Poniższy artykuł opracowano w oparciu o stan prawny obowiązujący w momencie powstania tego artykułu.
Redakcja nie gwarantuje aktualności tekstu w okresie późniejszym, jak również nie ponosi odpowiedzialności za ew. stosowanie się do zawartych w nim zaleceń.

Krótka galeria wybranych paranoi

W poprzednim odcinku, zatytułowanym "PANTA REI (z obserwowaną tendencją do przechodzenia w stronę efektu lawiny)" pozwoliłem sobie trochę poutyskiwać na ogarniający polskie prawodawstwo szał stanowienia nowych i zmieniania istniejących przepisów. Mimo całego systemu konsultacji środowiskowych i międzyresortowych, przez które przechodzi każdy z nowostanowionych aktów prawnych, mimo czytania każdego aktu prawnego przez całe zespoły prawników i językoznawców w biurach prawnych Sejmu, Senatu i Kancelarii Prezydenta, zmiany te często prowadzą do powstawania niespójności z literą prawa już istniejącego i żadne solenne zapewnienia, widoczne na początku większości ustaw i rozporządzeń, że nie "naruszają one przepisów odrębnych" nie są tu wystarczającym zabezpieczeniem.

 

Gorzej, kiedy teksty obowiązujących przepisów i permanentnie stanowione w nich zmiany prowadzą do sytuacji paradoksalnych, sprzecznych ze wszelką logiką i prostym zdrowym rozsądkiem. Jest to sytuacja bardzo groźna ze społecznego punktu widzenia, uczy bowiem lekceważenia prawa, ugruntowuje podział na "nich" (tych, co takie ułomne prawo stanowią) i nas (szaraków zmuszonych do jego przestrzegania). Wyrasta pokolenie ludzi, którzy na pytanie czy w obszarze zabudowanym wolno jeździć samochodem szybciej niż 60 km/h poważnie odpowiadają, że "oczywiście można, z tym, że nie wolno, czyli jeśli złapią nas na radar to pewnie trzeba będzie dać w łapę, by się wykupić".

 

Jako pierwszy z brzegu tytułowych paranoi przykład weźmy art. 33 ustawy Prawo budowlane, który w swoim ustępie 4. precyzuje zakres dokumentów jakie należy dostarczyć do organu właściwej terenowo administracji architektoniczno-budowlanej (a więc po 11 lipca 2003 roku do starosty) wraz z wnioskiem o pozwolenie na rozbiórkę obiektu budowlanego. Tekst ustawy jest tu jednoznaczny:

  1. zgoda właściciela obiektu,
  2. szkic usytuowania obiektu budowlanego,
  3. opis zakresu i sposobu prowadzenia robót budowlanych,
  4. opis sposobu zapewnienia bezpieczeństwa ludzi i mienia,
  5. pozwolenia, uzgodnienia lub opinie innych organów, a także inne dokumenty wymagane przepisami szczególnymi,
  6. w zależności od potrzeb, projekt rozbiórki obiektu.

 

Byłem niedawno świadkiem wizyty takiego Inwestora, mającego zamiar legalnie dokonać rozbiórki zrujnowanego budynku o wysokości nieznacznie przekraczającej 8 m (jeśli w ogóle przy rozbiórce słowo "inwestor" może być adekwatne) we właściwym organie administracji architektoniczno-budowlanej.
W wyniku pobieżnego przejrzenia dostarczonych przez niego dokumentów podpiętych pod jak najbardziej prawidłowo wypełniony wniosek o pozwolenie na rozbiórkę (na jak najbardziej prawidłowym druku formularza określonego jako obligatoryjny wzór w załączniku nr 1 do rozporządzenia Ministra Infrastruktury z 23 czerwca 2003 roku "w sprawie wzorów wniosku o pozwolenie na budowę, oświadczenia o posiadanym prawie do dysponowania nieruchomością na cele budowlane i decyzji o pozwoleniu na budowę") urzędnik przeglądający przedłożone papiery stwierdził, że
- szkic usytuowania obiektu jest zbyt mało precyzyjny i konieczne jest jego przedstawienie na odpowiednim podkładzie geodezyjnym,
- opis sposobu i zakresu prowadzenie robót zawarty w paru linijkach, z którego wynika jedynie, że budynek ma być rozebrany w całości (zakres 100 %) i w sposób ręczny oraz "bardzo ostrożny, przy przestrzeganiu wszystkich przepisów BHP"
to zbyt lakonicznie i że w związku z tym stwierdza on istnienie "potrzeby sporządzenia projektu rozbiórki budynku".

