Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Czytelnicy piszą

Ucieszyłem się ogromnie otrzymawszy kilka listów, w których moje od lat głoszone postulaty znajdują uznanie, a więc i poparcie Czytelników. Przytoczę dwa z nich.

 

Pan Józef P. (nazwisko znane redakcji) napisał:

Z uwagą przeczytałem artykuł na temat rażąco niskiej ceny.
Całkowicie podzielam Pańską ocenę pozyskiwania robót z puli tzw. zamówień publicznych. Pracuję w firmie wykonawczej, sporządzam kosztorysy do przetargów, między innymi i dla zamówień publicznych. Prowadzę również od czasu do czasu budowy. Sporządzam także dość często kosztorysy inwestorskie dla biur projektowych. Ten bagaż różnorodnego doświadczenia zawodowego upoważnia mnie do tego, by stwierdzić, że stosowana w zamówieniach publicznych zasada najniższej ceny prowadzi do tego, że buduje się źle. Nie przestrzega się podstawowych zasad budowania, nie są przestrzegane rygory technologiczne, stosuje się materiały niezgodnie z ich przeznaczeniem (np. stosuje się wewnątrz materiały do tego nieprzeznaczone, co zagraża zdrowiu późniejszych użytkowników danego obiektu). Powodem tego jest właśnie "kryterium najniższej ceny". Wiadomym jest, że obiekt można wykonać stosownie do wymagań Inwestora za cenę nieco niższą od ceny kosztorysu Inwestorskiego, lecz jest to nie więcej niż 10% odchyłki. Każde obniżenie ceny poniżej tej wartości może powodować utratę płynności firmy; zaczynają się wówczas kłopoty z płatnościami u dostawców; szuka się tańszych materiałów, które w rezultacie nie odpowiadają wymaganym parametrom technicznym. Jednym słowem WYKONAWCA, który rażąco zaniża cenę, zaczyna kombinować i szuka sposobów na wykonanie zadania; zatrudnia podwykonawców, którym zaniża wynagrodzenie pod byle pretekstem; zatrudnia na czarno itp. Żeby zapobiec takim zjawiskom, należy w ustawie Pzp wprowadzić zapis, który odrzucałby oferty wycenione poniżej 10% od ceny kosztorysu inwestorskiego. Uzdrowiłoby to w jakiś sposób rynek budowlany. Uważam, że w naszym budownictwie dzieje się źle, nastąpił odpływ wykwalifikowanej kadry fachowców za granicę, prace budowlane wykonują ludzie przyuczeni do zawodu w krótkotrwałych szkoleniach nie mający pojęcia o zasadach i technologii, nie mówiąc o prawidłowym stawianiu murów metodą tradycyjną. Brak szkół zawodowych, brak praktyk zawodowych. Obecnie szuka się fachowców najlepiej z doświadczeniem i od razu z uprawnieniami. A ja się pytam, gdzie to doświadczenie mają zdobyć, na uczelni, w szkole? Nie, to doświadczenie trzeba zdobywać bezpośrednio podczas procesu budowy. Dopóki nasze władze nie zrozumieją tych wszystkich zależności, nasze budownictwo czeka dalsza degradacja i zapaść.

 

