Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Projektowanie i kosztorysowanie w III (IV) i znowu w III Niepodległej

Wielokrotnie poruszałem w swoich tekstach sprawę koordynacji w projektowaniu, a teraz już nie wystarczy tak zwane „poruszanie”, bowiem należy bić na alarm. Albo „grać larum” jak kto woli. Do atelier architektonicznych napływa coraz więcej zleceń na projekty ogromnych inwestycji współfinansowanych przez Unię Europejską. Pracownie zaczynają łączyć się w konsorcja, na razie i wyłącznie – konsorcja architektoniczne. Natomiast nie udają się próby powołania konsorcjum wielobranżowego dla danego zlecenia.

Na terenie kraju mamy ogromne ilości niestety niewielkich firm projektowych, wśród których największe to architektoniczne. W tych największych króluje właściciel, z całym szacunkiem – majster, otoczony gromadką nowicjuszy czeladników i bardzo często studentów architektury. Jaki jest status tych asystentów-czeladników trudno zgadnąć, bo zapytać właściciela wprost, po prostu nie wypada. Czy są to etatowi pracownicy, czy zatrudnieni na umowę-zlecenie, a może najzwyklejsi wolontariusze. Zresztą ten i ów architekt zdumiałby się srodze, gdybym go o coś takiego zapytał. Trudno się takiemu stanowi rzeczy dziwić, bo mało kogo stać, w naszej przepięknej krainie no i oczywiście w branży projektowo-kosztorysowej, na zatrudnienie kilku osób na tak zwanym etacie. Bo atelier, czy jak kto woli pracownia projektowa, czy kosztorysowa, to nie sklepik osiedlowy, w którym pracodawca może się „wykręcić” jakimś-tam tysiącem złotych. Zresztą nawet ten skromny jeden tysiąc, zamienia się w kosztach firmy na prawie tysiąc osiemset. O pracowniach kosztorysowych lepiej nie wspominać, bo z reguły są jednoosobowe. Na przykład ja, niby taki harpagon kosztorysowy, zmusiłem własnego, jedynego syna do „samozatrudnienia”.

Taki niedobry stan rzeczy jest spowodowany przede wszystkim:

  • chimerycznością w pozyskiwaniu zleceń,
  • fatalnym systemem podatkowym, zmuszającym podmioty gospodarcze do opłacania podatków niezależnie od faktycznych wpływów (system memoriałowy),
  • skandalicznie wysokim opłatom („składkom” - ha, ha, ha) na ZUS,
  • długim terminom realizacji wpłat od klientów publicznych (czas opracowania + minimum 21 dni),
  • niekończącymi się procesami w sytuacji kłopotów w realizacji honorariów od klientów prywatnych.

 

Wszystko to skutkuje także powstawaniem tak zwanej „luki pokoleniowej”.
Na przykład w mojej Łodzi rzadko spotykam właścicieli firm i zarazem projektantów w wieku lat 30÷40, a więc w najlepszym okresie ludzkiego żywota, kiedy sił wiele a doświadczenie zawodowe już solidne. Przeważają 60-cio-latkowie, a i starszych niemało. Ja sam ...., psia krew, aż się boję przyznać!

W przypadku pozyskania przez firmę architektoniczną poważnego zlecenia, nie daj Boże - publicznego, to zaraz w umowie są zapisywane obligatoryjne kary konwencjonalne. A ponadto wiadomo, że oprócz tych kar funkcjonują przepisy obligujące inwestora, publicznego oczywiście, do procesu odszkodowawczego grożącego likwidacją majątku prywatnego nieszczęsnego projektanta.
Bo projektant, podpisując z inwestorem umowę o wykonanie projektu, przejmuje na siebie pełną odpowiedzialność za całość, a więc nawet za tych, których do tej pory na oczy nie widział. Oczywiście projektanci-architekci, bo ci zwykle podpisują umowy, najczęściej mają sprawdzonych wcześniej współpracowników w branżach konstrukcyjnej, sanitarnej, czy elektrycznej. Niestety także najczęściej nie mają sprawdzonych i kompetentnych kosztorysantów. Ale pomimo takiej nawet wieloletniej znajomości, nawet najuczciwszy i najsolidniejszy branżowy projektant (choćby wentylacji), ale jednoosobowy niestety i oczywiście, jest postacią niepewną. Dlaczego? Ano chociażby dlatego, że w czasie weekendu może się zderzyć z jadącym na jednym kole wariatem - motocyklistą. I co wtedy? Kto skończy za nieboszczyka projekt instalacji wentylacyjnej? Tu nawet zawarcie umowy konsorcyjnej niewiele pomoże.