 

Zainteresowany inwestor przyjął ten tragiczny dla siebie werdykt z podziwu godnym stoickim spokojem. Jak podejrzewam ja, nie podejrzewał z kolei on, co za taką decyzją urzędnika kryje się tak naprawdę. A kryje się obowiązek uzyskania mapy geodezyjnej do celów projektowych, wykonanie kompletnego projektu budowlanego, poprzedzonego oczywiście szczegółową inwentaryzacją budowlaną rozbieranej rudery, projektu trwale zszytego, wykonanego w 4 egzemplarzach, sporządzonego przez uprawnionego projektanta, należącego także oczywiście do właściwej izby samorządu zawodowego, znalezienia kierownika budowy (również z uprawnieniami i zaświadczeniem o opłaceniu składek w Izbie) a może i inspektora nadzoru inwestorskiego, a nawet ustanowienia projektanta jako nadzoru inwestorskiego, dopilnowania aby kierownik budowy sporządził plan bezpieczeństwa i ochrony zdrowia (po 11 lipca już koniecznie pełny, tj. z odpowiednią częścią graficzną), itd.
Krzyczeć zaczął dopiero, gdy okazało się, że w zestawie dokumentów dołączonych do wniosku o pozwolenie na rozbiórkę brakuje punktu 1 czyli zgody właściciela budynku.
"Przecież to jest mój budynek i ja składam wniosek o rozbiórkę. Kto więc ma mi się na nią zgodzić, ja sam?"
"Faktycznie dziwnie to wygląda, ale niech Pan nie myśli, że dla Pana naruszę ustawę, ma być zgoda właściciela budynku to niech będzie, musi Pan ją sam dla siebie wypisać. Aha, i proszę nie zapomnieć o wypisie z księgi wieczystej, z którego wyniknie, że to Pan jest tym właścicielem, bo przy rozbiórce żadne oświadczenie w tej materii nie wystarcza. Nawet po 11 lipca" - zakończył rozmowę urzędnik.

 

W trakcie tej rozmowy pod drzwiami naszego urzędnika -legalisty zebrała się już kolejka. Jeden z tworzących ją petentów (czy nie przychodzi czasem Państwu do głowy, że słowo "petent" jest zbliżone w brzmieniu do słów "pętający się" i "pętak") trzymał w ręku zgłoszenie zamiaru wykonania robót budowlanych polegających na tak dużej inwestycji, jak ustawienie małej altanki, o wymiarach 3 na 3 m na posiadanej przez siebie działce rekreacyjnej o powierzchni 980 m2.
Trudno coś wyrokować o jego szansie na sukces (nie chodzi oczywiście w tym momencie o muzyczny program dla debiutantów prowadzony przez Zbigniewa Wodeckiego lecz o przebrnięcie przez organ). Co prawda w art. 29, ust. 1, pkt 2 pojawił się 11 lipca zapis mówiący o tym, że zamiar wykonania robót budowlanych polegających na wzniesieniu "budynków gospodarczych, wiat i altan o powierzchni zabudowy do 10 m2, przy czym łączna liczba tych obiektów nie może przekraczać dwóch na każde 1000 m2 powierzchni działki", nie wymaga wystąpienia o pozwolenie na budowę, ale przecież nasz czujny urzędnik zapewne zauważy, że to iż można na zgłoszenie wznieść aż dwa takie obiekty na działce mającej równo 1000 m2 wcale nie oznacza automatycznie, że na działce o powierzchni 980 m2 dopuszczalne jest wzniesienie przynajmniej jednego. No bo, o ile pewnym jest, że na działce mającej 20 ha można wznieść na zgłoszenie takich budek aż 40, to może na działce 980-metrowej nie wolno bez uzyskania decyzji o pozwoleniu na budowę wybudować żadnego.

