Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

W Łodzi próbowano obalić prawo Parkinsona?!

W mojej Łodzi histeria. Radni SLD i PO nie zgodzili się na jeszcze jedną inwestycję kulturalną. Najgłośniej histeryzuje pomysłodawca i szef Camerimage p.Żydowicz, który marzy o wybudowaniu przez znanego w świecie architekta Centrum Filmowego, w którym raz do roku odbywać się ma ta impreza.
Architekt chce wybudować to dzieło za psie pieniądze, bo tylko za 500 mln zł, natomiast za projekt oczekuje marnych 45 mln zł. Te dwie liczby generują w ilorazie koszt dokumentacji na 9%. Tu wypada przypomnieć, że nasze przepisy w zamówieniach publicznych, przy kosztach powyżej 500 tys. zł ograniczają powyższy wskaźnik do 5,2% i to dla prac o najwyższym współczynniku trudności.
W sporze poszło o to, że miasto powinno pokryć połowę wydatków i chyba słusznie opozycyjni radni twierdzą, że trudno będzie zgromadzić oczekiwane 250 mln zł nie wspominając o kosztach dokumentacji i jeszcze jednej bagatelce w postaci naruszenia ustawy Prawo zamówień publicznych oraz o podanym wyżej wskaźniku z rozporządzenia Ministra Infrastruktury z dnia 18 maja 2004 r. (tablica nr 1).
Zwolennik budowy Centrum Filmowego argumentuje, że jak Bilbao wybudowało sobie muzeum Guggenheima, autorstwa tegoż architekta, to inwestycja spłaciła się w ciągu jednego roku. To tak, jakby turyści odwiedzający Hiszpanię nie marzyli o niczym innym tylko o odwiedzeniu tego muzeum. Więc zapytam grzecznie, a piękna hiszpańska pogoda, a plaże to pies? A drużyna piłkarska Atletic Bilbao to nie ściąga turystów?

 

 

zdjęcie Michael Reeve

 

Łódź marzy o staniu się centrum kulturalnym Europy. Mój Boże, na ten walor wiele miast europejskich pracowało przez dziesiątki lat realizując koncerty, przedstawienia teatralne, wernisaże, gromadząc w kawiarniach śmietankę literacką (i nie tylko) z całego świata. Oczywiście gromadząc w strukturze posiadanej, a nie dla tego celu doraźnie budowanej na łeb na szyję. W Łodzi, jedyna kawiarnia „Honoratka”, gromadząca tak zwaną śmietankę, została zamieniona na bank!(?)
Ponadto zawsze tak było, że rzesze kulturalnych ludzi chodziły w dziurawych butach, okryte zniszczonymi pelerynami (mój Boże, ta opiewana peleryna), i tworzyły cuda; natomiast hołota kiedyś w cylindrach i frakach, a dziś w garniturkach od Armaniego niewiele do kultury wnosiła i wnosi.
To co (?) tacy w garniturkach przybiegną do muzeum? Raczej i prędzej do agencji towarzyskiej, a w najlepszym przypadku do knajpy lub na dyskotekę. Bo ci dawni, ci we frakach, także w większej części chodzili nie tyle do teatru na przedstawienia, ile w antraktach i wyłącznie za kulisy teatralne. Stąd wziął się przymus dręczący twórców operowych do umieszczania na siłę wstawek baletowych nawet w takich operach, w których z istoty ich treści na taniec nie było specjalnego uzasadnienia.

Z kolejnym pomysłem inwestycyjnym wystąpiła Politechnika Łódzka planując budowę centrum sportowego za cenę skromniejszą od podanej wyżej, bo tylko za marne 135 mln zł. Tymczasem niedawno wybudowano w Łodzi wspaniałą halę sportową o wdzięcznej nazwie Arena-Atlas. Hala stoi sobie pusta i ciemna, oczekując na międzynarodowe imprezy, bo łódzkich szkół i klubów nie stać na zapłacenie w horrendalnej wysokości ceny najmu.
Ale hala nie tylko stoi, ale stojąc kosztuje, bo każdy dom kosztuje, a ogromny kosztuje ogromnie dużo, co dla nas zawodowców jest oczywiste.
To może Politechnika Łódzka zamiast wydawać dziesiątki milionów na centrum sportowe, zapłaci czynsz za użytkowanie Areny-Atlas, co łodzianom łożącym w podatkach na to wszystko wyjdzie na zdrowie.
Ale, ale - zaczynamy także budowę sali koncertowej dla Akademii Muzycznej za głupie 47 mln zł; oczywiście też z udziałem tak zwanych środków własnych.

