Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Ekologicznie = ekonomicznie? (część IV)

Gdyby zapytać kilka przypadkowo napotkanych na ulicy osób, jakie ekologiczne rozwiązania stosują lub mogłyby wdrożyć w swoim domu, na pewno usłyszelibyśmy coś o segregacji śmieci, czy zbiornikach na wodę deszczową. Niektórzy być może wymieniliby wykorzystywanie naturalnych materiałów, jak drewno, czy też pozyskiwanie energii z odnawialnych źródeł, jak kolektory słoneczne. Może ktoś wspomniałby o zazielenieniu okolic budynku i odpowiednim wkomponowaniu go w otocznie. Ktoś inny (musiałby być nieźle zorientowany w temacie) uzupełniłby naszą wyliczankę o wentylację mechaniczną z rekuperacją, czyli stworzenie wymuszonego obiegu powietrza, umożliwiającego pozyskiwanie ciepła zmagazynowanego w powietrzu usuwanym z budynku i ogrzewanie nim napływającego.

Większość z powyższych metod ograniczania emisji zanieczyszczeń nie wymaga od osoby ją stosującej prawie żadnych nakładów finansowych. Poza odrobiną wolnego miejsca i czasu nie potrzebujemy nic więcej by segregować śmieci, a nawet możemy zaoszczędzić – większość firm odbierających śmieci wywozi szkło, makulaturę i plastik za darmo. Bez większych nakładów możemy pozyskiwać wodę do podlewania roślin, czy prac porządkowych koło domu, a nawet wykorzystywać ją do spłukiwania toalety czy prania, co nie jest w Polsce jeszcze zbyt popularne. To, ile jesteśmy w stanie jej uzyskać zależy, co oczywiste, od wielkości opadów – na przykład dla Warszawy suma rocznych opadów wynosi 652 mm, a dla Poznania – 555 mm (dane GUS z 2009 roku - Mały Rocznik Statystyczny). Oznacza to, że dla parterowego domu o powierzchni 100 m2 uzyskamy około 65,2 m3 wody, gdy znajduje się on w Warszawie i około 55,5 m3 w przypadku Poznania, co przekłada się na roczne zyski 260,80 zł (65,2 m3 x 4 zł/m3 wody) w pierwszym przypadku i 199,25 zł w drugim (55,5 m3 x 3,59 zł/m3 wody). W pozostałych większych miejscowościach wartości kształtują się podobnie. Jako że koszt najzwyklejszego zbiornika na wodę deszczową zawiera się w tych granicach, to już po roku otrzymujemy „darmową wodę” na nawadnianie ogrodu czy umycie samochodu. Droższym rozwiązaniem będzie cały system zbierający deszczówkę złożony z zakopanego w ziemi zbiornika, do którego podłączona zostanie pompa, doprowadzone przedłużenia rur spustowych (z dachu) oraz zamontowane filtry czyszczące czy czujka poziomu wody. Tu możemy liczyć na wydatek w granicach 2÷6 tys. zł (sam zbiornik podziemny 300÷1.200 zł (0,2÷1,6 dm3), pompa 200÷1.100 zł, filtr 200÷1.000 zł, do tego koszt rur i prac ziemnych). Pozyskiwanie wody deszczowej w ten sposób jest zalecane zwłaszcza w przypadku, gdy nie mamy gdzie jej odprowadzić – na przykład grunt wokół naszego domu jest słaboprzepuszczalny.

Jeżeli jesteśmy dopiero na etapie planowania, to przy odrobinie wiedzy możemy zadbać o taką orientację bryły budynku i jego elementów względem słońca, która umożliwi jak największy dostęp światła i ciepła do poszczególnych pokoi. Oznacza to między innymi, że od strony północnej należy stworzyć w miarę możliwości zwartą bryłę pozbawioną okien, które powinny znaleźć się na elewacji południowej. Posadzenie i utrzymanie paru roślinek może stanowić już większy wydatek. Jeżeli jednak dobrze je usytuujemy, to większe drzewa mogą, w przypadku silnych wiatrów, ograniczyć ucieczkę ciepła z domu, a przy wysokiej temperaturze zmniejszyć jego nagrzewanie się.