 

Ale się Dylewski czepił tego Prawa budowlanego, powie niejeden z Państwa. Dobrze, zmieniamy ustawę, sięgnijmy do zamówień publicznych.

 

Duża i bardzo szanowana instytucja użyteczności publicznej, będąca jednym z najważniejszych urzędów w kraju zamierza kupić mieszkanie na cele hotelowe dla swoich pracowników. Ze względu na specyfikę swojego działania instytucja ta zmuszona jest zatrudniać osoby, dla których mianowanie na odpowiednie stanowiska wiąże się z koniecznością czasowej przeprowadzki do stolicy. Mieszkania typu hotelowego są więc w pełni uzasadnionym wydatkiem, w wydatny sposób ograniczający wydatki budżetowe, które w przypadku korzystania z usług hoteli były wielokrotnie wyższe.
Trybem właściwym do zakupu takiego mieszkania jest tryb zamówienia z wolnej ręki, wg uregulowań art. 71, ust. 1 pkt 1 ustawy o zamówieniach publicznych. Zastosowanie jakiegokolwiek trybu przetargowego, ze względu na specyfikę warszawskiego rynku nieruchomości może prowadzić bowiem do pozyskania jedynie lokali określanych potocznie jako "niesprzedawalne". Czyli położonych w mało atrakcyjnych lokalizacjach, zrujnowanych lub o bardzo wysokich, zaporowych cenach ofertowych. Prawdziwe okazje trafiają się stosunkowo rzadko i w przypadku natrafienia na takową konieczna jest szybkość działania. Przedstawiony punkt widzenia podzielił także Prezes Urzędu Zamówień Publicznych udzielając przed laty zgody na zastosowanie takiego trybu (w myśl art. 71, ust 1a ustawy) przy zakupie pierwszego z w tym celu nabywanych mieszkań, i ponawiając analogiczną zgodę przy kolejnych tego typu zakupach. Jest bowiem jasne, że cena kupowanego mieszkania zawsze istotnie przekraczała równowartość kwoty 20 tys. euro, jak również obecnie obowiązująca w zakresie art. 71, ust 1a równowartość kwoty 30 tys. euro.
Posiadanie zgody Prezesa UZP na zastosowanie trybu zamówienia z wolnej ręki nie zwalnia jednak z obowiązku zastosowania się do wymogów art. 22, ust. 2 i 4 ustawy, w szczególności (ze względu na przekroczenia granicy 30.000 euro) konieczności żądania dokumentów potwierdzających spełnianie warunków figurujących w treści oświadczenia składanego wg art. 22, ust. 1. Stanowi on, że dostawca (a jest nim kontrahent oferujący sprzedaż posiadanego przez siebie mieszkania) musi, składając ofertę, oświadczyć iż:

 

  1. jest uprawniony do występowania w obrocie prawnym, zgodnie z wymaganiami ustawowymi,
  2. posiada uprawnienia niezbędne do wykonania określonych prac lub czynności, jeżeli ustawy nakładają obowiązek posiadania takich uprawnień,
  3. dysponuje niezbędną wiedzą i doświadczeniem, a także potencjałem ekonomicznym i technicznym oraz pracownikami zdolnymi do wykonywania danego zamówienia,
  4. znajduje się w sytuacji finansowej zapewniającej wykonanie zamówienia,
  5. nie podlega wykluczeniu z postępowania na podstawie art. 19.