Mój Boże, jak łatwo jest wydawać nie swoje, ciężko zarobione pieniądze.

Przypomniałem sobie szeroko dyskutowane w latach chyba sześćdziesiątych ubiegłego stulecia prawo Parkinsona. Prof. Parkinson zauważył, że w gremiach decydenckich najgorętsze dyskusje odbywają się w sprawie zakupu kawy dla pracowników czy papieru toaletowego. Natomiast wielomilionowe wydatki inwestycyjne najczęściej nie wywołują żywiołowej dyskusji i są zatwierdzane nadzwyczaj szybko. Podobno granicą kompetencji, która zachęca decydentów do dyskusji jest ilość środków, którymi dysponują we własnych kieszeniach. Natomiast wydatki milionowe, jako niewyobrażalne, przyjmowane są szybko i bezdyskusyjnie.
Dlatego chwała oponentom w Radzie Miejskiej, bo ludzie z tego grona najpewniej zasmakowali posiadania także milionów, więc wiedzą, co tak wielkie sumy znaczą i jakiej pracy potrzeba żeby je zdobyć.

Tymczasem w moim mieście mamy setki budynków mieszkalnych stanowiących własność gminy. Są to domy w wielu przypadkach na granicy śmierci technicznej.
Potrzeba ogromnych sum chociażby na remonty bieżące. Standardem jest oczekiwanie wymiany pokryć dachowych, stolarki, skorodowanych elewacji, nie wspominając o zżartych przez rdzę instalacjach. Najpewniej zwolennicy opisanych wyżej oszalałych wydatków inwestycyjnych oczekują, że domy komunalne się w końcu zawalą, grzebiąc przy okazji mieszkańców, a więc problem się sam rozwiąże. Pozostaną wyłącznie żywi mieszkańcy budynków nowych, w założeniu ludzie kulturalni, którzy nic innego nie będą robić, tylko biegać po muzeach. Nic z tego, bo wielu z nich, pomimo że ubiera się u Armaniego, w najlepszym przypadku pobiegnie na występy Dody Elektrody lub do pubu na piwo. Na pewno nie do muzeum ani sali koncertowej. Bo do muzeum i na koncerty w dalszym ciągu chodzą i będą chodzić w większości skromnie ubrani.

Zanim usiadłem do felietonu zrobiłem szybko kosztorys na remont dachu o wymiarach 30 x 9 m, typowej łódzkiej kamienicy komunalnej, polegający na wymianie pokrycia, kilku desek oszalowania, obróbek, rynien i rur spustowych.
Taki koszt to blisko 115 zł/m2, a w całości ok. 30.200 zł.
Podzielmy planowane wydatki na Centrum Filmowe, ale tylko w części opłacanej jako udział budżetu lokalnego:

 

250.000.000 zł : 30.200 zł/budynek = 8.278 budynków!!

 

Rety kasza, chyba tyloma budynkami gmina nie dysponuje. Stąd wniosek, że znalazłyby się środki na stolarkę, elewacje i instalacje.

Przed laty na wycieczce do Danii, podziwiałem w Kopenhadze pięknie wyremontowane stare, dziewiętnastowieczne budynki.
Jaki to miły widok, świadczący o mądrości tego narodu.
A w Łodzi, goście nowoczesnego hotelu Andels umieszczonego w zabudowaniach starej fabryki Poznańskiego nazwanej Manufakturą, podziwiają przez okna ohydne odrapańce, czyli brudne robotnicze „famuły”.
Czyje te odrapańce?
Gminy Szanowni Czytelnicy, a jakże Gminy Łódź!
Tymczasem mające wspaniałą historię, łódzkie centrum filmowe przy ul. Łąkowej stoi sobie i gromadzi w halach zdjęciowych proszki do prania i lodówki, a także firmy consultingowe nauczające sensownego inwestowania!
Łódź pragnie zostać stolicą europejskiej kultury?!
Nie tędy droga panowie radni, kulturę osiąga się wprawdzie także poprzez budowanie ale nie tylko, bo przede wszystkim poprzez ....., !
Ale co ja wam będę tłumaczył, sami dobrze wiecie jaka to droga, dodam tylko, że nie wystarczą garnitury od Armaniego!
Camerimage też niewiele pomoże!

