Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Czy doczekamy?

Przymierzając się do kolejnego startu w przetargu publicznym, jak zwykle rozpocząłem od dokładnego zapoznania się z dokumentacją specyfikacji technicznej i warunków zamówienia oraz z umową wstępną.

 

Nie po raz pierwszy spotkałem się z zapisem, który zawsze wzbudzał we mnie mieszane uczucia. Z pewnością wielu z nas, startujących do przetargu, spotkało się w formułką: "jeżeli roboty budowlane były przewidziane w projekcie stanowiącym podstawę do określenia przedmiotu zamówienia, uznaje się je za objęte tym przedmiotem zamówienia, bez względu na to czy były ujęte w przedmiarze robót czy też nie" lub inną do tego podobną.

Zawsze w takim przypadku zastanawiam się, a cóżesz to autor tego zdania miał na myśli?

Pozwolę sobie w tym miejscu wyliczyć przypadki, które według mojego odczucia, mogłyby zaistnieć dla takiego, jak powyżej zapisu. Czy jednak one mają prawo bytu? Wydaje mi się, że absolutnie nie powinny.

Po pierwsze - inwestor nie jest w 100% przekonany, że przedmiar, który dostarcza oferentom jest wykonany w sposób całkowicie poprawny i wyczerpujący, a mimo to go przekazuje.

Po drugie - asekuruje się, zdejmując z siebie odpowiedzialność za tak dostarczony przedmiar (w końcu każdy może sobie przeliczyć przedmiary z projektu).

Po trzecie - może w ten sposób zakamuflować konieczność wykonania niektórych prac, a później je egzekwować.

Po czwarte - zleca wykonanie przedmiaru i płaci niejako z musu, traktuje to jako przykry obowiązek, ale jakość wykonania i jego rzetelność to już nieistotny element, nie mający zupełnie wpływu na wykonywaną pracę.

 

Powyższe oczywiście nie wyczerpuje listy. Każdy z nas znalazłby na pewno jeszcze parę takich "kwiatków", które być może powstają w umysłach inwestorów, ale zastanówmy się w tym miejscu do czego to w takim razie prowadzi?

Przecież każdy z normalnie myślących kosztorysantów wie, że poprawnie sporządzony przedmiar to podstawa dla dalszego obliczenia kosztów przedsięwzięcia budowlanego. I jeśli w ogóle zabierać się do jego stworzenia, to zrobić go porządnie. Przecież inwestor, który na podstawie "oszukanego" przedmiaru otrzyma przewidywaną wartość inwestycji, będzie miał zafałszowany jej obraz. A zafałszowany obraz już na tym etapie, to właściwie zafałszowany obraz całego przedsięwzięcia[1].

 

Jeśli jednak inwestorowi nie przeszkadza taka sytuacja to w takim razie, pomyślmy uczciwie, czy w ogóle potrzebny jest przedmiar? Może wystarczy sam projekt? Przecież można się umówić, że przekaże się go oferentom wraz z opisem technologii wykonania, a oni niech sobie dalej radzą sami z dalszym ustalaniem co i jak powinno wyglądać.

 

Takie podejście spotykam coraz częściej w przypadku inwestorów prywatnych, którzy rzucają na stół projekt techniczny, a za pięć minut chcą już wiedzieć ile to będzie kosztować. I wbrew pozorom nie dotyczy to jakiś małych inwestycji, a coraz częściej całkiem dużych, odpowiedzialnych projektów. Rozumiem, że inwestor dysponujący środkami publicznymi musi znać koszt prac, które przewiduje wykonać. W tym miejscu jednak nasuwa się pytanie: tylko czy w takiej sytuacji faktycznie je zna, skoro przedmiar robót jest, czy też może być, nie do końca prawidłowy? Chyba, że inwestorowi chodzi o mocno przybliżony koszt, a czasem nawet o zwykłą formalność. A skoro tak, to czy nie lepiej wyliczyć koszt przedsięwzięcia w oparciu o cechy charakterystyczne roboty, jak powierzchnia, kubatura, długość rurociągu itp. dodając dodatkowo koszt urządzeń? Taka wycena będzie już bardziej prawidłowa. Można przecież sięgnąć również do gotowej bazy cen obiektów, których na rynku wydawniczym sporo.

 

Jeżeli jednak przedmiar robót jest już tak bardzo potrzebny, bo bez niego inwestor nie otrzyma pieniędzy z budżetu, to niech będzie wreszcie wykonany od początku do końca rzetelnie i poprawnie. Tylko w takim przypadku możemy bowiem powiedzieć, że nie wyrzuciliśmy pieniędzy w błoto. No i że samych siebie nie oszukujemy.

Na tym jednak nie kończy się problem - tu się on właściwie dopiero zaczyna. A dokładniej mówiąc w tym miejscu dostrzegamy jak bardzo skomplikowana jest sprawa zrobienia dobrego przedmiaru. To co teraz napiszę jest strasznym banałem, ale niestety wciąż nie dla wszystkich oczywistym -

tym co rzutuje na poprawność przedmiaru jest w dużym stopniu rzetelnie wykonany projekt.