 

Zwykle udawało nam się uzyskać podpis kontrahenta na podsuniętym mu druku oświadczenia o w/w treści. Mogło to wynikać m.in. ze zmęczenia drugiej strony, przedłużającą się procedurą i chęcią jak najszybszego sfinalizowania transakcji. Czyli na zasadzie "co jeszcze mam podpisać, podpiszę wszystko, byle byście dali mi już spokój i wypłacili pieniądze". Swoje robiła też zapewne powaga instytucji, z którą osoba taka zawierała umowę kupna-sprzedaży. Nigdy jednak, mimo potęgi naszej instytucji, nie śmieliśmy nakazać mu przyniesienia dokumentów potwierdzających spełnianie zadeklarowanych wymagań.
Zeszłoroczna kontrola inspektora NIK-u wyłapała ten fakt. Zwrócono nam uwagę na naruszenie procedury zamówień publicznych, nie wyciągając jednak na szczęście z tego faktu żadnych konsekwencji (w rodzaju wniosku o ukaranie osób odpowiedzialnych za tak poważne naruszenie ustawy).

 

Przy kolejnym zakupie (bardzo korzystnym, tak pod względem cenowym, jak i standardu, lokalizacji, itp.) mieszkania spróbowaliśmy więc wymusić nie tylko podpisanie oświadczenia, ale także pogonić, notabene bardzo sympatyczna panią sprzedającą swoje mieszkanie, do właściwych urzędów skarbowych i ZUS-u w sprawie zaświadczenia o niezaleganiu z podatkami i składkami na ubezpieczenie społeczne oraz do Krajowego Rejestru Karnego po zaświadczenie o niekaralności. Darowaliśmy wykazanie się odpowiednią wiedzą i doświadczeniem w sprzedawaniu mieszkań, podobnie potencjałem technicznym (np. długopis do złożenia podpisu na umowie kupna -sprzedaży) i wspomnianymi w pkt. 3 pracownikami zdolnymi do pomocy przy sprzedaży mieszkania. W zamian poprosiliśmy o informacje na temat sytuacji finansowej naszej kontrahentki, najlepiej w postaci wyciągu bankowego z konta, z którego to można byłoby wnioskować co do jej zdolności do opłacenia opłaty notarialnej, a więc wymienionego w pkt. 4 "zrealizowania zamówienia".
Skutek był opłakany. Jako całkiem sensownie myśląca osoba, pani ta przeczytała dokładnie treść podsuwanego jej oświadczenia, które, gdyby nie wymóg dostarczenia papierów potwierdzających jego treść, zapewne w transakcyjnym ferworze zostałoby podpisane. "Co Wy mi tu podsuwacie. Co Was obchodzi, czy byłam czy nie byłam karana i czy płacę podatki. Jestem już na emeryturze i to ZUS mi płaci co miesiąc, a nie ja jemu. Jakim prawem pytacie mnie o stan mojego, pustego zresztą konta bankowego? Gdybym znajdowała się w dobrej sytuacji finansowej ani by mi do głowy nie przyszło sprzedawać mieszkania. Nigdzie nie będą latać i przynosić zbędnych szpargałów, a jak się nie podoba to do widzenia".
Z dużym trudem udało się załagodzić sytuację, wynegocjowany kompromis sprowadził się do podpisania przez panią druku oświadczenia z art. 22, my odstąpiliśmy od żądania zaświadczeń.
Transakcja została uratowana, teraz z drżeniem serca oczekujemy kolejnej kontroli NIK-u.