Doraźne łączenie się w zespoły wielobranżowe kilku małych firm skutkuje, jak ja to nazywam „piramidą umów”. W uproszczeniu, rzeczona umowna piramida składa się z cegiełek (za nazwanie cegiełkami tych miłych i mądrych ludzi z góry bardzo przepraszam) wygląda tak:

cegiełka 3 (= piętro najwyższe): architekt – inwestor,
cegiełka 2 (= piętro niżej): architekt – konstruktor,
cegiełka 1 (= piętro niżej): architekt – instalatorzy pozostałych branż,
parter najniżej: projektanci ww. branż – kosztorysanci.

Wystarczy wyjąć jedną cegiełkę i cała budowla leci na łeb. A to wyjęcie cegiełki, to niekoniecznie motocyklista na jednym kole. Wystarczą inne zobowiązania projektowo-kosztorysowe poszczególnych cegiełek.

Bo te cegiełki, przez długie oczekiwanie na honorarium za poważne zlecenie publiczne, są zmuszone do łapania zleceń dodatkowych dla utrzymania się na rynku. Bo kogo stać, na roczną pracę przy wielgachnym projekcie w oczekiwaniu na honorarium, które może wpłynie za rok czy dwa lata + min. 21 dni. To pytam z czego w czasie roku czy dwóch lat, przyjdzie opłacać etatowych pracowników, nie wspominając o czynszu, podatkach itd.?
W sumie poważna, kosztująca nie tylko dziesiątki, ale i setki milionów złotych inwestycja, jest powierzana tak niepewnej swych ludzkich losów, i przeciążonej miarą podanych wyżej kłopotów i wydatków, gromadce.

Kolejnym ważnym problemem jest koordynacja prac projektowych i kosztorysowych. Do dzisiejszych standardów zaliczamy współpracę poszczególnych branż mających siedziby w różnych punktach miasta, a także bardzo często w różnych miastach oddalonych od siebie o setki kilometrów. Fruwające mejle, twierdzę z całą stanowczością, nie są w stanie zastąpić bezpośredniego spotkania i to kilku branż jednocześnie. Bo porozumienie mejlowe architekta z sanitariuszem, może wywołać tragiczne skutki w pracy konstruktora czy elektryka, nieuczestniczących bezpośrednio w tym porozumieniu.

 

 

Wszystko to powoduje, że koszty realizacji są poważnie zawyżane, bo często, dla świętego spokoju i możliwości zakończenia wreszcie rozwiązywania jakiegoś problemu, rezygnujemy z poszukiwania rozwiązań optymalnych.
Kto na tym wszystkim traci? Jak to kto? Najczęściej budżet czyli „My Naród” będący sponsorem poważnych inwestycji, nawet tych z udziałem wspomagania unijnego.

Opisana wyżej sytuacja odbija się fatalnie na jakości kosztorysów, bo brak konkretnego rozwiązania i termin na karku powodują, że kosztorysant często jest zmuszony do poszukiwania informacji na suficie. A to nas kosztuje, oj jeszcze jak kosztuje.

Czy jest z tego kłopotu jakiejś wyjście? Bo chyba nie chcemy powołania, wzorem dawnych lat, państwowych molochów projektowych, w których dyrektorem był (jak na znanym filmie) zawodowy dyrektor, przypadkowo i przejściowo z racji przydzielonego etatu urbanista, ustawiający budynki w sadzawce. Wystarczy, że w Sejmie mamy podobnych do powyższego dyrektora.
Oczywiście rozwiązanie może zaistnieć, tyle że wymagające odwagi i wiary władz, że projektanci i kosztorysanci to nie złodzieje, tylko uczciwi ludzi.
Istnieje więc rozwiązanie, wprawdzie trudne do przyjęcia, ale moim zdaniem skutkujące ewidentnymi korzyściami. Dla kogo? Dla budżetu oczywiście, czyli dla „My Narodu”.