Wydawałoby się, że o tym wie każdy uczeń zaczynający szkołę budowlaną - nawet najsolidniej wykonany przedmiar, ale sporządzony na podstawie projektu niekompletnego lub z błędami, nic nie daje inwestorowi. W tym momencie niestety często niezbędna staje się obecność i kompetencja doświadczonego (!!!) kosztorysanta. Dopiero on może wychwycić braki, czy wręcz błędy popełnione w projekcie. Jeśli mamy szczęście trafić na takiego fachowca możemy liczyć, że owe niedoskonałości zostaną skorygowane w projekcie i dopiero wtedy będzie można sporządzić rzetelny przedmiar robót, a w oparciu o niego dokonać właściwej kalkulacji cenowej. Niestety, jak ta sprawa wygląda w praktyce większość z miała okazję niejednokrotnie przekonać się. Należy więc kierować się zasadą, jak robić to robić dobrze, a jeśli źle - to lepiej wcale. Nie może w końcu być tak, że wykonawca będzie płacił za nie swoje błędy. Projektanci i przygotowujący przedmiary nie robią przecież tego za darmo, sygnują owe dokumenty swoim nazwiskiem, czy nazwą firmy! Może więc bardziej ceniliby sobie te podpisy, gdyby bezlitośnie obnażać ich niekompetencję, czy po prostu zwykłe lenistwo? Czy może w dzisiejszych czasach dobra opinia już nie ma żadnego znaczenia?

 

Skoro tak się przedstawia sytuacja, może należałoby wymóc na inwestorach dodatkowe zapisy w umowie, mówiące o tym, że za błędy i braki w projektach, czy też obmiarach obciążano by wykonawców tych dokumentacji? Można by również wprowadzić zapis, że w przypadku stwierdzenia w trakcie wykonywania prac wykonawczych błędów i uchybień projektowo-przedmiarowych zespół projektowy byłby zobowiązany do natychmiastowego przybycia na teren budowy i w przypadku potwierdzenia się błędów musiałby wprowadzić zmiany oraz - co wydaje się w tym momencie oczywiste - ponieść koszty tychże zmian. Spotkałem już w swojej praktyce przypadki, gdy służby techniczne inwestora wykrywały błędy przedmiarowe i rzeczowe w dokumentacji odrzucając ją i wymuszając zmiany i poprawki jeszcze przed ogłoszeniem przetargu. Są to jednak przypadki odosobnione, a i nie każdy inwestor zatrudnia osoby pionu technicznego. Natomiast sytuacje już na etapie realizacyjnym pokazują, że w wielu przypadkach projektanci niezbyt przejmują się swoimi uchybieniami i całość sprawy zrzucają na kark wykonawcom, pozostawiając im do rozwiązania cały problem. Niestety wygląda na to, że niezbędna jest jeszcze dodatkowa kontrola poczynań projektantów oraz samych kosztorysantów sporządzających przedmiary... Tylko, że w ten sposób zbudujemy błędne koło "sprawdzaczy" i kontrolerów. Rozsądnie byłoby też przyjąć zasadę, że płacimy biurom projektowym po zakończeniu inwestycji, wtedy może wykazywałyby więcej zainteresowania budową? Tylko, które biuro by na to poszło - przecież wykonało pracę (lepiej lub gorzej)!

 

W takim razie czy jedyną słuszną weryfikacją stanie się już gotowy obiekt?

 

I znowu wracamy do punktu wyjściowego - czyli rzetelnego sporządzenia analizy kosztów przedsięwzięcia. Jak to osiągnąć? Powyższe wykazuje, że jest to całkiem możliwe przy sumiennym podejściu do spraw projektowych i przedmiarowych. Niestety ukazuje też, jak duży jest margines możliwego do popełnienia błędu niezamierzonego lub zamierzonego, a tym samym zmarnotrawienia środków publicznych pochodzących w końcu z naszych niemałych podatków. Wreszcie - nie powinno się hołdować zasadzie, jakby tu kogoś wykorzystać, tylko - że za uczciwą i rzetelną pracę należy się takież wynagrodzenie.

 

Jeszcze a'propos prywatnych zleceń - to i tu jest niezły haczyk.

Inwestor, który przekazuje dokumentację projektową bez przedmiarów oczekuje podania przez oferenta ceny, ale nie tylko ceny końcowej, lecz również jej składników w postaci pozycji przedmiarowej. W ten sposób otrzymuje gotowy kosztorys za frico do dalszego wykorzystania - po wyzerowaniu cen - jako własnego kosztorysu "ślepego". Niezbyt to eleganckie, ale też spotykane rozwiązanie. (Bez komentarza).

 

 

 

[1] W tym miejscu warto zacytować fragment wypowiedzi pani Łucji Lapierre:

(...)

- Przedmiot świadczenia kosztorysanta jest zatem skonkretyzowany (...) tak dalece, że wadliwe (...) jego opracowanie skutkuje odpowiedzialnością kosztorysanta za wady tego przedmiotu świadczenia (czyli kosztorysu inwestorskiego).

(...)

- Kosztorysant musi zdawać sobie sprawę z konsekwencji prawnych odrzucenia oferty, którymi mogą być ew. roszczenia odszkodowawcze zamawiającego obliczenie ceny ofertowej .

(...)

- Nienależyte wykonanie zobowiązania dotyczące obliczenia ceny przez kosztorysanta może skutkować odpowiedzialnością odszkodowawczą kosztorysanta.
(...)

mgr Łucja Lapierre "Rola i zadania kosztorysanta w procesie stosowania prawa" w miesięczniku "Ceny, zamawianie i kosztorysowanie robót budowlanych" nr 5/2005