List pana Józefa moim zdaniem znakomicie opisuje patologię, która opanowała nasze budownictwo szczególnie w zamówieniach publicznych. Od siebie dodaję, że w dyskusji przeprowadzonej na tak zwanym „wysokim szczeblu”, którą przeanalizowałem w BzG nr 3/2011 („Kryteria rażąco bzdurne”), nie znajdujemy ani słowa na temat roli kosztorysów inwestorskich. Rzeczona dyskusja odbywała się tak, jakby kosztorysy inwestorskie w ogóle nie istniały. Można więc odnieść wrażenie, że kosztorysy inwestorskie są sporządzane tylko dlatego, że tego wymaga ustawa „Prawo zamówień publicznych”, zresztą podobnie jak „Specyfikacje techniczne wykonania i odbioru robót”. Ot są, bo muszą być, natomiast rola kosztorysów inwestorskich przy wyborze oferenta, czy dopilnowywania staranności w realizacji zgodnej ze specyfikacjami są nieistotne. Wielokrotnie weryfikując rozliczenia spotykałem opasłe „Specyfikacje”, których nieskazitelna czystość świadczyła dowodnie, że po latach budowania, ich pierwszym czytelnikiem byłem ja. Co do kosztorysów inwestorskich, to marny ich status przy wyborze oferenta jest najpewniej powodowany owym właśnie „kryterium najniższej ceny”. No bo czy warto analizować coś, co sporządził nie wiadomo kto, a więc najpewniej byle jak (bo za marne pieniądze), a tylko po to, aby ten wymagany ustawą dokument po prostu sobie był?

 

Pan Henryk B. (nazwisko znane redakcji) stwierdza:

Niestety, nawet w budownictwie przestała obowiązywać „myśląca” logika. Projektant projektuje nie wszystko i nie zawsze dobrze. Czasem jego robotę wykonuje młodszy student budownictwa, bowiem posiada lepszą znajomość obsługi programów autocad.

 

O przedmiarach, a co jeszcze ciekawsze - o kosztorysach inwestorskich (poza zamówieniami publicznymi) prawie żaden inwestor nic nie wie. Tymczasem zgodnie z obowiązującymi przepisami, ważniejsza od konstrukcji obiektu jest jego estetyka (tzw. zmiany istotne lub nieistotne). Nawet nadzór budowlany bawi się wyłącznie „wdrażaniem obowiązujących przepisów” bez żadnej logiki a również wiedzy technicznej. Po 40 latach pracy zawodowej dowiedziałem się, że zmiana projektowa wynikła ze złego posadowienia budynku mieszkalnego na gruncie nawodnionym, jest zmianą nieistotną. Natomiast zmianą istotną jest zwiększenie w trakcie realizacji wysokości budynku o 8 cm - bo „nie są spełnione warunki pozwolenia na budowę”. Gdzie ten kretynizm obowiązuje? Tu, w tym kraju! Główny Inspektor Nadzoru Budowlanego nie ma bowiem odpowiedzi na ww. wątpliwości. Jedyną „słuszną” odpowiedzią GINB jest: osobą decydującą (o kwalifikacji zmiany jako istotnej lub nieistotnej) jest ten sam projektant, który popełnił pierwszy błąd. A zatem Panie Michale, kto pańskim zdaniem odpowiada za projekt i realizację danego zadania inwestycyjnego tak, by obiekt ten spełniał wszystkie kryteria techniczne, a jednocześnie jego realizacja ma być najtańsza? Chyba wyłącznie inwestor - chyba że celowo i świadomie inwestor zamierza wykonać obiekt nie spełniając obowiązujących przepisów technicznych - a tego nie odkryje ŻADEN urzędnik Państwowego Nadzoru Budowlanego. Tak również o opisanym wyborze najtańszego wykonawcy decyduje wyłącznie zamawiający. A że tam pracują również osoby uznawane powszechnie za kretynów, to nie ma się czemu dziwić. Jak i temu, że wybudowane odcinki autostrad w części wymagają niezbędnych napraw.

Przy okazji - na jak długi okres użytkowania są projektowane obiekty budowlane i inżynierskie? Być może wyłącznie na okres rękojmi - zgodnie z Kodeksem Cywilnym?