 

Nie wszystkie propozycje są jednak takie proste, możliwe do wykonania praktycznie samemu. Te, które instalowane są przez specjalistów od niedawna (jak np. centrale wentylacyjne nawiewno-wywiewne z odzyskiem ciepła), wzbudzają wiele wątpliwości i krążą o nich różne, niekiedy zabawne w swojej absurdalności, opinie. Z ciekawszych można by wymienić domniemaną oszczędność energii dzięki zastosowaniu wentylacji mechanicznej. Przecież ona właśnie zużywa prąd na zasilanie nie tylko automatyki, ale również wentylatora! Ograniczenie wydatków na ogrzewanie może być co najwyżej związane z faktem, że wentylacja mechaniczna powoduje wymianę powietrza (pomiędzy budynkiem a jego otoczeniem) o ustalonym przepływie, czyli nie ucieknie z pomieszczeń więcej ciepła niż to konieczne do prawidłowej wentylacji. Jest to jednak zbyt mało, by zauważyć jakiekolwiek zyski. Oszczędności może nam przynieść co najwyżej rekuperator podłączony do takiej instalacji. Jednak, by inwestycja się nam zwróciła, musiałaby, przy dzisiejszym stanie technologii i poziomie cen surowców energetycznych, działać bezawaryjnie dłużej niż ważność gwarancji, która jest na nią udzielana (przeważnie okres 3 lat).

Kto więc decyduje się na taki wydatek? Po pierwsze osoby lubiące wypróbowywać różne nowinki techniczne, jak również fani ekologicznego stylu życia, czy wreszcie szarzy obywatele skuszeni możliwością zminimalizowania kosztów ogrzewania. Tych ostatnich możemy podzielić na dwie kategorie.

Pierwsza – ci, którzy mają już na tyle dobrze odizolowany od otoczenia dom, że „w zamian” otrzymali powietrze nadmiernie nasycone dwutlenkiem węgla, a o zmniejszonej zawartości tlenu. Co więcej, występujący nadmiar wilgoci również daje się we znaki, nie tylko pod postacią skroplonej na szybach wody. Będąc świadomymi konieczności zmiany takiej sytuacji i twierdząc, że nie po to ocieplali dom, by go teraz rozszczelniać, decydują się na instalację systemu umożliwiającego wymuszoną wymianę powietrza z odzyskiwaniem ciepła.

Drugi krąg osób, będący w lepszej sytuacji, to ci, którzy są dopiero na etapie planowania domu. Mogą wtedy zrezygnować z niektórych elementów budynku niezbędnych przy wentylacji grawitacyjnej (jak komin wentylacyjny), zaopatrzyć się w źródło ciepła o mniejszej mocy oraz szczegółowo zaplanować przebieg przewodów wentylacji mechanicznej, które w przypadku już istniejącego domu mogą być trudne do zamaskowania. Mając świadomość, że bez względu na to, jaki sposób uzyskiwania energii został przez nich wybrany, to i tak jej większość jest przeznaczana na ogrzewanie (o czym można się przekonać chociażby porównując rachunki za gaz w miesiącach letnich i zimowych), próbują je ograniczyć. W pogoni za zyskami wydają niemało: cena samego rekuperatora oscyluje pomiędzy kilkoma a kilkunastoma tysiącami złotych w zależności od kubatury budynku, liczby osób w nim przebywających, a przede wszystkim zastosowanej technologii, producenta oraz, co z tym związane, osiąganej sprawności, trwałości czy poziomu emitowanego hałasu. Jeżeli mamy działającą jedynie wentylację grawitacyjną, dochodzi do tego koszt wykonania systemu wentylacji mechanicznej, czyli średnio dodatkowe kilkanaście tysięcy złotych...