A więc kawa na ławę.
Kiedy przyjdzie potrzeba opracowania dokumentacji dla poważnej inwestycji publicznej, przydałoby się powołać generalnego projektanta (niekoniecznie architekta), który:

  • zorganizuje zespół projektowy,
  • wynajmie lokal o powierzchni odpowiedniej do rangi tematu,
  • zaopatrzy ten lokal w instrumenty, informacje i oprogramowania,
  • ustali budżet opracowania dokumentacji odpowiedni do czasu opracowania, wielkości niezbędnych zespołów projektowych i kosztorysowych oraz kosztów pozyskania lokalu i instrumentarium,
  • będzie opłacać z tego budżetu pracę zespołów w transzach miesięcznych,
  • spowoduje możliwość zawieszenia na ten czas prywatnej działalności gospodarczej poszczególnych współpracowników, czyli do tej pory prywatnych podmiotów, którzy dzięki temu nie będą musieli poszukiwać zarobku wykonując inne, mniej ważne zlecenia.

 

Bo w obecnie praktykowanych standardach, atelier które pozyskało poważne zlecenie publiczne, za które powiedzmy otrzyma wynagrodzenia za dwa lata + 21 dni, jest zmuszone w ciągu tych dwóch lat poszukiwać innych zleceń, które zagwarantują mu utrzymanie przez te dwa lata. Oczywiście kosztem solidnego zaangażowania w to poważne, dwuletnie zlecenie.

Czy zaproponowany wyżej sposób uniknięcia opisanych kłopotów, będzie bardzo kosztownym sposobem pozyskania dokumentacji projektowej?
Twierdzę jednak, że niekoniecznie, co udowodnię takim przykładem:
W pewnym projekcie wykonywanym w warunkach jakie mamy, przy braku w terminie opracowania rysunków jednej z wielu konstrukcji stalowej, projektant zajęty czymś innym (bo musiał - pracownicy, lokal, podatki) zaproponował jej wskaźnikowo obliczony ciężar na 124 tony. Taka wielkość została wniesiona do kosztorysu. Jak potem dokładnie policzył i narysował, okazało się, że na konstrukcję wystarczy jedynie 88 ton.

Podobnych przypadków w projekcie i kosztorysie tworzonych na „wariackich papierach” było więcej.
Więc wydaje mi się, że powstałe różnice w wyniku naprawy tego praktykowanego dziś systemu projektowania, powinny „dać” kwotę wystarczającą nie tylko na wynajęcie generalnego projektanta, czy odpowiedniego lokalu, ale nawet i na wybudowanie atelier dla tego i podobnych celów. Potrzebny jest jedynie system prawny, umożliwiający takie działanie.
A wtedy, gdy jakaś firma, najlepiej prywatna, zajmie się wspomnianym „generalnym projektanctwem”, to wyjdzie to inwestycji tylko na korzyść.
Bo jedynym, mam nadzieję, obowiązkiem tej firmy będzie prowadzenie całej, wyżej wspomnianej piramidy projektancko-kosztorysanckej od koncepcji do końcowego, dobrego rezultatu.
Mając także w rezerwie zastępców projektantów przejechanych przez motocykl!
Oczywiście nie twierdzę, że ja skromny kosztorysant zjadłem wszystkie rozumy i znalazłem lekarstwo na opisaną wyżej patologię. Kreślę wyłącznie pewną ideę i bardzo się dziwię, że rzeszom projektantów praktykowany w kraju system wcale nie przeszkadza. Do czasu moi drodzy, do czasu.

Niestety, znając zmartwienia naszych polityków, „marne szanse” na takie przepisy, zwłaszcza że politycy są zainteresowani wyłącznie analizami wad swoich adwersarzy.
Więc niech pozostaną w kosztorysie te 124 tony żelastwa i inne przewartościowania. Ktoś na tym skorzysta tyle, że na pewno nie projektant, a już wcale kosztorysant, a tym bardziej budżet!

Ale, ale, zapomniałem o najważniejszym. W takich przypadkach, to znaczy organizowania doraźnych biur projektów dla danego tematu, zaistnieje dodatkowa możliwość pozyskiwania w sposób legalny praktyki przez młodych inżynierów asystentów, czy jak kto woli czeladników. Dzięki temu, po kilku latach, będziemy mieli zdolnych i co najważniejsze – posiadających odpowiednią praktykę, młodych projektantów pełnych sił i chęci.

A jak to się tak, jak zaproponowałem, nie stanie i za kilka lat zabraknie nam w końcu wspomnianych wyżej projektantów-dziadków, a młodzi inżynierowie zajmą się z braku innych możliwości sprzedażą gofrów, to przyjdzie potrzeba zaimportowania inżynierów z tak zwanego Zachodu. A ci panowie, określając swoje oczekiwane honoraria, zaśpiewają nam, oj jeszcze jak zaśpiewają, i to lepiej (a co najważniejsze – wyżej) niż pewien znany i ceniony Enrico Caruso.