Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Wolna konkurencja czy wolna amerykanka?

Poniżej przedstawiamy Państwu przedruk felietonu, zamieszczonego w miesięczniku "Forum Budowlane" nr 4/2003, na który powołuje się pan Krzysztof Jarzębowski w artykule "Stawka robocizny kosztorysowej w 2003 roku".

 

 

Najwięcej "dziwnych opowieści" krążących na Poufnej Warszawskiej Giełdzie Budowlanej dotyczy przetargów. "Biorąc rzecz na rozum", wydawać by się mogło, że przy dobrze przygotowanym przetargu opartym o prawidłowo opracowany projekt przetargowy i przy kompetentnym inwestorze cudów być nie może, a różnice cen powinny mieścić się w granicach 5%. Tyle, zdaniem fachowców, można "wycisnąć" dobrą organizacją i optymalizacją zysku. Muszą być jednak spełnione dwa założenia: jednakowe dla wszystkich uczestników warunki działania i zakaz stosowania dumpingu.

 

W ostatnim okresie niektóre organizacje pracodawców w budownictwie wraz ze związkami zawodowymi podniosły problem różnych stawek płacowych stosowanych na budowach. Publicznie podano do wiadomości to, o czym nie wypadało głośno mówić, mianowicie że na budowach są zatrudniani "na czarno" pracownicy przyjeżdżający zza wschodniej granicy, że pracownikom sprowadzonym z regionów bardzo wysokiego bezrobocia wypłacane są wynagrodzenia niższe niż ustawowo określone najniższe wynagrodzenie, że czas pracy na budowach bez dodatkowej płacy jest znacznie dłuższy, niż przewiduje Kodeks pracy itp. Firmy stosujące te praktyki mogą więc w przetargach zaoferować niższe ceny niż przedsiębiorstwa pracujące uczciwie. Powstała koncepcja rozwiązania tego problemu. Pomysłodawcy wykorzystali sposób, jaki zastosowały władze Niemiec w stosunku do polskich przedsiębiorstw, którym zarzucano nieprzestrzeganie zasad uczciwej konkurencji przez obniżanie cen za pomocą niskich stawek robocizny (dokładnie ten sam zarzut podnosi się obecnie). Wprowadzono tam zatem obowiązek stosowania przez polskie firmy określonych przez władze (różnych dla landów wschodnich i zachodnich) minimalnych stawek robocizny. Stąd wzięła się propozycja ustanowienia w Polsce takich minimalnych stawek za godzinę pracy także dla ustalania ceny przynajmniej w przetargach publicznych. Wniosek ten spotkał się jednak z odmową, rozwiązanie takie byłoby bowiem, zdaniem Urzędu Zamówień Publicznych, ograniczeniem wolnej konkurencji. Wszyscy związani z budownictwem wiedzą, że rynek budowlany jest niezorganizowany i że obowiązują na nim prawa "wolnej amerykanki", czyli każdy chwyt jest dozwolony. Jedynym obszarem, gdzie mogą być wprowadzane regulacje są inwestycje z udziałem środków publicznych, dla których ogłaszane są publiczne przetargi. Regulacje te powinny być tak dobre, by inwestorzy prywatni także chcieli je stosować w swojej działalności. Co prawda, rola regulatora na specyficznym przecież rynku budowlanym nie jest zapisana w ustawowych obowiązkach Urzędu Zamówień Publicznych, jest on jednak jedyną organizacją rządową, która może w tej sprawie coś robić. Jednak inicjatywa leży (lub powinna leżeć) po stronie licznych organizacji pozarządowych, w tym organizacji samorządu inżynierów. I niekoniecznie muszą to być regulacje ustawowe. Pisałem poprzednio o warunkach kontraktów, opracowanych przez FIDIC, czyli Międzynarodowe Stowarzyszenie Inżynierów Konsultantów, stosowanych w praktyce dość szeroko bez żadnego rozporządzenia urzędowego. Sądzę, ze jest to droga właściwa.

 

Na tę drogę nie można wkroczyć w przypadku stosowania dumpingu, czyli oferowania ceny poniżej kosztów. Spotkałem się z dwoma formami dumpingu. Jeden występuje wtedy, gdy startujący w przetargu ma całkowitą lub niemal całkowitą pewność, że po wygraniu przetargu inwestor znajdzie sposób, by z mniej lub bardziej wiarygodnych przyczyn zwiększyć, jak dopuszczają przepisy, wartość robót nawet o 20%. Mając takie przekonanie, można z ceną zejść spokojnie np. o 10% i "wyjść na swoje". Zachodzi tu jednak ryzyko ewentualnego niedotrzymania nieformalnej umowy przez inwestora i wtedy może nastąpić finansowa wpadka. Ograniczeniem dla tego typu "przekrętów" byłoby zmniejszenie wartości dopuszczalnego rozszerzenia umowy do 3-5%, co przy dobrze przygotowanym przetargu jest wystarczające dla pokrycia ewentualnych robót dodatkowych. Po drugie, na Poufnej Warszawskiej Giełdzie Budowlanej mówi się, że niektóre nowo wchodzące na rynek firmy są wyposażone w specjalny fundusz "na zdobycie rynku". Nie wiem, czy to prawda, na pewno jednak występują w przetargach łatwe do uchwycenia ceny dumpingowe. Jedna ze znanych mi Firm po przegraniu przetargu, w którym zwyciężyła, rzecz jasna, cena dumpingowa, wystąpiła z protestem. I przegrała. Usłyszała w odpowiedzi, że w Polsce nie ma prawa zabraniającego tego typu działalności i że wykonawca, jeżeli taka jest jego wola, może inwestorowi zrobić prezent. Dlatego kiedy w przetargu unieważnionym po ujawnieniu cen, po jego ponownym ogłoszeniu wygrała firma, która obniżyła cenę o prawie 20% - nikt nie złożył odwołania. Zatem może warto żeby takie antydumpingowe prawo powstało?