Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

"Komentarzyk" do "Kalkulacji kosztorysowej robót inżynieryjno-budowlanych wg Warunków Kontraktowych FIDIC"

Prawda, że wydaje się to strasznie skomplikowane. Czerwona książka FIDIC ukazuje się jako dzieło znacznie trudniejsze w odbiorze np. od czerwonej książeczki przewodniczącego Mao (Tse-Tunga). Tym bardziej, że tam chodziło o pryncypia, a tu o pieniądze, czyli rzecz znacznie ważniejszą.
Ale jak to się zwykle okazuje, nie taki diabeł straszny jak go, zwłaszcza na pierwszy rzut oka, malują. Ponadto pamiętajmy, że nie święci garnki lepią, takich uspokajających przysłów jest zresztą więcej.

 

Po pierwsze nie powinna nas peszyć używana angielska terminologia. Tak jak nie boimy się wejść do supermarketu zamiast do sklepu, przy bliższej lekturze czerwonej książki okaże się, że większość ekstra mądrze brzmiących pojęć, to rzeczy znane i u nas. Jedyna różnica, że pod bardziej swojskim nazewnictwem. Przecież np. i u nas w materiałach przetargowych Zamawiający narzuca postać kosztorysu ofertowego (kalkulacja szczegółowa lub uproszczona). Robiąc ofertę niejednokrotnie musimy sporządzić coś na wzór preliminarza spodziewanych kosztów organizacji placu budowy (bo wyjście ze średnim wskaźnikiem typu 80% od R, S i Kp może skończyć się dołożeniem do roboty lub, wprost przeciwnie, przegraniem przetargu już na jego starcie). Nie są nam obce pojęcia kosztów jednorazowych sprowadzenia sprzętu na budowę, czy wykazanie się rzeczywistą wielkością kosztów zarządu naszej firmy. Tak samo wydatki nieprzewidziane (coś, co jest czasem określane jako element ryzyka kontraktu) też nie jest niczym nowym, w tzw. ZZK (dla młodszych - Zbiorczym Zestawieniu Kosztów) uwzględniane było już w latach 60-tych. A to, że po FIDIC-owsku nazywa się Provisional Sums, nie powinno budzić lęku.

 

Czy więc nie ma tu nic nowego? Owszem jest.
Przede wszystkim znacznie rozszerzony element rzeczywistej kalkulacji cenowej na etapie ofertowania, do jakiej zmuszony zostaje Wykonawca. Co więcej - kalkulacji poprzedzonej zrobieniem analizy rzeczywistych warunków w jakich przebiegnie ewentualna (jak wygramy i robotę dostaniemy) realizacja. Co my a co podwykonawcy, jaki będzie rzeczywisty koszt placu budowy, jaki musi być, zgodnie z warunkami technicznymi i BHP, rozkop przy wykopach fundamentowych (podanych w przedmiarze być może w wielkości netto, patrz klauzula 57.1), itd. Nie da się więc już zrobić dobrej oferty ostatniej nocy przed terminem jej złożenia, niejako na ślepo, wypełniając załączony do krajowej dokumentacji przetargowej przedmiar robót w układzie kosztorysowym. Czyli postępować wg ulubionego do tej pory i często stosowanego wzorca, nieraz zresztą dającego dobre efekty - lepiej przecież, w czasie koniecznym na dobre przygotowanie jednej oferty, zrobić ich mechanicznie 5 czy 10. Szanse na dostanie jakiejkolwiek roboty w takiej sytuacji przecież znacznie wzrastają.
Drugie duże novum to widoczny w przepisach FIDIC-u duży wzrost znaczenia (praw, ale i obowiązków) Inżyniera (Kontraktu), u nas najczęściej niesłusznie utożsamianego z funkcją inspektora nadzoru inwestorskiego. Jest to, jak wynika z zapisów czerwonej książki, osoba dysponująca bardzo dużą swobodą w podejmowaniu decyzji dotyczących zakresu i zobowiązań finansowych wynikających z kontraktu. Musi mieć więc wysoki stopień kredytu zaufania ze strony Zamawiającego, być bardzo godziwie opłacany, podlegać delikatnej inwigilacji i wiedzieć, że "gardłem" odpowiada za ewentualne przeoczenia, nie mówiąc już o matactwach.

 

Mam nadzieję, że tych parę luźnych słów komentarza do artykułu p. dr. Kulejewskiego spowoduje, że na kwestię nieuchronności coraz szerszego stosowania w polskiej praktyce zlecania robót budowlanych procedur FIDIC, spojrzymy jako coś równie prostego i nieskomplikowanego jak np. przemyślenia zawarte np. w zielonej książeczce płk. Kadafiego.