Debaty w radzie miasta były dramatyczne i nie merytoryczne, za to wspomagane muzyką filmową emitowaną przez zwolenników Centrum.
A w internecie, na stronach łódzkich, też odbyła się potężna debata zwolenników i wrogów budowy Centrum Festiwalowo-Filmowego.
Naczytałem się internetowych tekstów, licząc na argumenty przekonywujące mnie do tej inwestycji.
A co wyczytałem?
Ano, że:

  • jak Centrum" stanie, to Bilbao pan pikuś,
  • p. Żydowicz to wielki wizjoner i altruista,
  • p. Żydowicz to zwykły cwaniak,
  • bez p. Żydowicza kultura zagaśnie,
  • taka okazja się nie trafi,
  • prezydent p. Kropiwnicki jest beee,
  • prezydent p. Kropiwnicki cacy,
  • Centrum nie chcą komuchy i prostacy,
  • prostak „Mineyko” (to mój pseudonim internetowy) powinien się leczyć,
  • przecież p. Żydowicza wypędzili z Bydgoszczy i Torunia,
  • miasto jest usłane banerami z tekstem "do wynajęcia", bo potencjalni najemcy czekają wyłącznie na Centrum (?),
  • goście Camerimage to cwaniacy, którzy żrą i chlają za darmochę, a także niewolą niewinne panienki,
  • na festiwalu Camerimage panienki tracą cnotę, a potem płaczą (nie wspomniano o tracących cnotę kawalerach, co lokuje moje miasto w zaścianku; pytam - co na to panie feministki?)
  • p. Żydowicz zapowiedział głodówkę na sali obrad, a ponadto zapowiedział, że jak nie zostanie spełniona jego zachciewajka, to wyjedzie z Łodzi i (o zgrozo!) głodny.

Niestety mój projekt, żeby zamiast budowy Centrum, usatysfakcjonować p. Żydowicza zdecydowanie tańszym pomnikiem, nie uzyskał aprobaty.
Nie dziwię się radnym, że wysłuchując podobnej argumentacji i to w tle muzyki filmowej zgłupieli totalnie, bowiem treści debaty w radzie miejskiej były bardzo podobne do powyższych internetowych.

Tymczasem tak poważną inwestycję należy kompetentnie przygotowywać i przy tym pozostaję!
I jestem uparciuszkiem – Łódź oczekuje przede wszystkim remontów domów, jezdni i chodników!
Najgorsze w tym wszystkim, że nikt mi nie umiał odpowiedzieć, w jaki sposób obliczono koszty budowy na 500 mln zł. Jeśli tak, jak koszty najwyższego budynku na świecie (828 m), do którego w końcu musiał jakiś szejk dołożyć chyba 60 mln dolarów, to ja, jako mieszkaniec Łodzi, dziękuję bardzo za taki prezencik. Niestety w Polsce nie dysponujemy szejkami.

Na szczęście mieszkańców debaty na temat budowy Centrum zakończyły się niczym; pan prezydent Kropiwnicki przestał być prezydentem, a jego sławny mundurek, czapeczka i szarfa, najpewniej wylądują w muzeum historii miasta.
Mój Boże, powyższa opowieść chyba dobrze zaświadcza o sposobach podejmowania decyzji w zakresie budownictwa ogólnego w naszym kraju. Pisałem o tym wielokrotnie.
Jedna sprawa może tylko cieszyć. Łodzianie, a także radni obalili prawo Parkinsona, bo gorąco i zadzierzyście dyskutowali o wydatku o wysokości setek milionów, darowując urzędowi miasta swobodę w decyzjach o zakupach kawy i papieru toaletowego.
I co pan na to, panie profesorze Parkinson?
Polak, a zwłaszcza łodzianin potrafi!
I to, chyba wypada uznać za sukces radnych i mieszkańców mojego miasta!

Ale, ale, według najnowszych doniesień, mieszkający w Łodzi zwolennicy prof. Parkinsona nie uznali się za pokonanych, wychodząc najpewniej ze słusznego założenia, że dokonań sławnego profesora nie wolno lekceważyć.
Dlatego zaproponowali kolejne pomysły inwestycyjne, oczywiście ich zdaniem dostosowane do możliwości łódzkiego budżetu?!
Są to: tor wyścigowy formuły nr 1 i skocznia narciarska.
Wyrażam nadzieję, że będzie większa od jakiejś tam Velikanki!
Stąd, tym razem już chyba ostateczny wniosek: w Łodzi nie tyle obalono prawo Parkinsona, ile tylko zawieszono je i to na bardzo krótki czas!