 

Uff! Ale nam pan Henryk nagadał! Czy ma rację? Niestety ma! Bardzo często jestem zapraszany jako wykładowca na seminaria, na których spotykam osoby zajmujące się szeroko pojętym procesem inwestorskim, a w szczególności oceną zamówionych kosztorysów inwestorskich i przedmiarów robót. Cechą charakterystyczną tych spotkań jest ich czas trwania, ustalany z uwagi na koszty na od 6 do 8 godzin lekcyjnych. Ciekawymi postaciami są moi słuchacze, których nie można tak brutalnie nazywać kretynami. Są to Panie Henryku nie kretyni, a ludzie bardzo solidnie wykształceni. Ostatnio spotkałem się bowiem z filologami angielskimi i francuskimi, łacinnikiem i astronomem. Najwięcej jednak zauważyłem geografów, których przygotowanie zawodowe w jakimś tam stopniu ułatwia weryfikację ot chociażby robót ziemnych. Przecież „geo” to ziemia. Żeby trafił się chociaż jeden fizyk, o których pan prof. Turski ma jak najlepszą opinię twierdząc, że fizyk z racji specjalnych, nadzwyczajnych, wrodzonych predyspozycji, sprawdza się w każdym zawodzie. No niby tak, ale fizyków zawłaszczyły banki, czego najlepszym przykładem jest p. premier Marcinkiewicz robiący karierę bankową w Londynie.

Wspominam czasy okresu słusznie minionego, kiedy w latach siedemdziesiątych, oczywiście ubiegłego stulecia, ubiegałem się o tytuł rzeczoznawcy w specjalności kosztorysowanie i rozliczenia budowlane. Wstępną ocenę moich kwalifikacji wykonała Oddziałowa Komisja Kwalifikacyjna PZTiB (dla młodych: Polski Związek Inżynierów i Techników Budownictwa), po czym dopiero po roku - Komisja Kwalifikacyjna Zarządu Głównego PZITB przyznała mi ten tytuł. Nikomu z ubiegających się nie przychodziło wtedy do głowy, występowanie o zakres tych szczególnych uprawnień w dziedzinach, w których nie byli znani w środowisku, jako mający szansę na to ubieganie się. Znakomity specjalista w żelbecie (była taka specjalizacja) nie śmiał ubiegać się o rzeczoznawstwo w konstrukcjach drewnianych czy mykologii, bojąc się automatycznego odrzucenia w swoim środowisku, nie wspominając o dodatkowych drwinach czy szyderstwach. Dziś, po kilku latach praktyki, inżynier staje się rzeczoznawcą omnibusem znającym się, mój Boże, na wszystkich tak różnych specjalnościach budowlanych. A pod kosztorysami podpisują się łacinnicy i astronomowie.

W opisanej sytuacji, ustawa Pzp, a i inne akty normatywne zwłaszcza fiskalne, czynią usilne starania, aby tak zwana luka pokoleniowa dała o sobie znać jak najprędzej. Bo praktykowane „kryterium najniższej ceny” plus podatki i składki opłacane w trybie nazwanym memoriałowym, zwłaszcza w procesach projektowania i kosztorysowania, wręcz uniemożliwiają zatrudnianie i poprzez praktykę asystencką pozyskiwanie następców, niestety starzejących się, doświadczonych projektantów i kosztorysantów.

Moi Drodzy Korespondenci, Wasze teksty są znakomite. Popróbujcie pisania, bo Wasz autor to już człek wiekowy i naprawdę potrzebni są następcy, zwłaszcza obserwujący nasze projektowanie, kosztorysowanie i budowanie znad komputera, a szczególnie poprzez okna pakamery stojącej na każdej budowie.
A więc piszcie i to jak najczęściej. Dodatkowo, powiem Wam coś w wielkiej tajemnicy: za pisanie płacą bez stosowania kryterium najniższej ceny, no chyba że ktoś z Was ma ambicję pisania tekstów dla Urzędu Zamówień Publicznych. Chociaż, jak ćwierkają wróble, w takich przypadkach owo wspaniałe kryterium podobno nie jest praktykowane, gdyż do pisania dzieł dla urzędów konieczne są kwalifikacje, natomiast do budowania, a zwłaszcza kosztorysowania - niekoniecznie.