Ktokolwiek decyduje się na taki wybór liczy, że okaże się on dobrą inwestycją. Dobrą inwestycją pod jakim względem? Ograniczenia naszych przyszłych wydatków, czy raczej bardziej komfortowego mieszkania? Nawet producenci i dystrybutorzy central wentylacyjnych nawiewno-wywiewnych przekonują, że to nie oszczędność energii jest główną zaletą, lecz możliwość efektywnego dostarczania świeżego powietrza niezależnie od warunków atmosferycznych. Inwestujemy w swoje zdrowie i dobre samopoczucie. No, może jeszcze w czystsze środowisko, wygodę, a jeśli mieszkamy w okolicy o sporym natężeniu hałasu – w dodatkową izolację akustyczną. Materialne zyski przy dokupieniu rekuperatora mogą wynieść (przy 65 - 95% odzysku ciepła z wentylacji, która stanowi od 30% strat ciepła przy kiepsko ocieplonym domu aż do 60% przy dobrze ocieplonym) 680÷2.000 zł, przyjmując, że na ogrzewanie wydajemy 3.500 zł (wynik dla budynku o powierzchni 100 m2 ogrzewanego gazem obliczony w artykule „Nabici w pompę ”, BzG 1/2012).

Jeśli zdecydujemy się sprawić sobie system wentylacji jw., warto jeszcze, choćby na chwilę, pochylić się nad możliwościami zminimalizowania ucieczki ciepła z ogrzewanych pomieszczeń. Najprostszym sposobem będzie oczywiście docieplenie ścian, czy wymiana okien na takie o niższym współczynniku przenikalności cieplnej. Nie zawsze będzie to jednak najbardziej ekonomiczne rozwiązanie. W przypadku modernizacji istniejącego domu, warto wykonać jego zdjęcia termowizyjne i skupić się na izolacji najbardziej newralgicznych miejsc.

 

By nasz projektowany dom był jeszcze mniej energochłonny, powinniśmy również spojrzeć na niego pod kątem oświetlenia – po ogrzewaniu to ono pobiera najwięcej energii. Dla miejsca, gdzie przez żadne z okien nie dotrą promienie słoneczne, można by pomyśleć o świetliku, a jeżeli znajduje się ono w suterenie – o doświetlaczu. Koszt tych elementów jest niemały – cena doświetlacza kształtuje się na poziomie 500÷1.200 zł w zależności od wymiarów oraz wielkości sił, które powinien wytrzymać (pozwalając na ruch pieszego, czy samochodu osobowego), świetlików zaś w podstawowym zestawie (składającym się z kopuły, rury światłonośnej o długości ok. 120 cm, rozpraszacza i akcesoriów mocujących) rozpoczynają się od 1.000÷1.200 zł za świetlik o średnicy kopuły 300 mm, przez 1.500÷1.800 zł dla tych o średnicy 600 mm, aż do 6.000 zł za świetlik o średnicy kopuły równej 900 mm. Oprócz wymiarów kopuły na cenę spory wpływ ma również rodzaj rury światłonośnej (i oczywiście jej długość). Za zestaw z rurą sztywną zapłacimy średnio o kilka procent więcej niż z rurą giętką. Warto jednak wybrać pierwszy wariant, zwłaszcza gdy odległość między punktem umieszczenia kopuły, a sufitem pomieszczenia przekracza 1-2 m, oraz gdy można będzie ją poprowadzić w linii prostej, gdyż taka rura ma większą zdolność odbijania światła, co oznacza mniejsze jego straty. To, ile światła uzyskamy zależy również od długości rury (powinna być możliwie jak najkrótsza) i kątów gięcia (im mniejsze i im ich mniej, tym więcej światła), a także ilości światła wpadającego do kopuły. By zwiększyć ostatni czynnik, kopułę powinniśmy montować od strony południowej na dachu o nachyleniu 30º÷45º. W przypadku dachów płaskich zalecane jest zaopatrzenie się w podstawę dachową – wydatek dodatkowych 300÷600 zł. Ponadto, jeżeli wybraliśmy świetlik, którego średnica kopuły przekracza 50 cm, a na nasz dach nietrudno się dostać to, aby uniemożliwić intruzom przedostanie się do wnętrza domu, montuje się krzyżak (ceny wahają się w granicach 150÷250 zł). Chociaż sumaryczny koszt jest niemały, pamiętajmy jednak, że taki jednorazowy wydatek zapewni zdrowsze dla oczu światło w miejscu, gdzie praktycznie przez cały dzień musiałaby palić się jakaś lampa.

