp.red. – patrz „Ceny, zamawianie i kosztorysowanie robót budowlanych” zeszyt 7-8/2008, wyd. WACETOB – Część VI „Z orzecznictwa Krajowej Izby Odwoławczej” mgr Łucja Lapierre

„... cena ofertowa brutto została podana w kwocie 10.541.669,90 zł, a z prawidłowego wyliczenia matematycznego wynika cena 10.541.669,92 zł ...”

(wytłuszczenie Redakcji)