 

Nie można jednak cały czas się bać. Niekiedy trzeba, choć na chwilę, zapomnieć o tym, że zawsze istnieje jakiś przepis, który z konieczności lub błogiej nieświadomości właśnie się naruszyło. Tak bowiem było, jest i będzie, a stwierdzenie "dajcie mi człowieka, a paragraf na pewno się znajdzie" nie jest wcale wymysłem ostatnich lat. Najlepszą po temu okazją są godziny po pierwszym dniu zakończonego właśnie szkolenia, najlepiej prowadzonego gdzieś "w Polsce" z dala od domu. Jest wówczas wolny wieczór (po dniu drugim wraca się już od razu do domu i wszystkich służbowych kłopotów jakie zdążyły się już w nim odłożyć w postaci leżącej przy telefonie listy niecierpiących zwłoki spraw, bezwzględnie wymagających natychmiastowego załatwienia). Można wypić piwo, lecząc gardło nadwerężone wielogodzinnym mówieniem, a nawet dwa czy trzy, jeśli akurat zachodzi konieczność zapomnienia o pretensjach sali, gdy nie dało się wyjaśnić uczestnikom szkolenia sensowności wszystkich niejednoznaczności, niespójności czy wprost tytułowych paranoi obowiązujących przepisów.

 

Sytuacja, o której chcę napisać, zdarzyła się w trakcie takich błogich chwil relaksu, po zakończeniu jednego z niedawno prowadzonych przeze mnie szkoleń, tym razem z zakresu nowelizacji Prawa budowlanego. Modny ośrodek wypoczynkowy na Wybrzeżu, w końcu października wyglądający jak po wybuchu bomby neutronowej, pusto, cicho wszędzie. Jedna z nielicznych czynnych knajp, równie pusta jak smagane wiatrem i deszczem ciemne ulice. W środku nastrój jak z bajki, ciekawy i gustowny wystrój, kominek, uprzedzająco grzeczna obsługa, wyśmienite i niedrogie jedzenie. Zajęty tylko jeden stolik, trzech nieznajomych mi panów z ożywieniem o czymś dyskutuje.
Podsłuchiwanie jest rzeczą obrzydliwą, wiem. Lecz sącząc wspomniane pierwsze piwo czymś trzeba wypełnić czas oczekiwania na zamówioną kolację. Tym bardziej, że toczona rozmowa dotyczy, o zgrozo, kwestii budownictwa. Można się było zorientować nadstawiając coraz pilniej ucha, że obsadę sąsiedniego stolika tworzą: właściciel restauracji w której siedzimy, jego znajomy z innego miasta i architekt-projektant. Wspomniany znajomy zamierza wybudować podobny lokal i specjalnie przyjechał obejrzeć restaurację, przywożąc ze sobą projektanta, któremu zamierza zlecić jej projekt. Jak wynika z rozmowy najbardziej podoba mu się kominek, w cieple którego siedzimy. Jest on rzeczywiście doskonale wkomponowany w wystrój sali, zapewne jego urok podnosi też kontrast, jaki daje płonący w nim ogień z bębnieniem niesionego wiatrem deszczu w okna budynku. Jak słyszę, dokładnie taki kominek ma być także w planowanej do wybudowania nowej restauracji.
Milczący dotąd architekt zgłasza jednak obiekcje. Jak twierdzi, przeczytał właśnie dokładnie niedawno (15 grudnia 2002 roku) wprowadzone rozporządzenie Ministra Infrastruktury z 12 kwietnia 2002 roku "w sprawie warunków technicznych jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie" (Dz.U. nr 75 z 2002 roku, poz. 690 z późn. zm.) i znalazł w nim zapis o niemożliwości, w zgodzie z przepisami, wykonania kominka w sali konsumpcyjnej obiektu gastronomicznego. Lekko zacinając się (panowie są już w stanie określanym delikatnie jako "wskazującym na spożycie") tłumaczy coś o konieczności pytania o zgodę odpowiedniego ministra. Dwaj pozostali rozmówcy są wyraźnie zbulwersowani, wmawiają mu z kolei, że chyba za dużo wypił i proponują udanie się na spoczynek.
Czy rzeczywiście to architekt nadużył alkoholu? Czy może jednak pretensje należałoby skierować do autora zapisu zawartego w par. 132, ust. 3 w/w rozporządzenia Ministra Infrastruktury z 12 kwietnia 2002 roku, gdzie zapisano:

 