 

Na koniec kilka słów o naturalnych materiałach, z których można wykonać znaczną część prac budowlanych – drewnie, trzcinie, kamieniu czy glinie zmieszanej ze słomą i piaskiem. Wszystkie te surowce są jak najbardziej ekologiczne; do ich pozyskania nie potrzeba zbyt wielkich nakładów energii, a po rozbiórce można je ponownie wykorzystać. Co więcej nie wydzielają one żadnych szkodliwych związków, zapewniając świeże powietrze również w pokojach. Materiał glino-słomiany umożliwia swobodne kształtowanie konturu ścian. Jednak jak wszystko, i on ma swoje wady – by stanowić dobrą izolację, konieczna jest grubsza warstwa niż w przypadku ocieplania wełną mineralną / styropianem. Poza tym potrzebuje solidnej ochrony przed wilgocią, co wymusza chociażby wykonywanie wysokich podmurówek.

Zajmijmy się jednak ekonomicznym aspektem całej sprawy. Czy takie wykorzystywanie materiałów naturalnych może być opłacalne? Jeżeli mamy dostęp do lokalnego, taniego surowca, to dlaczego i nie? Zakładając że materiał kupimy prosto od rolnika, 1 tona słomy wyniesie około 200 – 280 zł. Dla domu o powierzchni 100 m2 i zwartej bryle potrzebne będzie 4,8 tony (zakładając 120 m2 (4 x 10 m x 3 m) powierzchni do ocieplenia, czyli powierzchni ścian zewnętrznych, grubość izolacji – 40 cm, a wymagana gęstość słomy to 100 kg/m3). Zapłacimy więc w granicach 960÷1.340 zł.

Dla porównania – sprawdźmy, ile zapłacilibyśmy za styropian, by po ociepleniu ściany miały takie same właściwości izolacyjne. Dla skompresowanej słomy przewodność cieplną szacuje się na 0,08÷0,12 W/(m•K), dla styropianu zaś około 0,03÷0,04 W/(m•K). Przyjmijmy więc, że wystarczy, by warstwa styropianu była 3 razy cieńsza od „ocieplenia słomą”, czyli miała około 13 cm grubości. Cena 1 m2 styropianu wynosi wówczas średnio 25 zł. Dla całego budynku koszt będzie równy 3.000 zł (25 zł/m2 x 120 m2). Jeżeli więc chodzi o koszty materiałów izolacyjnych, słoma zdecydowanie wygrywa ze styropianem i to 2–3 krotnie.

 

Sporym problemem może się jednak okazać brak ekip specjalizujących się w wykorzystywaniu materiałów łączących glinę i słomę. Obecnie więc w naszym krajobrazie można zauważyć, poza nielicznymi wyjątkami, co najwyżej obiekty drewniane, czy kryte strzechą lub gontem, lecz te bywają przeważnie oferowane w cenach porównywalnych, a czasem nawet i wyższych w stosunku do najpopularniejszych rozwiązań. Niewątpliwie jednak, może za parę lat, może trochę później, zainteresowanie budowaniem z różnorakich naturalnych materiałów przyjdzie do nas z Zachodu, gdzie rozpoczyna się ich powszechne wykorzystywanie. Nam pozostaje na razie albo dokładne zapoznanie się z techniką wykorzystywania materiałów typu glina-słoma i samemu wybudowanie domu za naprawdę niewielką cenę (lecz kto ma na to czas?), albo pozostanie przy mainstreamowej technologii. Nie chcę być pesymistą, … ale zapewne jeszcze przez długi czas pozostanie tak jak jest, czyli – ekologiczne rozwiązania albo wymagają sporych nakładów finansowych (kusząc zarazem zwrotem poniesionych kosztów, a nawet zyskiem), albo są praktycznie niewykorzystywane w naszym kraju na szeroką skalę.

 

Na postawione na samym początku pytanie, czy ekologia idzie w parze z ekonomią, każdy może odpowiedzieć sobie sam. Nie zapominajmy jednak, że ekologiczne trendy to nie tylko tworzenie, czy modernizowanie budynków tak, by w jak najmniejszym stopniu oddziaływały na środowisko naturalne. Ważne jest również odpowiednie (odpowiedzialne społecznie) ich użytkowanie. Na pozór banalne stwierdzenie, ale przecież oszczędzanie energii jest chyba najlepszym rozwiązaniem zarówno dla naszego portfela, jak i środowiska.