"Kominki opalane drewnem z otwartym paleniskiem lub zamkniętym wkładem kominkowym mogą być instalowane wyłącznie w budynkach jednorodzinnych, mieszkalnych w zabudowie zagrodowej i rekreacji indywidualnej oraz niskich budynkach wielorodzinnych, w pomieszczeniach:

  1. o kubaturze wynikającej ze wskaźnika 4 m3/kW nominalnej mocy cieplnej kominka, lecz nie mniejszej niż 30 m3,
  2. spełniających wymagania dotyczące wentylacji, o których mowa w § 150 ust. 9,
  3. posiadających przewody kominowe określone w § 140 ust. 1 i 2 oraz § 145 ust. 1,
  4. w których możliwy jest dopływ powietrza do paleniska kominka w ilości:
    a) co najmniej 10 m3/h na 1 kW nominalnej mocy cieplnej kominka dla kominków o obudowie zamkniętej,
    b) zapewniającej nie mniejszą prędkość przepływu powietrza w otworze komory spalania niż 0,2 m/s - dla kominków o obudowie otwartej."

 

Jest to zapis całkiem nowy. W poprzednim rozporządzeniu obowiązującym do 14 grudnia 2002 roku go nie było. Teraz klamka zapadła, chcąc zgodnie z prawem wybudować w budynku użyteczności publicznej (jakim jest każda wolnostojąca restauracja) kominek opalany drewnem trzeba, zgodnie z uregulowaniem art. 9 Prawa Budowlanego, występować do właściwego organu administracji architektoniczno-budowlanej o zgodę na odstępstwo od przepisów techniczno-budowlanych, a organ ten musi, przed jej wydaniem, uzyskać upoważnienie do jej wyrażenia od samego Ministra Infrastruktury.
Tak sobie myślę, że nie chciałbym być w skórze urzędnika starostwa powiatowego, który będzie musiał wytłumaczyć to np. krewkiemu góralowi z ciupagą, który właśnie przyszedł po pozwolenie na budowę regionalnej karczmy, z projektem budowlanym taki kominek przewidującym.

 

Dla wspomnianego urzędnika starostwa może to być sytuacja jeszcze trudniejsza, niż dla mnie (jako wykładowcy na szkoleniu z zakresu Prawa budowlanego, do którego tym samym udało mi się w zakończeniu artykułu niechcący powrócić) przy tłumaczeniu burmistrzowi małego miasteczka, dlaczego musi on, jako osoba mająca tytuł prawny do dysponowania nieruchomością (w postaci komunalnego budynku mieszkalnego) i podpisująca odpowiednie oświadczenie w tej materii (wymagane przy składaniu wniosku o pozwolenie na budowę, wg treści art. 32, ust 4 i 33, ust. 2 Prawa budowlanego, o treści wg załącznika nr 2 do rozporządzenia Ministra Infrastruktury "w sprawie wzorów: wniosku o pozwolenia na budowę, oświadczenia o posiadanym prawie do dysponowania nieruchomością na cele budowlane i decyzji o pozwoleniu na budowę" z 23 czerwca 2003 roku, Dz.U. nr 120 z 2003 roku, poz. 1127), podać w nim swój prywatny adres i datę urodzenia. I jak ma się to do ustawy o ochronie danych osobowych i czy na pewno wymóg podawania daty urodzenia dotyczyłby też burmistrza -kobiety.

 

Idą Święta.
Jest to czas szczególny. Czas, w którym powinniśmy, chociaż bylibyśmy nie wiem jak zabiegani i przytłoczeni natłokiem bieżących spraw i spraweczek (zwykle niecierpiących zwłoki, najpilniejszych i najważniejszych na świecie), poświecić trochę czasu na kupienie prezentów, domowe porządki, przygotowanie choinki i świątecznych potraw. Dlatego nie mam sumienia ciągnąc dalej galerii wybranych paranoi. Zresztą, jak obiecywał tytuł, miała ona być krótka.
Życzę Państwu wesołych i spokojnych Świąt.